Mówiono o niej, że jest wybitna. U schyłku PRL-u była rozchwytywana. Role w produkcjach, które przyciągały przed ekrany miliony widzów, uczyniły z niej gwiazdę. Rozpływano się też nad urodą Marty Klubowicz, szybko uznano ją za ideał kobiecości. Wdzięki aktorki sprawiły także, że nie narzekała na brak powodzenia w życiu prywatnym. To jednak nie zawsze szło w parze ze szczęściem, bo jej pierwsze małżeństwo zakończyło się rozwodem. Drugie miało być spełnieniem marzeń - dla austriackiego biznesmena Marta Klubowicz zostawiła wszystko - ojczyznę, karierę, propozycje ról. Jak pokazał czas, nie była to dobra decyzja. Bo kiedy mąż po pewnym czasie odszedł, aktorka została z niczym. A po powrocie do Polski okazało się, że, jak sama przyznała, "wyszła z obiegu towarzyskiego" i karierę musiała budować od nowa. Z czasem jednak Marcie Klubowicz udało się wyjść na prostą i odnaleźć szczęście u boku nowego partnera.
Marta Klubowicz przyszła na świat 8 lutego 1963 roku w Kłodzku, ale jej cała rodzina pochodziła spod Lwowa. - Po wojnie przyjechali transportem na Ziemie Odzyskane. Należę do pierwszego pokolenia, które się tam urodziło - wspominała w wywiadzie dla "Super Expressu". Ojciec aktorki pracował na kolei, był specjalistą od mostów i wiaduktów, często go przenoszono. Rodzina nieustannie więc się przeprowadzała, ponoć aż 14 razy. W tym samym wywiadzie Marta Klubowicz wspominała swoje dzieciństwo jako szczęśliwe. - Mieszkaliśmy w bliźniaku z ogrodem z całą rodziną mamy. Każdy miał swój pokój i jakoś się mieściliśmy, chociaż kiedy niedawno odwiedziłam ten dom, zachodziłam w głowę, jak było to możliwe. Prababcia, babcia, dziadek, brat mojej mamy z dziećmi, dwie siostry mamy i my - opowiadała. - Mój ojciec nie zarabiał kokosów. W domu się nie przelewało, ale mnie nigdy niczego nie brakowało. Zawsze miałam ciepły obiad, śniadanie do szkoły, imprezę z tortem na urodziny, prezenty pod choinką. Wszyscy mnie rozpieszczali, ale nie rozpuszczali - wyznała aktorka.
Marta Klubowicz postanowiła związać swoje życie z aktorstwem i szybko okazało się, że ma talent. Przyjęto ją do szkoły aktorskiej we Wrocławiu, a jeszcze jako studentka zaliczyła debiut na ekranie. I to od razu w głównej roli, w produkcji "Wakacje z Madonną". Potem sprawy potoczyły się szybko. Po ukończeniu studiów Marta dostała angaż do prestiżowego Teatru Powszechnego w Warszawie, zaczęły też nadchodzić kolejne propozycje ról filmowych i telewizyjnych.
Role w filmach takich jak "Och, Karol" czy "Dziewczyny z Nowolipek" i "Rajska Jabłoń" zapewniły jej rozpoznawalność. A telewizyjne hity m.in. "W labiryncie" i "Tulipan" uczyniły z niej gwiazdę. Ale w ówczesnych czasach wcale nie szło to w parze z fortuną. - W latach 80. rzeczywiście robiłam film za filmem. Zarabiałam takie pieniądze, że mogłam sobie dołożyć do gaży teatralnej i… przeżyć. Nawet nie mogłam marzyć o kupnie koła do malucha, nie mówiąc już o małym Fiacie. Wynajmowałam mieszkanie bez telefonu, nie miałam żadnych oszczędności. Gdybym tyle pracowała wcześniej albo teraz - byłabym na pewno świetnie ustawioną finansowo kobietą - wspominała aktorka w rozmowie z "Echem Dnia".
Marta Klubowicz nie była też do końca zadowolona z faktu, że została zaszufladkowana za sprawą swojej urody i role, które jej proponowano, nie były zbyt ambitne. Wszystko to sprawiło, że kiedy trafiła się okazja, postanowiła zostawić Polskę za sobą.
Marta Klubowicz była aktorką rozchwytywaną i niezwykle popularną. Często też gościła na łamach kolorowej prasy. Pewnego dnia na wywiad umówił się z nią młody dziennikarz. Prawdopodobnie aktorka nie przypuszczała jeszcze wówczas, że rozmowa będzie miała wpływ na jej życie prywatne. Bo w jej trakcie okazało się, że pomiędzy Martą a dziennikarzem, którym był Marek Różycki, zaiskrzyło. Młodzi ludzie nie zwlekali z decyzją o ślubie. Szybko jednak stało się jasne, że była ona pochopna. Nadszedł kryzys, a kiedy na horyzoncie pojawił się ktoś trzeci, małżeństwo zakończyło się rozwodem.
Wspomnianym "trzecim" był austriacki biznesmen Gottfried Schember. Marta Klubowicz poznała go podczas rejsu luksusowym statkiem. Pomiędzy parą narodziło się uczucie, za sprawą którego aktorka zdecydowała się nie tylko na drugi ślub, ale też na wyjazd z Polski do Austrii.
- Nie była to typowa ucieczka, bo nie paliłam za sobą mostów i nie przecinałam żadnych korzeni. Wtedy, w 1992 roku, w kraju było ciężko. W filmie nic się nie działo, panował kryzys. Przede wszystkim jednak w Austrii czekał na mnie mąż - tłumaczyła swoją decyzję aktorka. - Doszłam do wniosku, że właściwie w Polsce nie robię nic ciekawego poza zarabianiem pieniędzy - dodała.
W Austrii Marta Klubowicz uczyła się języka, grała w filmach, pisała felietony do polskich gazet. Życie dzieliła pomiędzy domy w Wiedniu i w Alpach. Ale po kilku latach uczucie się wypaliło. Klubowicz postanowiła więc wrócić do Polski. Niestety wówczas okazało się, że niegdyś ogromna popularność jest już zaledwie nikłym wspomnieniem. - Przez tę nieszczęsną wiedeńską emigrację wyszłam z obiegu towarzyskiego - przyznała aktorka.
Po pewnym czasie Marcie Klubowicz udało się wrócić zarówno na ekran, jak i na scenę. Nie odbudowała co prawda statusu rozchwytywanej gwiazdy, jakim cieszyła się pod koniec lat 80., ale za to udało jej się odnaleźć znów szczęście w życiu prywatnym. To uśmiechnęło się do niej w 2002 roku. Aktorka występowała wówczas w adaptacji "Balladyny" Juliusza Słowackiego wystawianej w Bałtyckim Teatrze Dramatycznym w Koszalinie. To właśnie tam poznała niemieckiego dramatopisarza i reżysera Freda Apkego. Zaczęło się od współpracy na gruncie zawodowym - Marta przetłumaczyła sztukę Freda na język polski. Pomiędzy parą szybko narodziło się uczucie. Aktorka nie zdecydowała się jednak na trzeci ślub, a Freda Apkego nazywa swoim "nieślubnym mężem".
- Dobrze mieć w domu dramaturga. Mój mężczyzna z przekonaniem mówi mi, całkiem nieproszony, że jestem piękna i seksowna. Nie wierzę w to, ale najważniejsze, że on tak myśli - wyznała w wywiadzie dla "Urody Życia". Zdradziła też swój przepis na udany związek. - Przyjaźnimy się, a to wydaje mi się podstawą. Żeby tego drugiego człowieka lubić, a nie tylko kochać. Mamy też to szczęście, że nigdy się ze sobą nie nudzimy, że fascynacja erotyczna między nami trwa i że umiemy się kłócić. (…) No i Fred ma cechę, która to wszystko ratuje: na szczęście potrafi przepraszać. Mówi: "Jestem idiotą, wybaczysz mi?" - wyznała aktorka.
Dziś Marta Klubowicz, obok tłumaczenia sztuk Apkego, zajmuje się też pisaniem poezji. Wydała kilka zbiorów wierszy: "Wyznanie", "Emigracje z Aniołem Stróżem", "Wiersze niepozbierane" oraz "Odjazdy". Cały czas można oglądać ją też na ekranie, głównie w serialach. W ostatnich latach pojawiła się m.in. w "Ojcu Mateuszu", "Na dobre i na złe", "Tajemnicy zawodowej" czy "Informacji zwrotnej".
81-letni Tomaszewski poślubił młodszą o 34 lata kobietę. Wyjawił, co stanie się z jego majątkiem
Joanna Koroniewska zapytana o wagę i wzrost. Powiedziała wprost, jak jest
Andziaks ogłosiła imię syna i w sieci zawrzało. Pola Wiśniewska skomentowała jej wybór
Meghan opublikowała zdjęcie czteroletniej córki. Lilibet to wykapany tata
Krzysztof z "Rolnik szuka żony" oświadczył się ukochanej! "Piękny pierścionek"
Wachowicz weszła do restauracji i zaniemówiła. Poszło o porcję i cenę
Barack Obama mówi wprost o... kosmitach. "Są prawdziwi, ale ich nie widziałem"
Zborowska i Wrona mają piękny dom pod Warszawą. Taka kuchnia to rzadkość
Marta Nawrocka wypisała syna z edukacji zdrowotnej. Tak się tłumaczyła