Skiba miała prawidłowe USG, a trzy miesiące później usłyszała diagnozę. "Dowiedziałam się podczas nakładania kremu"

Karolina Skiba nie ukrywa, że życie u boku znanego muzyka wiąże się nie tylko z przywilejami, lecz także z hejtem i nieustannymi ocenami. W szczerej rozmowie z Iwoną Smyrak żona Krzysztofa Skiby opowiedziała o 26-letniej różnicy wieku między nią a ukochanym, zmaganiach z rakiem piersi i miłości do zwierząt. Zdradziła również, dlaczego nie czyta już internetowych komentarzy i co uważa za fundament udanego związku.
Krzysztof Skiba, Karolina Skiba
Kapif, instagram.com/karoskiba

Karolina Skiba od lat mierzy się z zainteresowaniem, jakie wzbudza jej związek z Krzysztofem Skibą. 26-letnia różnica wieku, komentarze dotyczące wyglądu i oceny internautów sprawiają, że nie zawsze mówi się o niej przez pryzmat jej własnych osiągnięć i zainteresowań. Tymczasem za medialnym wizerunkiem kryje się kobieta, która ma za sobą historię z rakiem piersi, angażuje się w pomoc zwierzętom i otwarcie mówi o wartościach, którymi kieruje się w życiu. W rozmowie z Iwoną Smyrak opowiada o diagnozie, która zmieniła jej podejście do zdrowia, wyjaśnia, dlaczego przeszła na weganizm i w jaki sposób przekonała męża do zmiany nawyków bez wywierania na niego presji. Zdradza również, jak radzi sobie z hejtem, co najbardziej zabolało jej mamę i dlaczego uważa, że ona i Krzysztof uzupełniają się mimo różnic.

Zobacz wideo Przyjaciółka Dody zmaga się z nowotworem trzustki. "Jest w trakcie bardzo ciężkiej chemioterapii"

Październik jest miesiącem świadomości raka piersi. W 2020 roku sama usłyszałaś taką diagnozę. Obecnie choroba jest w remisji, jednak mimo to postanowiłaś nagłośnić swój przypadek.

Uważam, że profilaktyka jest niezwykle ważna. O swojej zmianie dowiedziałam się podczas nakładania kremu i właśnie taka codzienna czynność może być formą profilaktyki. Chodzi przecież przede wszystkim o to, żeby znać swoje ciało i być świadomym wszelkich zmian. Co ciekawe, zaledwie trzy miesiące wcześniej miałam USG, na którym nic nie wykazało.

Czyli twój przypadek pokazuje, że nawet regularne badania nie zawsze dają pewność, że wszystko jest w porządku. Jak zmieniło się twoje podejście do życia i zdrowia po chorobie? 

Przed chorobą byłam właściwie okazem zdrowia. Dużo ćwiczyłam, zdrowo się odżywiałam, praktycznie nie piłam alkoholu, więc w moim przypadku niestety wszystko wskazuje na podłoże genetyczne. Zmieniło się jednak to, że jestem jeszcze bardziej świadoma i wyczulona na kwestie zdrowotne. Mój mąż nawet się ze mnie śmieje, że jestem pod tym względem trochę "męcząca", bo co chwilę sprawdzam go, nasze psy i siebie. Jeśli tylko wyczuję coś niepokojącego, od razu reaguję. Zdarza mi się nawet dzwonić do siostry, która jest weterynarzem, kiedy zauważę u któregoś z psów jakąś grudkę i pytam: "Czy to na pewno nie jest coś poważnego?". Po prostu po takim doświadczeniu człowiek staje się bardziej przewrażliwiony. Z drugiej strony myślę, że to dobrze - wolę być nadmiernie czujna, niż coś przeoczyć i później żałować.

Czy takie doświadczenie sprawia, że przy kolejnych problemach zdrowotnych człowiek podchodzi do nich bardziej trzeźwo i wie, jak działać?

Ja od początku starałam się podchodzić do tego wszystkiego na trzeźwo. Wiedziałam, że w moim przypadku sytuacja nie była zbyt optymistyczna, ale postanowiłam sobie, że nie ma opcji, żeby coś poszło nie tak. Zawsze powtarzam dziewczynom, również na forach, że przy tak poważnych chorobach nastawienie psychiczne to naprawdę ogromna część całej walki. Można siedzieć podczas chemioterapii i płakać, a można też skupić się na tym, żeby krok po kroku odzyskiwać zdrowie.

Od początku wiedziałam też, że zrobię wszystko, co zalecą mi lekarze - niezależnie od tego, czy będzie mi się to podobało, czy nie. Najważniejsze było dla mnie to, żeby wyzdrowieć. A jeśli jakaś metoda nie zadziała, trzeba szukać innego rozwiązania. I tyle.

Skąd wzięła się u Ciebie tak silna miłość do zwierząt i decyzja o przejściu na wegetarianizm, a później weganizm?

To nie była łatwa decyzja, bo byłam wychowana w domu, gdzie moi rodzice cały czas mi wciskali mięso - do każdego posiłku. W ogóle mnie nie nauczono lubić warzywa. Kiedy przeszłam na wegetarianizm, to rzeczywiście nie wiedziałam, co gotować. Mieszkałam wtedy z rodzicami, a moja mama powiedziała: "Jak chcesz sobie gotować, to sobie gotuj", ale dzięki temu nauczyłam się gotować i doprawiać dania. Myślę, że weganizm jest po prostu kolejnym krokiem.

Co sprawiło, że zdecydowałaś się przestać jeść mięso? 

Był wtedy okres świąteczno-bożonarodzeniowy i byłam w jeszcze istniejącym wówczas Tesco. Szłam z piersią z kurczaka do kasy i przede mną stał pan, który miał w siatce żywego karpia. On się w niej dusił. Pamiętam, że spojrzałam na tego karpia, a chwilę później nasze oczy się spotkały. Zwróciłam się do tego pana, czy ma w ogóle sumienie, że ta ryba się dusi. Wtedy on mi odpowiedział: "A co pani ma w ręku?". Pomyślałam: "O kurka, rzeczywiście". Dosłownie w tamtej chwili zmieniło się moje podejście. Pamiętam, że wtedy odłożyłam tę pierś z kurczaka, a potem nikt mi nie wierzył, że będę umiała zrezygnować z mięsa, bo wtedy przede wszystkim jadłam drób. Teraz na ten moment już mi, no brzydko pachnie to mięso, dosłownie po kilku latach, bo przez parę lat tak nie miałam, ale teraz to już bardzo.

Czy w takim razie łatwo było przekonać męża do weganizmu?

Ja w ogóle nie próbowałam przekonywać męża na siłę. Wychodzę z założenia, że znacznie więcej można osiągnąć poprzez edukację. Dlatego odwiedzam azyle, poznaję mieszkające tam zwierzaki i dzielę się filmikami, na których widać, jak świnka się przytula, jak zachowuje się zupełnie jak pies i jak bardzo wszystkie te zwierzęta są do siebie podobne. Myślę, że takie pokazywanie ich z bliska daje znacznie więcej niż wywieranie na kimś presji czy ocenianie go. Kiedy kogoś obrażamy albo do czegoś zmuszamy, często osiągamy zupełnie odwrotny efekt.

Gdybym ciągle powtarzała mężowi: "Musisz przestać jeść mięso", prawdopodobnie nadal jadłby je w trasie. Zamiast tego po prostu pokazywałam mu zwierzęta i opowiadałam o nich. Dzięki temu, że mam psiaki, sam bardzo je pokochał, a ja często mówiłam mu: "Zobacz, świnki są takie jak pieski". Pokazywałam mu, że one również mają swoje charaktery, emocje i potrzebę bliskości. W domu mąż nie jadł mięsa, bo bardzo dobrze gotuję roślinne potrawy, ale w trasie nadal zdarzało mu się po nie sięgać. Aż pewnego dnia zadzwonił do mnie właśnie z trasy i powiedział, że dużo o tym wszystkim myślał. Przyznał, że wie, jak ważne jest to dla mnie, ale przede wszystkim sam zaczął inaczej patrzeć na zwierzęta. To wszystko wydarzyło się naturalnie, bez nacisków i bez zmuszania go do zmiany. I właśnie dlatego tak bardzo mnie to ucieszyło.

Czy dziś związałabyś się z kimś, kto je mięso?

Jeśli chodzi o Krzyśka, to kiedy się poznaliśmy, byłam jeszcze wegetarianką. To był dosłownie okres tuż przed przejściem na weganizm. Mam też świadomość, że odkąd zostałam weganką, moje podejście w niektórych kwestiach stało się bardziej radykalne. Dlatego trudno mi dziś powiedzieć, jak zachowałabym się wtedy, gdybyśmy byli w takiej sytuacji jak teraz. Nie wiem, czy zdecydowałabym się na rozstanie, czy próbowałabym jakoś do niego dotrzeć, bo nadal uważam, że wywieranie presji na drugą osobę rzadko przynosi dobry efekt. Na pewno jednak odczuwałabym duży dysonans.

Z drugiej strony, kiedy poznawałam Krzyśka, wcale nie planowałam, że się w nim zakocham. Życie po prostu potoczyło się tak, jak się potoczyło. Trudno więc jednoznacznie powiedzieć, co zrobiłabym w tamtym momencie. Wiem natomiast, że dziś, gdybym była singielką, nie potrafiłabym już związać się z kimś, kto ma świadomość, jak funkcjonuje przemysł wykorzystujący zwierzęta, a mimo to świadomie go wspiera, kupując produkty pochodzenia zwierzęcego.

Czy według Ciebie złe wyniki badań krwi mogą być argumentem za tym, że trzeba jeść mięso, jeśli ktoś jest wegetarianinem lub weganinem?

Nie, absolutnie nie uważam, żeby same wyniki badań krwi mogłyby być argumentem za koniecznością jedzenia mięsa. Mam zresztą bliskiego przyjaciela, który jest profesorem zajmującym się żywieniem i którego uważam za jedną z najmądrzejszych osób, jakie znam. On również często podkreśla, jak ważne jest odpowiednio zbilansowane odżywianie, a nie samo spożywanie konkretnych produktów.

Pamiętam, że kiedy chorowałam na raka i przechodziłam chemioterapię, lekarz zalecał mi włączenie do diety białego mięsa i ryb. Powiedział nawet, że jeśli tego nie zrobię, mogę nie przeżyć chemioterapii albo leczenie może nie przynieść oczekiwanych rezultatów. Ja jednak nie chciałam rezygnować ze swoich przekonań i postanowiłam pozostać przy swojej diecie. Przed każdym wlewem chemioterapii wykonywano mi badania krwi, żeby sprawdzić, czy mój organizm jest w odpowiednim stanie, by bezpiecznie kontynuować leczenie. Moje wyniki regularnie wypadały bardzo dobrze. Pamiętam, że lekarz sam zwracał na to uwagę i był zaskoczony, jak dobre miałam parametry, biorąc pod uwagę intensywność leczenia.

Pod koniec terapii wróciłam do tej rozmowy, ale lekarz stwierdził, że po prostu miałam szczęście. Oczywiście nie twierdzę, że moja dieta zagwarantowała mi dobre wyniki ani że każdy organizm zareaguje tak samo. Uważam jednak, że nie można z góry zakładać, że osoba na diecie roślinnej będzie gorzej odżywiona albo że do prawidłowego funkcjonowania organizmu niezbędne jest jedzenie mięsa.

Kluczowe jest to, jak się odżywiamy, a nie tylko to, czy jemy produkty zwierzęce. Można być weganinem i żywić się głównie frytkami, białym pieczywem czy przypadkowymi sałatkami, nie dbając o odpowiednią podaż składników odżywczych. Można też komponować dietę roślinną świadomie, różnorodnie i z uwzględnieniem zapotrzebowania organizmu.

Czy uważasz, że pokazywanie ludziom brutalnej rzeczywistości przemysłu mięsnego to dobry sposób na edukację, czy może jest to zbyt drastyczne?

W tym roku brałam też udział w akcji, która nazywała się "Muzeum Tortur Współczesnych". Staliśmy przy Pałacu Kultury i Nauki, a na naszym namiocie widniał tylko duży, biały napis bez żadnych dodatkowych wyjaśnień. Prezentowaliśmy tam narzędzia i sprzęty wykorzystywane w przemyśle hodowlanym i ubojowym, pokazując, z czym na co dzień muszą mierzyć się zwierzęta. Nie było żadnej krwi ani krzyków, tylko same przedmioty i osoby, które wyjaśniały przechodniom, do czego służą i co dzieje się ze zwierzętami.

Reakcje ludzi były naprawdę poruszające. Wiele osób odchodziło ze łzami w oczach, bo dopiero wtedy uświadamiały sobie, jak wygląda rzeczywistość, której na co dzień nie widzą. Oczywiście zdarzały się też nieprzyjemne sytuacje. Pamiętam dwóch mężczyzn, którzy mnie wyśmiali - jeden był myśliwym, a drugi hodowcą. Takie reakcje również się zdarzają, ale zdecydowanie nie były one normą. Większość osób reagowała emocjonalnie i z dużym poruszeniem. Dlatego uważam, że takie akcje są bardzo potrzebne. Czasami wystarczy pokazać ludziom coś, z czym wcześniej nie mieli bezpośredniego kontaktu, żeby zaczęli inaczej patrzeć na zwierzęta.

Działam również w organizacji Anonymous for the Voiceless, która prowadzi akcje edukacyjne w przestrzeni publicznej. Jednym z ich elementów jest tak zwana Ściana Prawdy. Ustawiamy się z ekranami, na których wyświetlany jest między innymi film "Dominion", pokazujący, jak wygląda wykorzystywanie zwierząt w różnych gałęziach przemysłu. Naszym celem nie jest zmuszanie kogokolwiek do oglądania tych materiałów. Kiedy zauważamy, że ktoś zatrzymuje się przed ekranem i zaczyna oglądać film, podchodzimy i nawiązujemy rozmowę. Pytamy, co o tym myśli, jakie emocje wywołują w nim te obrazy i czy wcześniej miał świadomość, że zwierzęta są traktowane w taki sposób. Zamiast narzucać komuś swoje zdanie, staramy się stworzyć przestrzeń do rozmowy i refleksji.

Co sądzisz o związku Filipa Chajzera z Bianką i o zainteresowaniu opinii publicznej ich relacją?

Nie da się nie śledzić tego, co się wokół nich dzieje, ale mam wrażenie, że ludzie najbardziej skupiają się na tym, czy ona ma 19 czy 20 lat, a przecież akurat ta różnica nie ma aż takiego znaczenia. Jeśli chodzi o różnicę wieku w związku, nie zamierzam być hipokrytką i nikogo oceniać, zwłaszcza że mnie samej od młodości podobają się starsi mężczyźni.

Jeśli chodzi o ten podcast, to bardziej bawi mnie chyba sposób, w jaki on ciągle mówi o sobie. Być może to po prostu jego maniera, sposób bycia czy wypowiadania się, ale trudno mi to jednoznacznie ocenić. Tak naprawdę uważam, że akurat w tej kwestii nie ma sensu wydawać osądów, szczególnie jeśli nie znamy tych ludzi osobiście.

Zresztą ludzie zawsze lubią przewidywać, że jakiś związek się rozpadnie. Tak samo mówiono o Pazurach, o Rubikach, a przecież oni nadal są razem. My z Krzyśkiem również zamierzamy być ze sobą przez całe życie, więc kto wie, może im też się uda. Ostatecznie nie znam ich prywatnie, nie wiem, jak wygląda ich relacja od środka, dlatego trudno mi wypowiadać się na ich temat. Myślę, że czas pokaże, a my nie musimy od razu zakładać, że coś się nie uda, tylko dlatego, że z zewnątrz wygląda inaczej, niż sami byśmy sobie wyobrażali.

Czy wracają do Ciebie początki Twojej relacji z Krzysztofem, kiedy obserwujesz komentarze dotyczące ich różnicy wieku?

U nas chyba jest tak, że za każdym razem, kiedy ktoś o nas pisze, pojawia się określenie, że jestem 26 lat młodsza od Krzyśka. Zawsze mnie to trochę śmieszy, bo można odnieść wrażenie, jakby ta różnica wieku definiowała mnie jako osobę i była najważniejszą rzeczą w naszej relacji.

Czy sama czułaś kiedyś, że jesteś w sytuacji podobnej do tej, w której dziś znajduje się Bianka? Co powiedziałabyś osobie, której wszyscy mówią, że popełnia błąd, wiążąc się ze starszym mężczyzną?

Ludzie cały czas piszą mi, że na pewno zostawię Krzyśka dla młodszego mężczyzny i że nasz związek nie ma przyszłości ze względu na różnicę wieku. Myślę, że takie komentarze więcej mówią o osobach, które je piszą, niż o nas samych.

Jeśli ktoś ma swoje życie uczuciowe, jest szczęśliwy w związku, ma przyjaciół i własne sprawy, to raczej skupia się na tym, co dzieje się w jego życiu, zamiast poświęcać czas na pisanie obcym ludziom, że ich relacja na pewno się rozpadnie. Oczywiście każdy może mieć swoje przemyślenia czy opinię na temat różnicy wieku w związku, ale czym innym jest mieć własne zdanie, a czym innym czuć potrzebę, żeby narzucać je ludziom, których nawet się nie zna.

Dlatego myślę, że zamiast oceniać osoby, które są w związkach z dużą różnicą wieku, warto czasem spojrzeć na to z innej perspektywy. Być może tym, którym tak bardzo przeszkadza cudze szczęście, brakuje czegoś we własnym życiu. I szczerze mówiąc, prędzej współczuję takim osobom, niż ludziom, którzy po prostu kochają się mimo różnicy wieku.

Czy starszy mężczyzna może czegoś nauczyć się od młodszej partnerki? Jak to wyglądało w waszym przypadku?

Myślę, że mam na Krzyśka bardzo dobry wpływ, również jeśli chodzi o jego zdrowie. Może zabrzmi to trochę nieskromnie, ale pomogłam mu zwrócić uwagę na wiele kwestii zdrowotnych, których wcześniej w ogóle nie kontrolował, bo po prostu nie miał nawyku regularnego badania się. Ja z kolei pochodzę z rodziny, w której kwestie medyczne traktuje się poważnie, więc mam sporą świadomość zdrowotną i staram się tę wiedzę wykorzystywać również w trosce o niego. Pilnuję, żeby odpowiednio dbał o siebie, i próbuję też motywować go do walki z nadwagą.

Między innymi dlatego nie jeżdżę z nim w trasy. Sama zaczęłam zauważać, że puchnę, kiedy spędza się tyle czasu w pozycji siedzącej i często podjada na stacjach benzynowych. Taki tryb życia niestety nie sprzyja zdrowiu, dlatego wiem, jak ważne jest, żeby zwracać uwagę na codzienne nawyki.

Myślę też, że różnica wieku sprawia, że jeszcze mocniej zależy mi na jego zdrowiu. Chciałabym, żebyśmy byli razem jak najdłużej, dlatego staram się dawać mu nie tylko miłość i wsparcie, ale też wiedzę i świadomość tego, jak ważne jest dbanie o siebie. Wiadomo, że otyłość może być problemem zdrowotnym niezależnie od wieku, ale u osoby starszej może wiązać się z dodatkowymi zagrożeniami. Zależy mi więc na tym, żeby Krzysiek jak najdłużej cieszył się dobrym zdrowiem i sprawnością.

Ale to nie jest jedyny obszar, w którym widzę, że dobrze na siebie wpływamy. Mam też poczucie, że Krzysiek bardzo rozwinął przy mnie swoją empatię, szczególnie wobec zwierząt. Wcześniej nie miał z nimi tak bliskiej relacji, a kiedy dołączył do mojej rodziny, miałam już dwa psiaki. Dzisiaj mamy ich czworo, a do tego kotka bez łapki. Mamy też sunię, którą Krzysiek po prostu uwielbia. Jest niesamowite, jak bardzo się z nimi związał i ile miłości im okazuje.

A czy Krzysztof nauczył Cię czegoś ważnego?

Krzysiek ma naprawdę ogromną wiedzę, szczególnie historyczną, i jest niesamowicie inteligentnym człowiekiem. W mediach czasami lubi się powygłupiać, ale to zupełnie nie oddaje tego, jaką ma wiedzę i jakim jest człowiekiem. Gdybyśmy mieli porozmawiać o historii, literaturze czy twórczości różnych autorów, to jestem przekonana, że na większość pytań znałby odpowiedź. On właściwie na każdy temat potrafi coś powiedzieć, a ja na przykład z historii nigdy nie byłam szczególnie dobra.

Myślę więc, że w naszym związku każde z nas wnosi coś innego. Ja może lepiej ogarniam codzienne życie, dbanie o dom, nasze zdrowie i ogólny dobrostan, a Krzysiek jest takim naszym intelektualistą. Ma ogromną wiedzę, jest bardzo oczytany i imponuje mi tym, ile wie. I właśnie to jest fajne w naszej relacji, że możemy się od siebie uczyć i wzajemnie uzupełniać. Nie uważam, że jedna osoba musi być dobra we wszystkim. Ważne, że każde z nas ma swoje mocne strony i że potrafimy je w sobie doceniać.

Czy popularność Krzysztofa bardziej pomaga wam w życiu czy przeszkadza?

To jest dość trudne pytanie, bo myślę, że rozpoznawalność Krzyśka ma zarówno swoje plusy, jak i minusy. Nie ma co ukrywać, czasami jest łatwiej, bo ktoś go lubi, kojarzy i dzięki temu również mnie odbiera bardziej pozytywnie. Z drugiej strony Krzysiek ma bardzo wyrazistą osobowość i potrafi wzbudzać skrajne emocje, szczególnie w kwestiach politycznych, a to czasami bywa naprawdę męczące.

Zdarzało mi się dostawać sporo hejtu tylko dlatego, że Krzysiek napisał coś w internecie. I wtedy zastanawiam się: ale co ja właściwie mam z tym wspólnego? Przecież nie będę mu mówiła, co ma publikować, a czego nie, ani ingerowała w to, jakie poglądy wyraża. Każde z nas jest odrębną osobą i uważam, że w związku trzeba sobie dawać przestrzeń do samodzielnego myślenia i wyrażania własnego zdania.

Dlatego z czasem wypracowałam sobie pewien sposób radzenia sobie z tym wszystkim. Dzisiaj, kiedy coś publikuję, często nawet nie czytam komentarzy, bo wiem, że gdybym miała brać do siebie wszystko, co ludzie wypisują w internecie, po prostu trudno byłoby mi to psychicznie udźwignąć. Nauczyłam się oddzielać życie prywatne od tego, co dzieje się w sieci i nie pozwalać, żeby opinie obcych ludzi wpływały na moje samopoczucie.

Czy wejście do show-biznesu zmieniło cię jako osobę? Widzisz w sobie jakieś zmiany na plus lub minus?

Myślę, że z czasem rzeczywiście trochę uodporniłam się na hejt. Mam wrażenie, że internet niestety zmierza w bardzo złym kierunku, szczególnie jeśli chodzi o wzajemne traktowanie się ludzi. Dzisiaj hejt dotyka już nawet dzieci, które potrafią tworzyć grupy służące wykluczaniu i ośmieszaniu rówieśników. To jest naprawdę przykre, bo mam wrażenie, że coraz łatwiej przychodzi nam ocenianie innych i sprawianie im przykrości. Czym innym jest jednak hejt w jakimś mniejszym środowisku, na przykład w szkole czy w pracy, a czym innym sytuacja, w której stajesz się osobą publiczną, nawet jeśli wcale tego nie planowałaś

Miałam taki moment, kiedy naprawdę mocno przeżywałam te komentarze. Czytałam je i brałam sobie do serca znacznie więcej, niż powinnam. Co ciekawe, przez internetowy hejt zaczęłam nawet mieć kompleks związany z dziąsłami, na które wcześniej w ogóle nie zwracałam uwagi. Później, podczas wizyty u dentysty, okazało się, że rzeczywiście jest tam pewna kwestia, którą warto było sprawdzić i skonsultować. Z jednej strony było mi przykro, bo nigdy nie jest przyjemnie czytać złośliwe komentarze na swój temat, ale z drugiej strony ta sytuacja sprawiła, że zwróciłam uwagę na coś, czym warto było się zająć. Ostatecznie wyszło mi to na zdrowie, więc można powiedzieć, że nawet z takiej nieprzyjemnej sytuacji wynikło coś dobrego.

Nie zmienia to jednak faktu, że w pewnym momencie stwierdziłam, że nie chcę już tak funkcjonować. Przestałam czytać komentarze, bo zrozumiałam, że nie ma sensu dobrowolnie narażać się na coś, co odbiera mi spokój i wpływa na moje samopoczucie. Można przecież interesować się życiem osób publicznych, czytać portale plotkarskie, oglądać, jak ktoś się ubrał albo co robi i zwyczajnie być ciekawym czyjegoś życia. Nie widzę w tym nic złego, dopóki nie przeradza się to w chamskie ocenianie, wyśmiewanie czy celowe sprawianie komuś przykrości.

Myślę, że pod tym względem sama przeszłam pewną przemianę. Nauczyłam się, że nie muszę odpowiadać na każdą zaczepkę, tłumaczyć się ze wszystkiego ani przejmować się opinią ludzi, którzy mnie nie znają. Mam swoje życie, swoje obowiązki, bliskich i mnóstwo rzeczy, na których chcę się skupiać. Szkoda mi czasu i energii na zastanawianie się nad tym, co napisała o mnie jakaś obca osoba w internecie.

Jak odbierasz sytuację, w której mimo wykształcenia, pracy i wielu aktywności jesteś przez część osób postrzegana przede wszystkim jako "żona Krzysztofa Skiby"?

Myślę, że najbardziej przeżywała to chyba moja mama. Zawsze była dumna z tego, że jej córki są wykształcone i że mamy coś do zaoferowania, a później czytała w internecie komentarze, że jestem pustakiem albo że mam zrobiony biust. I to jest właśnie przykre, bo ludzie często nie zastanawiają się nawet przez chwilę, co piszą i jak bardzo mogą kogoś tym zranić. Ktoś może mieć za sobą jakąś historię zdrowotną, o której inni nie mają pojęcia, a mimo to staje się obiektem niewybrednych komentarzy na temat swojego wyglądu. Zresztą nawet jeśli ktoś rzeczywiście zdecydował się na jakiś zabieg estetyczny, to co to właściwie mówi o jego inteligencji czy wartości jako człowieka?

Dobrym przykładem jest Małgorzata Rozenek-Majdan. To bardzo inteligentna kobieta, która robi wiele dobrego, a mimo to również bywa oceniana przez pryzmat wyglądu. Pokazuje to, jak łatwo ludzie sprowadzają drugiego człowieka do kilku powierzchownych cech. Tłumaczyłam mamie, że nie warto brać sobie do serca wszystkiego, co ludzie wypisują w internecie. Często są to osoby, które nas nie znają i nie mają pojęcia, jak wygląda nasze życie. Z czasem zrozumiałam, że najważniejsze jest to, kim naprawdę jesteśmy, a nie to, co napisze o nas ktoś anonimowy.

Czy uważasz, że ludzie nie zawsze potrafią dostrzec głębszy sens w tym, co Krzysztof publikuje, i skupiają się przede wszystkim na jego złośliwych komentarzach?

Tak, zdecydowanie. Mam wrażenie, że wiele osób czyta teksty Krzyśka bardzo powierzchownie. Zauważają przede wszystkim złośliwość, żart czy przytyk w stronę konkretnej osoby lub partii, ale nie zawsze próbują zrozumieć szerszy kontekst. Oczywiście Krzysiek ma swoje sympatie polityczne, ale potrafi też krytykować partie, z którymi w wielu kwestiach jest mu po drodze. Pisze felietony, komentuje rzeczywistość i nie oszczędza nawet tych, z którymi zasadniczo się zgadza. Tymczasem niektórzy z góry zakładają, że skoro napisał coś złośliwego o danym ugrupowaniu, to musi to oznaczać, że je atakuje.

Niezależnie od tego, co napisze, część ludzi i tak odczyta jego słowa przez pryzmat własnych przekonań. Myślę, że problem polega na tym, że często brakuje nam umiejętności czytania ze zrozumieniem, dostrzegania ironii i patrzenia na wypowiedzi w szerszym kontekście. Nie każdy żart jest wyłącznie atakiem, a nie każda krytyka oznacza całkowitą niechęć.

Gdyby ludzie mieli zapamiętać jedną rzecz o was - o tobie i Krzysztofie, zarówno razem, jak i osobno - co chciałabyś, żeby to było?

To naprawdę fajne pytanie. Od dzieciństwa chciałam być postrzegana jako osoba empatyczna, która staje w obronie słabszych. Zawsze ważne były dla mnie zwierzęta, dzieci i osoby starsze. Chciałam pomagać tym, którzy sami często nie potrafią się obronić.

Myślę, że Krzysztof również jest osobą, która lubi walczyć o to, co uważa za ważne, choć w jego przypadku jest to przede wszystkim Polska i sprawy społeczne. Czasami robi to w bardzo mocny, bezkompromisowy, a nawet prowokacyjny sposób, często wykorzystując humor i kabaretową formę. Taki ma styl, ale u jego podstaw leży miłość do kraju.

To właśnie ta potrzeba walki o ważne dla nas wartości na pewno nas łączy. Dzisiaj łączy nas również miłość do zwierząt, miłość do siebie nawzajem i troska o siebie. Myślę, że jesteśmy ludźmi, którzy nie pozostają obojętni na to, co dzieje się wokół nich, i starają się walczyć o to, co mają bliskie sercu - każde na swój sposób.

Więcej o: