Bardzo żywo pamiętam tamten dzień, 7 września 2020 roku. To jeden z tych dni, które przechowuje się w pamięci jako coś niezwykle cennego - dzień tak pełen skrajnych emocji, że wiesz, iż będziesz go pielęgnować już na zawsze. Międzynarodowy film, w którym grałam jedną z wiodących ról, znalazł się w konkursie głównym jednego z najbardziej prestiżowych festiwali filmowych na świecie, a działo się to w kraju, z którym łączyły mnie więzy rodzinne, w otoczeniu moich najbliższych. To był dzień premiery filmu "Śniegu już nigdy nie będzie" Małgorzaty Szumowskiej i Macieja Englerta i tamtego wieczoru poczułam, że te wszystkie lata wzlotów i upadków, lata marzeń, walki, odrzucenia i lata wytrwałej pracy wreszcie przyniosły sukces. Zawsze podchodziłam do życia bardzo emocjonalnie i bynajmniej nie chodzi tu o chimeryczność czy uleganie nastrojom. Po prostu dla mnie emocje są istotą mojego zawodu.
Tak, uważam, że pokaz filmu "Śniegu już nigdy nie będzie" na Festiwalu Filmowym w Wenecji, w którym zagrałam w zasadzie dwie role u boku wspaniałej obsady, był jednym z najważniejszych momentów w mojej zawodowej karierze. Żałuję jedynie, że premiera przypadła na rok pandemii i nie mogliśmy promować tego wspaniałego filmu tak, jak na to zasługiwał - a szkoda, bo wierzę, że moglibyśmy osiągnąć z nim znacznie więcej. To był także jeden z tych momentów, kiedy poczułam, że w końcu dostałam rolę w projekcie, w którym nie będę musiała po raz kolejny udowadniać swojej wartości. Cóż, to akurat nie do końca okazało się prawdą.
Cofnijmy się w czasie. To brzmi banalnie, ale kiedy miałam pięć lat, powtarzałam wszystkim, że będę międzynarodową aktorką. Dlaczego międzynarodową, zapytacie? Cóż, wiedziałam, że chcę grać w kinie włoskim, francuskim i oczywiście amerykańskim - nie chciałam się ograniczać, zwłaszcza że większość dzieciństwa spędziłam za granicą, między innymi w Ameryce i Szwajcarii, więc że tak powiem, myślałam już globalnie.
Ale to nie było tylko marzenie małej dziewczynki. Byłam bardzo zdeterminowana w realizacji mojego planu, więc kiedy miałam siedem lat, poprosiłam rodziców, żeby zapisali mnie na balet, zajęcia aktorskie i lekcje angielskiego. Dlaczego chciałam być aktorką? Wierzyłam, że to było pewnego rodzaju powołanie. Po prostu to wiedziałam. Poza filmami właściwie nic mnie szczególnie nie interesowało. Kiedy byłam dzieckiem, często zmieniałam szkoły z powodu pracy mojego taty i często czułam się jak outsiderka, odnajdując swój prawdziwy dom w magicznej krainie srebrnego ekranu. Żyłam we własnym, wymyślonym świecie, a tym światem były filmy. Pamiętam, że jako siedmiolatka przeczytałam biografię Sophii Loren i chciałam mieć życie dokładnie takie jak ona: pełne pięknych filmów, pasji i fascynujących ról.
Moja pierwsza rola była jednocześnie pierwszą lekcją tego, jak działa ten biznes. Przygotowywano szkolne przedstawienie, a nauczycielka niespecjalnie mnie lubiła - i szczerze mówiąc, nie winię jej, bo jak już wspomniałam, szkoła średnio mnie interesowała. Pamiętam, że główna rola księżniczki została obsadzona stereotypowo: dostała ją moja szwedzka przyjaciółka Natalie, blondynka o niebieskich oczach, a reszta ról to były tylko nudne, drugoplanowe postaci. Powiedziałam więc nauczycielce, że chcę pójść na przesłuchanie do roli Króla. Nie wiedziałam nawet, że istnieje coś takiego jak casting, ale bardzo chciałam przesłuchać się do roli Króla. Tak, Króla. Zostałam odprawiona z kwitkiem - szkoda, bo nawet nie pozwolili mi spróbować. Nauczyłam się swoich kwestii. Byłabym świetnym Królem. Chłopak, który ostatecznie zagrał tę rolę, podczas występu dukał swoje linijki z kartki. Cóż, to było moje pierwsze odrzucenie i nie miałam wtedy pojęcia, ile kolejnych jeszcze mnie czeka. Później zrozumiałam, że kluczem do sukcesu jest to, by za każdym razem, gdy słyszysz "nie", nie poddawać się. Byłam wtedy piegowatym dzieciakiem z odstającymi uszami i kręconymi włosami. I byłam nieśmiała, bardzo nieśmiała. Może to była konsekwencja tego, że w szwajcarskiej szkole czułam się obco, a rówieśnicy mi dokuczali.
Kiedy wróciliśmy do Polski, miałam 12 lat i zdałam egzaminy do Ogniska Teatralnego Machulskich, które było najbardziej prestiżowym studium aktorskim dla nastolatków. Pewnego dnia studium poleciło mnie na przesłuchanie do jednej z telenowel - i wtedy spotkało mnie drugie odrzucenie, bo nie dostałam tej roli. Jednak ktoś z castingu zauważył mnie na tamtym przesłuchaniu i lata później zaprosił na casting do "M jak miłość". I tym razem rolę dostałam! Potem pojawiałam się w tym serialu z przerwami przez kolejne 25 lat. Mam do niego ogromny sentyment. Przypomina mi o czasach, kiedy byłam dzieckiem, miałam wielkie marzenia i stawiałam pierwsze aktorskie kroki.
Gdy zaczęłam naukę w liceum, rodzice powiedzieli mi, że dopóki nie zdam matury, nie mam prawa pracować na planach filmowych jako aktorka. Naprawdę chcieli, żebym skończyła szkołę i postawiła naukę na pierwszym miejscu. Ale tego lata nic nie mogło mnie zatrzymać. Już w pierwszej klasie dostałam swoją pierwszą rolę w "Klasie na obcasach", a zaraz potem w "Marzeniach do spełnienia". Przez całe liceum miałam ogromne szczęście, bo szkoła pozwalała mi pracować na planach - kręciłam dosłownie bez przerwy. Pojawiłam się w takich serialach, jak "As" czy "Samo życie", a w klasie maturalnej dostałam jedną z głównych ról w serialu telewizyjnym "Tak czy nie" u boku Bogusława Lindy. W międzyczasie również na ostatnim roku liceum, zostałam - w drodze wyjątku - przyjęta do dorosłego studium aktorskiego państwa Machulskich. Mój ostatni rok w szkole średniej wyglądał więc tak: uczyłam się do matury, grałam w kilku serialach, studiowałam aktorstwo na pełen etat i zdawałam egzaminy do szkoły filmowej. I szczerze mówiąc, to był jeden z najlepszych okresów mojego życia. Czułam, że mam cel. Uwielbiam ciężko pracować. Wisienką na torcie było to, że latem tego samego roku dostałam swoją pierwszą główną rolę na dużym ekranie jako Dżemma w "Pitbullu" Patryka Vegi. Jednocześnie po zdaniu egzaminów wstępnych dostałam się do dwóch państwowych szkół aktorskich - w Warszawie na wydział wiedzy o teatrze i w Łodzi na wydział aktorski.
Kiedy rozpoczęłam studia w Łódzkiej Szkole Filmowej, wszystko, co dobre, nagle się skończyło. System szkolny i profesorowie nie byli przyjaźnie nastawieni do młodej studentki, która miała już na koncie więcej dorobku aktorskiego niż niektórzy wykładowcy. Po doświadczeniu mobbingu w szkole i poczuciu, że moja kariera zaraz się skończy - bo szkoła nie pozwalała mi w ogóle grać i musiałam odrzucać wszystkie oferty - zdecydowałam, że spełnię swoje marzenie. Za pieniądze zarobione w serialach przeprowadziłam się do Nowego Jorku, gdzie zostałam przyjęta do Instytutu Lee Strasberga. Studiowanie "Metody" w Instytucie Lee Strasberga było na mojej liście marzeń od zawsze. Pierwszy raz wysłałam im swoje dokumenty, gdy miałam 12 lat, a oni odpowiedzieli, że muszę poczekać kilka lat. Poczekałam i to był idealny moment. Po ciężkim roku w łódzkiej filmówce, czas spędzony u Lee Strasberga był błogosławieństwem. Będę dozgonnie wdzięczna wspaniałym nauczycielom, takim jak Geoffrey Horne (który uczył się z Marilyn Monroe i Jane Fondą), za to, że dali mi pewność siebie i pozwolili mi rozwinąć się jako aktorka. Zawsze powtarzam, że moimi mentorami byli Państwo Machulscy oraz nauczyciele z Lee Strasberga.
Będąc w Nowym Jorku, dowiedziałam się, że film "Pitbull", który okazał się wielkim sukcesem komercyjnymi, za który byłam nominowana do kilku nagród dla najlepszej aktorki, będzie miał swoją premierę w Los Angeles na Festiwalu Filmów Polskich. Pamiętam, że kiedy pojawiałam się na tych festiwalach, ludzie byli zaskoczeni, że w ogóle jestem Polką. Myśleli, że jestem Ormianką i że reżyser zatrudnił naturszczyka, a ja po prostu jestem taka sama jak Dżemma. Cóż, traktuję to jako komplement dla mojego aktorstwa.
Wróćmy do Los Angeles, bo tam to się zaczęło, gdy przyjęłam zaproszenie na polski festiwal na pokaz "Pitbulla". To nie był mój pierwszy pobyt w LA - w poprzednich latach wyjeżdżałam na letni obóz UCLA dla obcokrajowców, żeby uczyć się angielskiego. To była kolejna z moich inwestycji, których dokonałam za pieniądze zarobione w serialach. I rany, jak to się opłaciło! Byłam zakochana w LA. Słońce, nieustanna letnia bryza, palmy i wszechobecny, filmowy klimat. Jak mogłam się w tym nie zakochać? Ale tym razem było inaczej. Miałam film na festiwalu i byłam jego gwiazdą. Po seansie podszedł do mnie manager i zaproponował, że jeśli kiedykolwiek chciałabym zostać w Los Angeles i spróbować sił w tamtejszym aktorstwie, mogę się z nim skontaktować, ale najpierw muszę zdobyć tzw. zieloną kartę. Zaczęłam więc proces ubiegania się o zieloną kartę (czyli zgodę na pobyt i pracę w USA dla osób o szczególnych umiejętnościach) na podstawie moich osiągnięć w Polsce, tak na wszelki wypadek.
W międzyczasie kontynuowałam naukę w Nowym Jorku i pewnego dnia, po ciężkim rozstaniu, po prostu spakowałam się i przeprowadziłam do LA. Dzięki Bogu, moja zielona karta również dotarła. Ciągle podróżowałam do Polski, grając w serialach i filmach. Miałam szczęście, że oferowano mi wspaniałe role u świetnych reżyserów i ze wspaniałą obsadą, co pomagało mi też opłacać rachunki. Miałam również szczęście grać w amerykańskich produkcjach, takich jak "House" z Michaelem Madsenem, "Inland Empire" Davida Lyncha czy "W ciemności" - nominowanym do Oscara filmie Agnieszki Holland. Minęły jednak lata, zanim dostałam swoją pierwszą rolę w Hollywood. Najpierw czekałam na zieloną kartę, więc nie mogłam pracować ani chodzić na castingi. Potem, kiedy już ją dostałam, minęło sporo czasu, zanim dyrektorzy zaczęli mnie zauważać i zapraszać na przesłuchania. Bywałam na callbackach do naprawdę świetnych ról, ale byłam dla nich osobą nieznaną.
Przez te kilka lat układałam sobie życie w Los Angeles, a jednocześnie ciągle wracałam do Europy za pracą. Świetna francuska agentka, Anne Alvarez, podpisała ze mną kontrakt, by mnie reprezentować, i poprosiła mnie o przyjazd do Francji na kilka castingów (mówię płynnie po francusku, ponieważ jako dziecko mieszkałam i chodziłam do szkoły w Genewie). Myślę, że gdybym nie mieszkała w Los Angeles, mieszkałabym w Paryżu albo w Rzymie. W Paryżu czuję się jak w domu, może dlatego, że mieszkał tam mój dziadek.
Anne wysłała mnie na casting, kiedy byłam w LA - pamiętam, że zrobiłyśmy to przez Skype’a, co wtedy było rzeczą niespotykaną, bo zazwyczaj na przesłuchaniach trzeba było pojawiać się osobiście. Dla mnie zrobili jednak wyjątek do głównej roli w filmie telewizyjnym zatytułowanym "La dame de pique". Dostałam tę rolę i latem 2009 roku przez kilka miesięcy mieszkałam w pięknym starym mieszkaniu w centrum Paryża podczas zdjęć. W dni, kiedy nie pracowałam na planie, po prostu spacerowałam godzinami po Paryżu i odwiedzałam każde możliwe muzeum. Bardzo cenię tamten czas, zwłaszcza że moja rodzina przyjechała mnie odwiedzić - no bo kto by nie chciał przyjechać w odwiedziny do Paryża? Niedługo potem brałam udział w castingu do pierwszej części "Largo Winch" i - niestety - nie dostałam roli. Ale rok lub dwa lata później dyrektor castingu odezwał się do mojej francuskiej agentki i powiedział, że chcieliby mnie obsadzić w drugiej części, ponieważ bardzo podobało im się moje przesłuchanie. I dostałam angaż na podstawie samego demo (showreel). Uważałam, że druga część była nawet lepsza, bo grała w niej również Sharon Stone. Zdjęcia do tego filmu były bardzo ekscytujące - to był europejski film akcji z ogromnym budżetem, a ja musiałam sama wykonywać ewolucje kaskaderskie.
Pewnego dnia zostałam polecona reżyserowi filmu "Iceman" (w którym grali Winona Ryder, Michael Shannon i James Franco), a on zaprosił mnie na casting do roli drugoplanowej. Pamiętam dzień, w którym dowiedziałam się, że dostałam tę rolę. To była ogromna ulga, przede wszystkim dlatego, że miałam już za sobą lata starań, przesłuchań i czekania. Nie zliczę, ile razy myślałam, że powinnam się poddać, ale jestem też zbyt uparta. Jestem Koziorożcem. Nie potrafię odpuścić. Koziorożce nie wiedzą, co to znaczy się poddać.
Jak to bywa z filmami niezależnymi, zdjęcia wciąż przekładano na późniejsze terminy. Na Boże Narodzenie w 2010 roku pojechałam do Polski i pamiętam, że dostałam zaproszenie na casting, o którym marzyło wiele zagranicznych aktorek w Hollywood - do nowego serialu reżyserowanego i produkowanego przez Michaela Manna z Dustinem Hoffmanem w roli głównej. Dostałam scenę do nagrania (self-tape), która nic mi nie mówiła i była dość dziwna do zagrania, ale moja polska agencja i jej szef Jurek Gudejko pomogli mi w rozgryzieniu tego materiału. Nagraliśmy to przed Bożym Narodzeniem, wysłałam nagranie do USA i pomyślałam, że na pewno nikt się nie odezwie - po pierwsze z powodu świąt, a po drugie dlatego, że do tej roli startowały setki innych aktorek. Tymczasem dwa dni przed Bożym Narodzeniem dzwoni mój agent i nigdy nie zapomnę tego, co powiedział: Michael Mann chciałby zaproponować ci rolę w swoim serialu "Luck". Zaczęłam krzyczeć ze szczęścia. Rodzice myśleli, że stało mi się coś złego, wbiegli do pokoju, pytając, czy wszystko w porządku, a ja skakałam z radości. Nadal myśleli, że coś jest nie tak, ale rany, wszystko było w jak najlepszym porządku! Poczułam, że to jest ten tak zwany przełom - i był nim, dopóki wszystko się nie skończyło przez to, co przydarzyło mi się w 2013 roku. Ale o tym później.
Kolejną część felietonu Weroniki Rosati przeczytacie już 20 lipca. A w niej o relacji z Dustinem Hoffmanem, ciężkim wypadku samochodowym oraz niebezpiecznej sytuacji w ciąży. Tekst powstał w ramach cyklu "Gwiazdy piszą", w którym oddajemy głos bohaterom naszych publikacji, by mogli opowiedzieć własne historie.
Zdjęcie Haalanda z Polski podbija sieć. Tak kiedyś wyglądał piłkarz. Spójrzcie na jego włosy
Wiśniewski i Mandaryna znów są razem. Tak przed laty tancerka mówiła o rozwodzie. "Obroniłam siebie"
Weronika Rosati: Profesorowie w szkole filmowej nie byli przyjaźnie nastawieni, bo miałam więcej dorobku niż niektórzy wykładowcy
Michał Wiśniewski przerwał milczenie na temat Poli i Mandaryny. Jego najnowsze oświadczenie szokuje!
Pola Wiśniewska zapytana o eksteściową i relację z Tajner. Ależ wypaliła!
Norwegowie przegrali na mundialu i... namieszali w liniach lotniczych. "Darmowy rozgłos"
Słyszy jedno pytanie: "Ile zapłaciłeś Książulowi?". Restaurator ujawnił prawdę o wizycie
Mandaryna roześmiana do rozpuku na widok newsów o niej i Wiśniewskim. Nie tylko ona
Marta Kubacka urodziła. Żona skoczka pokazała zdjęcie z porodówki. Zdradziła płeć i imię dziecka