Kamera ją kochała, a mąż Urszuli Dudziak zostawił dla niej rodzinę. Karierę przerwał wybuch stanu wojennego

Liliana Głąbczyńska-Komorowska była nazywana jedną z najpiękniejszych aktorek lat 80. Wybuch stanu wojennego pokrzyżował jej aktorskie plany. U szczytu kariery musiała wyjechać do USA.

Wiele polskich aktorek i aktorów marzy o karierze w Hollywood. Nieliczni mogą się jednak pochwalić sukcesami na tym polu. Udało się to Lilianie Głąbczyńskiej-Komorowskiej, lecz najpierw podbiła serca rodzimej publiczności. Zachwycała urodą i niewyobrażalnym talentem. Los sprawił, że dostała szansę na wyjazd do Stanów Zjednoczonych. Tam czekało na nią nie tylko kilka świetnych ról, ale i miłość. Dziś gwiazdę coraz częściej można widywać w naszych produkcjach. W 2021 roku pojawiła się w serialu "Pajęczyna" z Joanną Kulig

Zobacz wideo Izabela Trojanowska obrywała za pracę w "Klanie". Krzyczeli za nią na ulicy! Mówi, co usłyszała

Liliana Głąbczyńska-Komorowska aktorstwo miała we krwi

Liliana wychowywała się w rodzinie z artystycznymi tradycjami. Jej rodzice oboje byli tancerzami i choreografami. "To było moje marzenie, żeby zostać aktorką - dlatego, że wyrosłam w rodzinie artystycznej, także byłam wychowana w etosie pracy i w kulcie sztuki. Mama skończyła szkołę baletową Teatru Wielkiego i miała wielkie prognozy jako jedna z bardziej utalentowanych baletnic. Tato był tancerzem w operze bytomskiej" - wyznała w rozmowie z prowadzącymi "Dzień dobry TVN".

Miałam takie zeszyty, wycinałam sobie z "Ekranu" i "Filmu" swoich ulubionych aktorów: Alain Delon, Sophia Loren,  i sobie myślałam: kurczę blade, może pewnego dnia? I się stało! - dodała.

Głąbczyńska-Komorowska wybrała studia na Państwowej Wyższej Szkole Teatralnej w Warszawie, którą ukończyła w 1979 roku z wyróżnieniem. Tam jej talent dostrzegł Gustaw Holubek, jeden z profesorów. Zaprosił ją do zespołu Teatru Dramatycznego, gdzie mogła grać u boku Piotra Fronczewskiego, Zofii Rysiówny i Zbigniewa Zapasiewicza. Jeszcze przed końcem nauki na uczelni udało jej się dostać pierwszą, poważną rolę filmową. Na ekranie zadebiutowała w produkcji "Śmierć prezydenta", wcielając się w siostrzenicę Gabriela Narutowicza. W telewizji z kolei po raz pierwszy można było ją oglądać w spektaklu "Czarownice z Salem" Arthura Millera w reż. Zygmunta Hubnera, prezentowanym w Teatrze Telewizji. Do dziś sztuka ta uważana jest za jedną z najwybitniejszych w historii Teatru Telewizji. Sama aktorka otrzymała za ten występ nagrodę Festiwalu Twórczości Telewizyjnej w Olsztynie.

Po tym wszystkie drzwi polskiego kina były już dla niej otwarte. Zaczęła pojawiać się w filmach najlepszych twórców w tym m.in. Janusza Majewskiego. Sam reżyser mówił o niej w "Dzień dobry TVN": "Jednych kamera lubi, innych nie lubi. Ją kochała". Do innych kultowych ról Głąbczyńskiej-Komorowskiej możemy zaliczyć tę w "Karierze Nikodema Dyzmy" czy serialu "07. Zgłoś się". Aktorka nie bała się także rozebrać przed kamerą, czym rozgrzewała serca męskiej części publiczności. Jej zjawiskowa uroda sprawiła, że szybko doczekała się miana "najpiękniejszej polskiej aktorki".

 

Za oceanem spełniła swój amerykański sen. Znalazła też miłość

Wszystko skończyło się wraz z wybuchem stanu wojennego. "Kiedy byłam już właściwie na szczycie i zaczynało się dużo rzeczy dziać, nagle ogłoszono stan wojenny, który zamknął nas wszystkich. Dla młodej aktorki, która potrzebuje pracy i spełniania się, okazało się, że mam propozycję, by wyjechać. I wyjechałam do Nowego Jorku" - opowiadała w rozmowie z "Dzień dobry TVN". Na szczęście w Stanach Zjednoczonych los się do niej uśmiechnął. Tutaj również doceniono jej urodę i umiejętności aktorskie. Akurat jej przyjazd zbiegł się z okresem, kiedy wielką popularnością cieszyły się opery mydlane. To była jej szansa. W telenowelach idealnie odnajdywała się w roli pochodzących z Europy Wschodniej femme fatale. Poza tym występowała w innych produkcjach, takich jak "Kojak", "Nieśmiertelny", "Królewski skandal" czy "Bill Cosby Show". 

Miałam 26 lat, chciałam zasmakować świata i los mnie wysłuchał. Czekałam, zanim dostałam paszport i zgodę na pracę amerykańskim filmie "War and Love", ale szczęśliwie dopięłam swego. Kiedy w grudniu 1982 roku stanęłam na nowojorskim lotnisku JFK, wiedziałam, że do Polski już nie wrócę. Ameryka była moim biletem do wolności! – wyznała aktorka na łamach tygodnika "Życie na gorąco".

Głąbczyńska-Komorowska była długo związana z reżyserem Jackiem Eisnerem. To z nim zresztą opuściła Polskę. Związek jednak nie przetrwał próby czasu. Aktorka wyprowadziła się ze wspólnego, luksusowego apartamentu na Manhattanie. W znalezieniu nowego lokum pomógł jej ówczesny mąż Urszuli Dudziak, Michał Urbaniak. Między tym dwojgiem narodził się romans, który doprowadził do rozpadu małżeństwa muzyka. Wkrótce potem para stanęła na ślubnym kobiercu. Nie była to jednak miłość na całe życie. "W Michale nie mogłam się na życie zakochać. On nie był do kochania, tylko do podziwiania. Jak Mozart. Wszystko mu się wybaczało" - zdradziła w rozmowie z portalem Polki.pl.

Po Eisnerze, Liliana jeszcze dwa razy stawała przed ołtarzem. Drugi mąż zostawił ją po 15 latach dla młodszej kochanki. Później poznała Bernarda Poulina, któremu również powiedziała sakramentalne "tak". Niestety i ten związek nie przetrwał próby czasu. Mimo wszystko zdaje się, że aktorka znalazła w końcu szczęście. Jej serce skradł mieszkający w Kanadzie Polak, Ryszard. Chociaż mężczyzna chciałby poślubić partnerkę, to gwiazda kategorycznie odmawia. "Po tych wszystkich perturbacjach i trzech małżeństwach postanowiłam, że będę już teraz w permanentnym narzeczeństwie. Jestem zakochana i to jest najpiękniejsze" - wyznała. Zdjęcia Liliany Głąbczyńskiej-Komorowskiej znajdziecie w galerii na górze strony.

Więcej o:
Copyright © Gazeta.pl sp. z o.o.