Spadały na nią tragedie. Ojciec Ireny Santor został zamordowany. Artystka straciła dziecko i cudem uniknęła śmierci

Była jedną z najjaśniejszych gwiazd estrady czasów PRL-u. Wylansowane przez nią hity, jak "Już nie ma dzikich plaż" i "Tych lat nie odda nikt" nuciła cala Polska. Ale sukces zawodowy nie szedł u Ireny Santor ze szczęściem w życiu prywatnym.

Więcej o gwiazdach PRL przeczytasz na stronie Gazeta.pl

Nazywano ją pierwszą damą polskiej piosenki. To ona triumfowała podczas pierwszej edycji Festiwalu w Sopocie - zwycięstwo zapewniło jej brawurowe wykonanie utworu "Walc Embarras". Ten utwór i kolejne takie, jak "Tych lat nie odda nikt" i "Już nie ma dzikich plaż" natychmiast stawały się hitami. Fani składali nawet Irenie Santor propozycje matrymonialne. Ale ona naprawdę zakochana była tylko dwa razy w życiu. Niestety, życie prywatne artystki nie było usłane różami. Kiedy miała zaledwie kilka lat, jej ojca zabili hitlerowcy, matka zmarła, gdy Irena była nastolatką. A kiedy wydawało się, że w jej życiu zagościła stabilizacja - wyszła za mąż i powitała na świecie córeczkę - na Irenę Santor spadła kolejna tragedia. Niestety, nie ostatnia.

Zobacz wideo

Rodzinne tragedie i "Mazowsze"

Choć urodzona 9 grudnia 1934 roku w Papowie Biskupskim Irena Wiśniewska, jak brzmiało panieńskie nazwisko artystki, od dziecka wykazywała talent, wcale nie marzyła o karierze piosenkarki. Sielskie dzieciństwo szybko stało się zresztą przeszłością - kiedy Irena miała pięć lat, w dramatycznych okolicznościach straciła ojca. Mężczyzna zginął z rąk hitlerowców.

Został zamordowany. Przez przyjaciół, Niemców, których nasza rodzina znała wiele lat. Ludzie z tzw. piątej kolumny jeszcze przed wejściem niemieckiego wojska postanowili rozprawić się z Polakami po swojemu - mówiła Irena Santor w rozmowie z magazynem "Skarb".

Po wojnie Irena Santor rozpoczęła naukę w Zasadniczej Szkole Zawodowej Przemysłu Szklarskiego w Szczytnej. To właśnie tam odkryto jej talent - głos uczennicy doceniła jej wychowawczyni. Irena zaczęła występować podczas szkolnych akademii. Szło jej tak dobrze, że pewnego dnia przedstawiono ją ówczesnemu dyrygentowi poznańskiej opery, Zdzisławowi Górzyńskiemu. Ten po namowach jednej z nauczycielek Ireny, zgodził się przesłuchać zdolną uczennicę. Był tak oczarowany jej występem, że napisał list rekomendujący nastolatkę do samego Tadeusza Sygietyńskiego - założyciela zespołu pieśni i tańca "Mazowsze". I tam poznano się na jej talencie. Panna Wiśniewska wraz z zespołem śpiewała na całym świecie. Niestety, podczas jednego z wyjazdów zdarzyła się tragedia.

15-letnia Irena wyruszyła z Mazowszem na tournee po Chinach. W tamtym okresie ktoś - nie wiadomo, czy ze złośliwości, czy z głupoty - rozpuścił plotkę, jakoby młoda dziewczyna miała targnąć się na swoje życie, skacząc z szesnastego piętra hotelu. Pech chciał, że zanim Irena zdążyła tę rewelację zdementować, hiobowe wieści dotarły do jej schorowanej matki. Kiedy artystka wróciła do Polski, natychmiast popędziła do domu rodzinnego. Niestety, jej matka już wówczas nie żyła.

Nie było mnie przy jej śmierci. Straciłam nie tylko matkę, ale także swoją najlepszą przyjaciółkę. Z chwilą, gdy odchodzi mama, stajemy się opiekunami dla samego siebie - wspominała Irena Santor w jednym z wywiadów.

Kariera i życiowe zakręty

W "Mazowszu" Irena Santor poznała swojego przyszłego męża. Choć ją i Stanisława Santora - skrzypka i koncertmistrza Orkiestry Polskiego Radia dzieliło 12 lat różnicy, piosenkarce nie przeszkadzało, że wybranek jest od niej sporo starszy. Wręcz przeciwnie, jak wspominała, jego doświadczenie pomogło jej się rozwinąć jako artystce. To właśnie mąż był tym, który zachęcił panią Irenę do rozpoczęcia solowej kariery. Szybko okazało się, że miał rację. Ale zanim kariera Ireny Santor nabrała rozpędu, piosenkarkę dotknęła osobista tragedia. W 1959 roku artystka odkryła, że jest w ciąży. Oboje z mężem nie posiadali się z radości, że zostaną rodzicami. Niestety nie było im dane cieszyć się rodzicielstwem. Dziewczynka, która otrzymała imię Sylwia zmarła zaledwie dwa dni po narodzinach. Pani Irena długo zachowywała tę tragedię dla siebie. Po latach jednak zdecydowała się przerwać milczenie -  niedawno w rozmowie z magazynem "Dobry Tydzień" zdobyła się na osobiste wyznanie.

Przez całe życie o tym nie mówiłam, to moja bardzo intymna historia i prywatna sprawa - powiedziała Irena Santor.

To właśnie śmierć dziewczynki Irena Santor wymienia jako jedną z przyczyn, przez którą jej małżeństwo nie przetrwało próby czasu. Ale były też inne problemy. Kiedy w 1961 roku Irena Santor wystąpiła podczas pierwszej edycji Krajowego Festiwalu Piosenki Polskiej w Opolu pięknym mezzosopranem, wykonując utwór "Walc Embarras", zajęła pierwsze miejsce. Wygrana sprawiła, że kariera artystki błyskawicznie nabrała rozpędu. Choć przeboje Ireny Santor biły rekordy popularności i wkrótce nuciła jej cała Polska, sukces odbił się negatywnie na jej małżeństwie. Stanisław Santor nie wytrzymywał związanego z występami przed ogromną publicznością napięcia i coraz częściej zaczął sięgać po alkohol.

To wynik przeżyć wojennych, m.in. pracy w kamieniołomach, w których uszkodzono mu rękę. Psychicznie nie wytrzymywał napięcia w kontakcie z publicznością - tłumaczyła w wywiadzie dla "Rewii" Irena Santor.

Z czasem napięcie pomiędzy małżonkami rosło, mężczyzna coraz częściej miał epizody depresji. Wszystko to sprawiło, że po 19 latach ich związek się rozpadł. Ale artystka nigdy nie zerwała kontaktu z byłym mężem. Para pozostała przyjaciółmi do końca życia mężczyzny, a lata z nim spędzone Irena Santor nazwała w jednym z wywiadów najpiękniejszymi w swoim życiu.

Klęska małżeństwa i śmierć dziecka nie były jedynymi dramatami, z którymi Irena Santor musiała się zmagać w tamtym okresie. W 1961 roku artystka cudem uniknęła śmierci. Pewnego dnia wraz ze swoją przyjaciółką, Ludmiłą Jakubczak wracała z nagrań w Łodzi. Tuż przed Warszawą doszło do tragicznego w skutkach wypadku samochodowego. W jego wyniku Irena Santor nie odniosła poważnych obrażeń, ale jej towarzyszka podróży nie miała tyle szczęścia. 22-letnia kobieta zgineła na miejscu.

Wtedy zrozumiałam, że trzeba się cieszyć z każdej chwili, że samo to, że budzę się rano i patrzę na słońce, to już jest szczęście - wyznała później Santor.

Na śmierć i życie

Irena Santor wielokrotnie podkreślała, że rozwód był dla niej ciężkim przeżyciem. Ale choć artystka myślała, że romantyczna przygoda już nigdy jej się nie przytrafi, los miał dla niej w zanadrzu kolejną miłość.

Zakochałam drugi raz i też na śmierć i życie - wyznała Irena Santor w wywiadzie dla "Vivy!".

W latach 90. serce pani Ireny skradł Zbigniew Korpolewski - z wykształcenia prawnik, z zamiłowania i zawodu artysta estradowy, twórca tekstów kabaretowych i reżyser. Artystka poznała go podczas występów w warszawskim Teatrze Syrena. Ale nie była to miłość od pierwszego wejrzenia. Wręcz przeciwnie - początkowo Irena Santor czuła do apodyktycznego, niezwykle wymagającego Korpolewskiego niechęć. Z czasem sprawdziło się jednak stare powiedzenie, że wzajemną niechęć od miłości często dzieli tylko jeden krok.

Para nigdy nie wzięła ślubu, ale Irena Santor i Zbigniew Korpolewski zawsze mówili o sobie "małżeństwo". Swoją decyzję artystka motywowała następująco:

Małżeństwo często coś w ludziach zabija. Ci, którzy się kochają, powinni być wolni, i to się sprawdza w naszym związku – mówiła.

Partnerzy nie ukrywali też, że ponieważ oboje mają silne charaktery, często się kłócą. Ale, co ważne, z każdej sprzeczki potrafili wyciągnąć ważną lekcję. Zbigniew Korpolewski w jednym z wywiadów przyznał, że owszem, kłócą się z Ireną, ale zawsze twórczo.

Irena jest osobą, z którą zawsze mam o czym rozmawiać. Interesuje się światem, dużo czyta. Zawodowo jest trudna we współpracy, wymagająca, to perfekcjonistka. Pewnie dlatego, że traktuje swoją pracę niezwykle poważnie. Ja w niej najbardziej cenię uczciwość i prawdomówność. Zawsze była wobec mnie lojalna. Ma jeszcze taką cechę, że nie potrafi przejść obojętnie obok cudzego nieszczęścia. Walczy o innych jak o siebie" - wyznał Korpolewski.

Niestety, i tym razem w życiu Ireny Santor pojawiły się przeciwności. W 2000 roku u artystki zdiagnozowano nowotwór piersi. Na szczęście chorobę wykryto wystarczająco wcześnie, by udało się zatrzymać jej rozwój. Od tamtej pory artystka zachęca kobiety do badań profilaktycznych. A trudne chwile nauczyły Irenę Santor tego, by z życia czerpać jeszcze więcej.

W piosenkach często śpiewa się o tym, że nic nie trwa wiecznie. Ale czy my to rozumiemy? Czy umiemy szanować każdy dzień? – pytała artystka w rozmowie ze "Stylem".

To jednak nie był koniec życiowych dramatów - w 2017 roku poważnie zachorował Zbigniew Korpolewski. Mężczyzna przeszedł poważną operację kardiologiczną, po której wymagał stałej opieki i rehabilitacji. Dlatego zdecydował się na przeprowadzkę do Domu Artysty Weterana w Skolimowie. Irena Santor bez wahania podjęła decyzję o tym, by mu towarzyszyć. Została z ukochanym aż do jego śmierci w 2018 roku. Potem wyprowadziła się ze Skolimowa, bo otoczenie zbyt boleśnie przypominało jej o zmarłym partnerze.

Latem tego roku Irena Santor zdecydowała się zakończyć karierę. Przyznała wówczas, że na jej decyzję wpływ miała pandemia, ale też fakt, że po wielu latach pracy potrzebowała odpoczynku.

Prawdę mówiąc, ja za długo pracowałam na akord, tzn. systematycznie, miesiąc w miesiąc ileś koncertów. To było męczące, w końcu mnie to tak dokładnie zmęczyło, że ja, brzydko mówiąc, skorzystałam z pandemii i powiedziałam, że żegnam się z estradą. Po prostu za dużo pracowałam i miałam konkretny powód, by pożegnać się z estradą. To już się stała trochę rutyna, a czego jak czego, ale tego w swoim zawodzie nie uznaję"- powiedziała Irena Santor w wywiadzie, udzielonym agencji Newseria Lifestyle.
Więcej o:
Copyright © Gazeta.pl sp. z o.o.