Hell's Kitchen: Tragiczny poziom otwarcia. Amaro nie miał litości. Uczestnik: Poczułem się jak ostatnie ścierwo

Wystartowała trzecia edycja "Hell's Kitchen". Uczestnicy, a jest ich czternastu, co było do przewidzenia, zderzyli się ze ścianą. Dla większości było to nie tylko bolesne, ale i wyzwalające przeżycie. Oprzytomnieli.

Gdyby umiejętności kucharskie uczestników " Hell's Kitchen " były równie wysokie, co ich mniemanie o sobie, prowadzący program, Wojciech Modest Amaro , mógłby się uczyć od nich. Było oczywiście odwrotnie.

Zgodnie z formułą programu, oglądamy w nim zmagania uczestników, którzy są kulinarnymi amatorami (niekiedy także ignorantami), choć niekiedy liznęli prawdziwego gotowania. Poddani brutalnej "obróbce" wyzbywają się złudzeń co do swoich umiejętności i nabywają jednej z podstawowych i niezbędnych u dobrego kucharza cech: pokory.

<< CO SIĘ DZIAŁO W ODCINKU >>

Skalę ignorancji uczestnicy najnowszej edycji programu pokazali, kiedy wpuszczeni po raz pierwszy do "Piekielnej kuchni", zwiedzali ją niczym turyści: z drinkiem, torebkami, jedna z uczestniczek nawet z misiem. Selfie na tle woka czy stołu na szczęście nikt sobie nie robił.

Potem było jak zawsze: "kucharze" (może kilku z nich w przyszłości zasłuży na zdjęcie cudzysłowu z tego określenia) popisywali się "umiejętnościami", a Amaro sprowadzał ich do parteru, niekiedy nawet niżej.

Poczułem się k*rwa jak ostatnie ścierwo - przyznał pokornie Sebastian, jeden z uczestników, kiedy jego zespół zawalił na całej linii serwis.

Nawet z perspektywy widza widać było, że krytyka, choć brutalna, była zasłużona. Popisowe dania kandydatów na kucharzy nie tylko bywały niejadalne (Amaro przy degustacji wciąż je wypluwał), ale i wyglądały na takie. W jednym z nich Amaro znalazł nawet włos. Cieszę się, że nie byłem wtedy w jego skórze.

Formuła programu jest niezmienna od początku, Ameryki się tu nie odkrywa, jedynie wciąż do niej powraca i replikuje ten sam scenariusz w kolejnym wariancie. Bierzemy amatorów, zgniatamy ich na proszek i lepimy z nich kucharzy, a przynajmniej kandydatów na kucharzy. Im gorsi są na początku, tym lepiej, bo tym efektowniej wygląda potem ich metamorfoza. Tu zaprezentowali się tragicznie. Ilością zmarnowanego przez nich jedzenia można by nakarmić drużynę piłkarską (wraz z rezerwowymi). Skompromitowali się też, nie potrafiąc nauczyć na pamięć 12-daniowego menu, a mieli na to całą noc. Że w nocy się śpi, a nie uczy menu? Nie tutaj.

Musicie wszyscy wykuć na blachę menu, czy to jest jasne? - zapowiedział im na koniec Amaro, a brzmiało to tak, jakby mówił: nauczcie się tak gotować wodę, żeby jej nie przypalić.

Wojciecha Modesta Amaro oglądamy na zmianę w dwóch polsatowskich show kulinarnych: "Top Chefie" i "Hell's Kitchen". W "Top Chefie", gdzie występują doświadczeni kucharze, stosunek Amaro do nich jest odpowiednio inny, w "Hell's..." jest mocno pryncypialny. Odnoszę jednak wrażenie, że nawet i tutaj z edycji na edycję Amaro łagodnieje. A może po prostu przyzwyczaiłem się do jego krzyków?

Hell's KitchenHell's Kitchen Screen z Polsat Screen z Polsat

Zobacz wideo

Jacek Zalewski

Więcej o: