Trzy dni przed śmiercią wysłał żonie dziwnego SMS-a. Sens tych słów zrozumiała dopiero po latach

Maciej Kozłowski dowiedział się o swojej chorobie przez zupełny przypadek. Mimo diagnozy nie poddał się i do końca wierzył, że wyzdrowieje. Trzy dni przed śmiercią wysłał żonie SMS-a, którego zapamiętała na lata. - Nie rozumiałam tych słów. Złościłam się trochę, bo zostawiał mnie samą, z długami, z remontem domu. Dopiero później wszystko stało się jasne - mówiła po jego śmierci.

Maciej Kozłowski urodził się 8 września 1957 roku w Kargowej. Uczył się na Wydziale Aktorskim w Szkole Filmowej w Łodzi, a debiut aktorski zaliczył jeszcze podczas studiów, w serialu "Królowa Bona". Po ukończeniu nauki występował w Teatrze Nowym w Poznaniu, a następnie rozpoczął karierę na deskach warszawskich teatrów. Z czasem swój potencjał aktorski zaczął wykorzystywać na ekranie. Wystąpił m.in. w takich filmach jak "Lista Schindlera", "Nic śmiesznego" i "Ogniem i mieczem". 

Zobacz wideo Grażyna Szapołowska walczy o to, by wchodzić wszędzie ze zwierzętami. Mówi, że psy są tam często grzeczniejsze i czystsze

Choć Kozłowski odnosił sukcesy na wielkim ekranie, to teatr zawsze był dla niego najważniejszy.

Serial się skończy, a życie będzie biec dalej. Dla mnie punktem odniesienia jest teatr. I jestem szczęśliwy, że jestem w Narodowym, tu jest fantastyczny zespół o niebywałym potencjale

- mówił aktor w wywiadzie dla "Vivy!"

 

Maciej Kozłowski często wcielał się w czarne charaktery. Grał m.in. w "Psach" i "Killerze". Mimo że w swojej wieloletniej karierze na ekranie grał głównie postacie drugoplanowe, to trudno było przejść obok jego kreacji obojętnie. 

Zawsze ciekawe jest zagranie, używając pretensjonalnego określenia, "czarnego charakteru", ponieważ jest taka szansa, że gdzieś tam na dnie w tym człowieku drzemie coś dobrego. A zło jest bardzo intrygujące, dużo bardziej niż dobro, bo to ostatnie jest oczywiste, natomiast zło jest zazwyczaj wieloznaczne

- mówił Kozłowski w rozmowie z "Tele Tygodniem".

Kozłowski dowiedział się o chorobie przez przypadek. "Dwa słowa i pięć sekund przerwy"

Wielką miłością Macieja Kozłowskiego była Agnieszka Kowalska. Kobieta studiowała na krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych, a po zakończonej nauce została malarką specjalizującą się w portretach. Kobieta poznała Macieja, kiedy malowała jego wizerunek. Postanowiła przywieźć mu obraz do Warszawy. Ich przyjaźń zamieniła się w wielkie uczucie.

To nie jakieś tam zakochanie, to miłość! Będę nią darzyć Maćka do końca moich dni

- mówiła Agnieszka Kowalska, której słowa przytacza "Viva!".

Niestety szczęśliwe zakończenie nie było im pisane. W 2005 roku okazało się, że aktor jest poważnie chory. Kozłowski wziął wówczas udział w akcji "Krewniacy" Radosława Pazury i oddał krew, aby dać dobry przykład. Podczas badań okazało się, że jest zakażony wirusem zapalenia wątroby typu C. Po usłyszeniu diagnozy od razu rozpoczął leczenie, ale nie zrezygnował z aktorstwa. Nadal występował zarówno w teatrze, jak w filmach. Choroba jednak nie ustępowała. Aktor usłyszał, że ma nowotwór wątroby. 

Nie dyskutuję z wyrokami. Warto pamiętać, że w chwili poczęcia dostajemy nowe życie i nową śmierć. Należy żyć tak, jakby każdy dzień był ostatnim. Mam jeszcze trochę do zrobienia. Trzeba żyć i dawać świadectwo

- opowiadał Kozłowski, którego słowa przypomina "Viva!".

Aktor angażował się w pomoc osobom w kryzysie bezdomności i wspierał ubogich. Często jeździł do szkół w swojej rodzinnej miejscowości, aby opowiadać o teatrze, i zapraszał uczniów do Teatru Narodowego w Warszawie. Był też aktywny w kampanii wspierającej osoby walczące z nowotworem. Angażował się też w marsze Narodowej Koalicji do Walki z Rakiem. Wiele osób przyznawało, że działalność aktora na rzecz osób chorych dodawała im siły do walki.

Opowiadał o chemii, którą właśnie przeszedł i która była koszmarem. Dwa słowa i ciężki oddech, dwa słowa i pięć sekund przerwy. Tak zabija żółtaczka typu C, wirusowe zapalenie wątroby

- mówił o aktorze Zbigniew Hołdys, cytowany przez Interię.

Wyniszczająca chemia przysporzyła aktorowi kolejnych problemów. Maciej Kozłowski przeszedł operację woreczka żółciowego. Informacja o złym stanie zdrowia sprawiła, że mężczyzna zaczął otrzymywać coraz mniej propozycji pracy. 

Trzy dni przed śmiercią Macieja Agnieszka dostała od niego SMS-a. "Silne kobiety nie chodzą po prośbie" - napisał. 

Nie rozumiałam tych słów. Złościłam się trochę, bo zostawiał mnie samą, z długami, z remontem domu. Dopiero później wszystko stało się jasne. Pierwsze dwa lata były bardzo trudne, ale zauważyłam, że wiele spraw się układa. Problemy niejako rozwiązują się same. Wtedy dotarło do mnie, że to Maciej pomaga mi z góry, dlatego nie muszę "chodzić po prośbie"

- powiedziała Agnieszka Kowalska w rozmowie z "Dobrym Tygodniem".

Maciej Kozłowski grał twardzieli, ale miał gołębie serce. Psy "robiły z nim co chciały"

Maciej Kozłowski lubił ludzi i zwierzęta. Angażował się w pomoc czworonogom, głównie za sprawą swojej żony. To dla niej przeprowadził się z Warszawy do Gąsaw, gdzie Agnieszka miała swoją pracownię.

Zanim zamieszkaliśmy razem, nie miał wcześniej psów. Przez to nie miał doświadczenia w postępowaniu z nimi, więc kompletnie je rozpieszczał. Robiły z nim, co chciały, wchodziły mu na głowę. Nie umiał żadnemu odmówić pomocy. Dlatego po trzech miesiącach wspólnego życia pod naszym dachem było ich już siedem. Nie mogliśmy przygarnąć więcej do domu, ale wciąż pojawiały się jakieś potrzebujące bidy. Więc Maciek obdzwaniał pół Warszawy w poszukiwaniu im nowych domów

- opowiadała jego żona w wywiadzie dla "Gazety Wyborczej".

Kozłowski i jego żona uratowali kilkadziesiąt psów. Agnieszka Kowalska wspominała, że podczas jednej z audycji radiowych Kozłowski powiedział, że ma marzenie, aby bezdomny pies z przystanku w Jastrzębiu znalazł dom. Po wywiadzie z aktorem do radia zadzwonił mężczyzna, który zadeklarował chęć zaopiekowania się zwierzęciem. 

Wiele osób jest zaskoczonych, że mąż tak lubił psy. Większość kojarzyła go z jego rolami twardzieli, przestępców, gangsterów, a on był obsadzany na przekór, bo tak naprawdę był bardzo delikatnym człowiekiem

- mówiła Agnieszka Kowalska, której słowa cytuje "Super Express".

Żona Kozłowskiego wciąż czuje jego obecność. "Maciej dla mnie nadal żyje"

Aktor zmarł 11 maja 2010 roku w wieku 52 lat. Ostatnie miesiące życia spędził na intensywnej pomocy zwierzętom. Po śmierci męża Agnieszka Kowalska założyła fundację Pan i Pani Pies im. Macieja Kozłowskiego. 

Tego rodzaju więzi, którą mieliśmy z mężem, nie jest w stanie przerwać śmierć. Duchowo ciągle jesteśmy razem. Bardzo wyraźnie to czuję i doświadczam na co dzień jego pomocy. Maciej dla mnie nadal żyje. Jest tylko w innym świecie

- mówiła Agnieszka Kowalska, której słowa przytacza Wirtualna Polska.

 
Więcej o:
Copyright © Gazeta.pl sp. z o.o.