Czy potrzebujemy "Dziewczyn z Warszawy"? Po obejrzeniu myślę o jednym

Czy potrzebujemy w przestrzeni publicznej kolejnego tworu typu "Żony Miami"? To pytanie zadawałam sobie w drodze na premierę najnowszej produkcji Amazon Prime o wdzięcznym tytule "Dziewczyny z Warszawy".
Premiera 'Girls of Warsaw'
Fot. KAPiF

Muszę się przyznać do tego, że miałam z góry obraną pozycję w tym wewnętrznym konflikcie - byłam pewna, że odpowiedź brzmi "nie". Zwłaszcza mając w pamięci poprzednią próbę przeniesienia "The Real Housewives" na polski grunt, czyli przez wielu zapomniane "Żony Warszawy". Na pewno zapomnieć o nich woli Polsat, bo okazały się porażką i zniknęły w przemilczanych okolicznościach po pierwszym sezonie. Jedyne, co dobrego przyniosły, oczywiście moim skromnym zdaniem, to wiedza o tym, że istnieje taka postać jak "Stylesnacher", czyli Anita Kuś Munsanje, która primo nie udaje, że jest bogata, tylko jest, a sekundo - przy całym swoim odklejeniu jest naturalnie zabawna. Niestety jej humor nie uratował "Żon Warszawy" przed zaliczeniem "flopa", czyli porażki. A szkoda, po potencjał wydawał się oczywisty. Jak poradziły sobie jednak "Dziewczyny z Warszawy"?

Zobacz wideo "Girls of Warsaw": Andziaks wydała 9 tys. zł na rzeźbę z dyni

Zanim "The Real Housewives" zawitały do Warszawy, były TVN-owskie "Żony Hollywood"

Przypomnijmy, że zainspirowani udziałem (i sukcesem) Joanny Krupy w "Żonach z Miami" producenci postanowili prześledzić losy bogatych Polek za oceanem. I to był hit! Choć dziś mało kto pamięta o ich istnieniu, wszak od programu minęło ponad dziesięć lat, w swoim "prime" Eva Halina Rich, Kinga Korta, Helena Deeds, Iwona Burnat czy Helena Król-Kołodziey uchodziły za ikony, a ich teksty na jakiś czas weszły do codziennych rozmów. Słowa Iwony Burnat: "Umiem pisać i czytać, ale powoli" czy cała seria pereł mądrości Heleny Król-Kołodziey (wśród nich - "Szampan z rana jak śmietana!") stały się przyczynkiem do memów i na tyle spopularyzowały program, że doczekał się trzech sezonów.

Ale to był przecież 2015 rok - internet był w innym miejscu, my byliśmy w innym miejscu i w ogóle świat, jak się wydaje, krążył zupełnie gdzieś indziej. Z perspektywy czasu picie szampana od rana do wieczora, farbowanie psów, zachwalanie naturalnych futer czy ojkofobia nie wydają się czymś, co powinno się promować w telewizji, a w 2026 roku ogląda się te odcinki, krzywiąc się z niesmakiem.

Z tym większą rezerwą podeszłam do "Dziewczyn z Warszawy". Trudno mi było sobie wyobrazić, że potrzebujemy kolejnego programu o "problemach pierwszego świata". Czym więc "Girls from Warsaw" się okazały?

"Girls of Warsaw" dokumentem, nie reality-show. To przykuło moją uwagę

Twórcy wielokrotnie podczas premiery podkreślali, że nie jest to reality-show, jak wielu uważa, a dokument. Nie należy więc nastawiać się na legendarne dramy z "The Real Housewives". Stworzony przez Papaya Films serial to pięć odcinków plus "reunion". Poznajemy w nim kulisy życia czterech influencerek - Oli Nowak, Andziaks (Angelika Trochonowicz), Jessiki Mercedes i Klaudii Sadownik.

Czego się dowiadujemy z pierwszych dwóch odcinków? Głównie tego, jak piękna jest Warszawa, bo kadry z apartamentu Oli Nowak na Złotej 44 to solidne kilka minut z każdego odcinka, podobnie jak ujęcia z drona na willę Andziaks. Estetycznie oczywiście bardzo to ładne, ale liczyłam jednak na więcej "mięsa".

Muszę jednak przyznać, że seans tych pięknych obrazków niesie też humor i razem z salą pełną gości wiele razy wybuchałam śmiechem. Obraz Andziaks, która opowiada, że "nie jest modowa", a następnie produkcja pokazuje kadr na półki w jej garderobie uginające się od torebek, jest wdzięczny, podobnie jak stworzona na "kontrastową" postać Klaudii, która w domu ma bałagan, a na balkonie wory śmieci, co wyraźnie kontrastuje z hipisowską oazą w stylu Coachelli u Jessiki. I tak to sobie płynie, lekko i nawet przyjemnie, ale też nudnawo, przez 1/3 sezonu.

Pojawiają się nawet konflikty, o ile można tak nazwać "gorącą" dyskusję o matchy czy problemy z umówieniem się na paznokcie. Producenci organizują dziewczynom atrakcje takie jak kolacja w modnej knajpie czy zbieranie trufli na wspólnym wyjeździe.

Nie zdradzając zbyt wiele, w trzecim odcinku faktycznie wchodzimy trochę głębiej, bo dziewczyny opowiadają o swoich dzieciństwach, więc jest dużo łez. Sporo miejsca zajmują też relacje damsko-męskie - Jessica i Klaudia to singielki, Ola i Angelika - wręcz przeciwnie. Zwłaszcza dla Jess stanowi to główny temat do rozmów - z jej wypowiedzi przebija samotność i żal do byłych partnerów. Między słowami można wyczytać, o kim mówi - zwłaszcza podczas opowieści o byciu zdradzaną… I wybaczaniu tej zdrady, co było dość jasnym odniesieniem do jej głośnej relacji z Kubą Karasiem z The Dumplings. Całą prawdę o tym, co przez cały sezon można wyczuć w jej słowach, Mercedes odkrywa dopiero w ostatnim odcinku. Dla jej obserwatorek może być to kubłem zimnej wody na głowę. A dla nie-obserwatorów - intrygującym case-study, o ile można tak mówić o cudzym nieszczęściu… ale w końcu to telewizja.

Do czego potrzebne są nam "Girls of Warsaw"?

Odpowiadając na pytanie: czy potrzebujemy "Dziewczyn z Warszawy"? Cóż, gdyby ich widzowie nie potrzebowali, to z całą pewnością Amazon by w nie nie inwestował. Wszystkie fanki dziewczyn, a istnieją prawdziwe FANKI, z pewnością obejrzą program minimum raz, a to już wystarczy do ogromnego komercyjnego sukcesu. Czy jednak dla pozostałych grup widzów program będzie ciekawy? Moim zdaniem - traktując go w kategoriach "guilty plesure" - jest to zupełnie przyjemna rozrywka. Nie przełomowa, nie szokująca - ale z pewnością zabawna, a momentami wzruszająca. I od razu uprzedzam - najlepszy jest ostatni odcinek, niech dwa pierwsze, które lekko wieją nudą, was nie zniechęcą.

Apeluję jednak do Amazona, by w drugim sezonie, a jestem pewna, że powstanie, producenci spróbowali przebić się przez skorupy i weszli głębiej od samego początku. Ostatni odcinek, czyli tzw. "reunion", pokazał, że jest tam pod powierzchnią o wiele więcej. Wystarczy zeskrobać lakier.

Więcej o: