Anna-Maria Sieklucka zagrała główną bohaterkę Laurę w filmie "365 dni" na podstawie książki Blanki Lipińskiej. Film, który okazał się ogromnym sukcesem komercyjnym, został zmiażdżony przez krytyków m.in. za gloryfikowanie patriarchatu i romantyzowanie toksycznych relacji. Aktorka udzieliła niedawno wywiadu dla magazynu "Wprost", w którym... odcięła się od produkcji. - Dzisiaj, w moim odczuciu, "365 dni" to produkcja ukazująca patriarchalną, przemocową relację, męsko-damską, w której kobieta jest zależna, poddana i zniewolona - oceniła.
Anna-Maria Sieklucka dziś na film "365 dni" patrzy zupełnie inaczej. Dopiero dzięki terapii jest w stanie odciąć się od produkcji i otwarcie przyznać, ze nie zgadza się z jej wartościami. Przyznała również, że rola w filmie spowodowała, że wiele osób wciąż patrzy na nią tylko przez pryzmat słynnej produkcji. - Pracując nad tym filmem, miałam 26 lat i sama byłam jeszcze bardzo mocno zanurzona w patriarchacie, w systemie, którego nie do końca byłam świadoma. (...) Traktowano mnie w dużej mierze przedmiotowo, przez pryzmat Laury, filmowej postaci, nie mnie - człowieka, aktorkę, kobietę, która ma własne uczucia i emocjonalność - przyznała.
Dziś, dzięki pracy nad sobą, terapii, jestem w stanie głośno i szczerze powiedzieć: Tak, nie zgadzam się z wartościami tego filmu
- powiedziała Anna-Maria Sieklucka.
Na odpowiedź Blanki Lipińskiej nie trzeba było długo czekać. Choć autorka książki "365 dni" przyznała rację aktorce, to podkreśliła, że film był krytyką, a nie gloryfikacją patriarchatu. "Myślę, że jak ktoś uważnie przeczyta książkę (która jest od sześciu lat na rynku), to dojdzie do bardzo podobnych wniosków, bo taki był jej zamysł" - zaczęła celebrytka. Co więcej, Blanka podkreśliła, że w zagranicznych wydaniach zawarta jest specjalna notka, która wyjaśnia morał książki. "Wiecie, co jest najgorsze? Że mimo tej notki... setki tysięcy kobiet uważa, że to wszystko, co się stało, było winą Laury, a Massimo jest tu ofiarą. Sami sobie odpowiedzcie na pytanie, czego to dowodzi..." - zastanawia się Lipińska.
Celebrytka przytoczyła treść notki w książce, która ma wyjaśniać przesłanie publikacji. "A oto ta notka: Jeśli nie znalazłeś morału w mojej opowieści, już spieszę wyjaśnić. Trylogia "365 dni" nie gloryfikuje gwałtów i syndromu sztokholmskiego. Massimo, jak widzisz, nie jest kryształowy, a Laura głupia. Przykro mi, jeśli dałeś się nabrać urokowi głównego bohatera, pewnie w realnym życiu też zrobiłeś to nie raz. Ale pamiętaj! Nie wszystko złoto, co się świeci, a pieniądze i wygląd szczęścia nie dają. Liczy się wolność, niezależność, przestrzeń i partnerstwo, a nie dyktatura i drogie buty" - czytamy. Pod koniec wywodu podziękowała aktorce za szczerze słowa. "Cieszę się, że kobiety zaczynają to wreszcie kumać, dzięki, Ama" - czytamy. Pełną wypowiedź Lipińskiej znajdziecie w naszej galerii u góry strony.
Ralph Kamiński nie gryzł się w język w restauracji Gessler. "Czy pani czupiradło jest tutaj dzisiaj?"
Dzieci Lubomirskiego i Kulczyk na salonach. Tak wyglądają księżniczka Weronika i książę Jeremi
Boczarska nie jest zadowolona z udziału Natsu w "Tańcu z Gwiazdami". "To dla niej ujma"
Rzecznik prokuratury reaguje po oświadczeniu Agnieszki R. Tak wyjaśnił sprawę
Przyczepili się do wagi Krupińskiej. Jasno odpowiedziała hejterom
Niebywałe sceny na rozprawie rozwodowej Kubickiej i Barona. "Sandra, przestań. Nie rozmawiam z tobą!"
Córka Zygmunta Solorza jest miliarderką. Mało kto wie, czym się zajmuje
Hillary Clinton zeznawała w sprawie Epsteina. Wyszło na jaw, co powiedziała
Była Barona podarowała prezent jego (jeszcze) żonie. To jej wysłała