"Rodzina zastępcza" miała premierę w 1999 roku. Serial emitowano na antenie Polsatu do 2009 roku, a po drodze zmieniono jego tytuł na "Rodzina zastępcza plus". Nie każdy wie, że za scenariusz produkcji odpowiada m.in. Robert Brutter (tak naprawdę Andrzej Grembowicz, bo Robert Brutter to jedynie pseudonim artystyczny), a więc scenarzysta, spod którego pióra wyszły takie hity, jak "Ekstradycja", "Fuks" i "Ranczo". "Rodzina zastępcza" nie jest dziś niestety tak popularna, jak ostatnia z wymienionych produkcji i nie jest dostępna na Netfliksie, a szkoda. Ten serial to prawdziwa perełka, choć ma też pewne wady. Nie będę więc pytać, czy po 27 latach od premiery warto do niego wracać. Już na wstępie odpowiem: zdecydowanie warto. Postaram się jednak wyjaśnić, dlaczego te seanse można potraktować jak... prezent dla siebie samego.
Zakładam, że skoro czytasz już ten fragment tekstu, to znasz albo przynajmniej kojarzysz "Rodzinę zastępczą". Jeśli jednak jakimś cudem tak nie jest, pokrótce zarysuję fabułę produkcji. Głównymi bohaterami tej opowieści są Jacek i Anka Kwiatkowscy (w tych rolach wspaniali Piotr Fronczewski i Gabriela Kownacka) - on inżynier, ona redaktorka, która na długi czas zrezygnowała z pracy zawodowej, by zająć się dziećmi - córką Majką (Monika Mrozowska) i synem Filipem (Sergiusz Żymełka). Gdy ich poznajemy, dzieci są w wieku szkolnym - Majka jest w liceum i niebawem ma pisać maturę, Filip chodzi do podstawówki.
Najmłodszy z Kwiatkowskich pewnego dnia przyprowadza do domu starszego kolegę Romka (Aleksander Ihnatowicz), który - jak się później okazuje - uciekł z domu dziecka. Jacek i Anka początkowo chcą zabierać chłopca do domu jedynie na święta i wakacje, ale szybko podejmują decyzję, że zaadoptują chłopca. Głowa rodziny wraca jednak do mieszkania nie tylko z adopcyjnym synem, ale również dwoma młodszymi od niego dziewczynkami, które uznały, że są duchowymi siostrami i nie mogą żyć bez Romka. Kwiatkowscy tworzą rodzinę zastępczą więc również dla nich.
Po drodze pojawiają się postacie drugoplanowe - wymienię jedynie te najważniejsze: nierozgarnięty i niezbyt inteligentny posterunkowy (ta rola Jarosława Boberka to majstersztyk), sarkastyczna ciotka (w tej roli Maryla Rodowicz, która w jednym z odcinków kpi z... Maryli Rodowicz) oraz nieżyciowa poetka Alutka (Joanna Trzepiecińska zagrała tę postać doskonale) oraz jej przedsiębiorczy mąż, producent filmowy Jędrula (Tomasz Dedek za tę rolę powinien dostać jakąś nagrodę, serio).
Serial opisuje perypetie rodziny Kwiatkowskich i wspomnianych postaci drugoplanowych (z czasem pojawiają się kolejni bohaterowie albo postaci epizodyczne), a każdy odcinek opowiada inną historię. Jeśli już wiecie, kto jest kim i jak znalazł się w mieszkaniu (a później domu Kwiatkowskich), nie musicie oglądać każdego odcinka po kolei, by doskonale się bawić.
Nie oznacza to, że nie oglądam nowych seriali. Pokochałam takie tytuły, jak "Ted Lasso", "Terapia bez trzymanki", podobała mi się też najnowsza adaptacja komiksów z serii o Spider-Manie - "Spider-Noir" z Nicolasem Cage'em. Mimo to regularnie powracam do "Rodziny zastępczej", a seanse kolejnych odcinków dają mi dużo przyjemności. Dlaczego? Powodów jest kilka.
Oglądałam "Rodzinę zastępczą" w dzieciństwie i czasach nastoletnich. Serial ma dla mnie wymiar nostalgiczny. Każdy odcinek przenosi mnie na kilkanaście minut do beztroskich czasów dzieciństwa. Produkcja nie tylko była emitowana na przełomie lat 90. i 00., ale też wtedy powstawała. Z nostalgią oglądam więc wnętrza, stroje czy gadżety z tamtego czasu.
Każdy odcinek jak w pigułce pokazuje realia życia z przełomu wieków. Nie każdy miał telefon komórkowy (w pierwszych odcinkach u Kwiatkowskich jest tylko telefon stacjonarny i trzeba liczyć każdą minutę, bo rachunki nie przychodziły niskie), internet dopiero raczkował, a w mieszkaniu zwykle był jeden komputer dla całej rodziny, którym trzeba było się dzielić. W domu pojawiały się papierowe gazety (w kadrach widać nawet tytuły, które dawno zniknęły już z rynku, m.in. o magazyny o grach komputerowych). Na ujęciach są też meble i dodatki, które królowały w tamtych czasach w wielu polskich gospodarstwach (nie mówię tu o domu Jędruli i Alutki, który był groteskowym przedstawieniem wystroju wnętrz nowobogackich). Jeśli więc chcesz powrócić wspomnieniami do realiów życia lat 90., albo jeśli jesteś młodszy i chcesz zobaczyć, jak się wtedy żyło, ten serial jest dla Ciebie.
Serial opiera się na komizmie słownym i sytuacyjnym, które zwykle wynikają z niedopowiedzeń albo niezrozumienia czy nadinterpretacji wydarzeń. Nie brakuje też groteski, co doskonale pokazują sceny z posterunkowym czy Alutką i Jędrulą, którzy zostają zderzeni z "normalnym" światem. To jednak nie humor jest tu najmocniejszą stroną i to nie dla kolejnych gagów ogląda się serial.
Tak naprawdę siłą tej produkcji są relacje międzyludzkie. Bohaterowie mogą się na siebie gniewać, ale ostatecznie zawsze siadają przy jednym stole, wspierają się w problemach i sobie pomagają. Są solidarni i zawsze obecni. W domu nigdy nie jest pusto, więc zawsze znajdzie się jakiś domownik (albo zaprzyjaźniony sąsiad), który wysłucha i doradzi. Niekiedy widz może mieć poczucie, że siedzi z bohaterami przy jednym stole, przy kawie czy herbacie. Serial przypomina o czymś, czego wielu z nas dziś brakuje w natłoku codziennych obowiązków czy zbliżających się deadline'ów - że na spotkanie z rodziną i znajomymi zawsze jest czas, a na kawę nie trzeba się umawiać z kalendarzem w dłoni.
U Kwiatkowskich dom zawsze jest otwarty, każdy znajdzie miejsce dla siebie i zostanie wysłuchany, a rozmowa nie zostaje sprowadzana tylko do krótkiego i kurtuazyjnego "co tam u ciebie słychać?" To dlatego ten serial jest jak otulający kocyk, w którym można się zanurzyć po ciężkim dniu.
Serial ma znakomicie rozpisane dialogi, dlatego nie nudzi, a wywołuje uśmiech. Świetnie zbudowane są też postaci, każda ma swoją historię i wnosi coś istotnego do fabuły. Gra aktorska również jest na bardzo wysokim poziomie (radzą sobie nawet aktorzy dziecięcy, dla których praca na planie "Rodziny zastępczej" była debiutem). Nie brakuje tu humoru ani rodzinnego ciepła. Czy to oznacza, że serial jest pozbawiony wad? Niestety nie.
Niektóre dialogi, a zwłaszcza żarty się źle zestarzały. W trzecim odcinku pojawiają się stereotypowe i szkodliwe treści na temat społeczności romskiej. W innych odcinkach sporadycznie można usłyszeć rasistowskie żarty, które wynikają z tego, że dwie z adopcyjnych córek Kwiatkowskich mają inny kolor skóry. Wątpliwości może budzić również początkowy sposób przedstawienia Anki jako stereotypowej "matki Polki", która nie pracuje zawodowo, wychowuje dzieci i bez niczyjej pomocy wykonuje wszystkie obowiązki domowe, nie mogąc doprosić się męża, by ten naprawił pralkę czy cieknący zlew.
Z czasem jednak scenarzyści zaczęli odchodzić od wszystkich tego typu problematycznych kwestii. Żarty stały się wyważone, a Anka Kwiatkowska przestała być sprowadzana do roli matki i gospodyni - mogliśmy zobaczyć, jak rozwija swoje pasje (malarstwo) i z powodzeniem pracuje zawodowo, oddając część obowiązków domowych pozostałym domownikom. Poza tym serial jest bardzo uniwersalny i porusza wiele aktualnych problemów. Zrób więc sobie tę przyjemność i zamiast kolejnego odcinka jakiegoś reality show, włącz na YouTube odcinek "Rodziny zastępczej" (Polsat sukcesywnie dodaje odcinki na swoim oficjalnym koncie na YouTube, a cały serial można zobaczyć na platformie streamingowej stacji). Podziękujesz sobie później.
Horror w willi byłego premiera. Tortury, tajne dokumenty i podwójne morderstwo. Z domu polityka zniknęło tylko jedno
Nowe ustalenia po śmierci 24-letniej modelki z Wrocławia. Prokuratura zabrała głos
Dziennikarz TVN24 komentuje zachowanie Trumpa na mundialu. Zapowiada: To jeszcze nie koniec
Obejrzałam pierwszy odcinek "Jestem jaki jestem". Nie sądziłam, że tak się to skończy
Nawrocki napisał do Dymnej z okazji jej 75. urodzin. Zwrócił uwagę na konkretną rzecz
Indonezyjska influencerka zszokowana jazdą pociągiem w Polsce. "Aż boisz się oddychać"
Pokazali nowe zdjęcia zza kulis "Rancza". Szok, jak zmieniła się Lodzia. Te kadry to hit!
Wywiad Williamsa wywołał burzę w sieci. Poszło o to, co wypadło mu z ust. Teraz muzyk się tłumaczy
Tak mieszkają Urbańska i Józefowicz. Wnętrza jak z innej epoki to dopiero początek