Kochał śpiewać, ale koncertowe tłumy go paraliżowały. Choroba afektywna dwubiegunowa niszczyła mu życie

Był jednym z największych artystów czasów PRL. Dał się poznać jako utalentowany poeta, piosenkarz, kompozytor, malarz i architekt. Ale za ogromną wrażliwością szły problemy psychiczne. To właśnie one, w połączeniu z osobistą tragedią, przyczyniły się do przedwczesnej śmierci Marka Grechuty.

Choć jego występy sceniczne były bardzo oszczędne w ekspresji, Marek Grechuta jak nikt potrafił hipnotyzować słuchaczy. Żył we własnym świecie i, jak to często bywa z artystami, chodził z głową w chmurach. Ale z czasem okazało się, że jego odstające od przyjętej normy zachowanie jest spowodowane czymś więcej niż artystyczną wrażliwością. Choroba afektywna dwubiegunowa, z którą przez większość życia zmagał się autor piosenek takich jak "Dni, których nie znamy" czy "Wiosna ach to ty", zniszczyła jego życie i karierę.

Wrażliwy młodzieniec

Urodzony w Zamościu 10 grudnia 1945 Marek Grechuta od dziecka był inny niż jego rówieśnicy. Cichy, wycofany i nieśmiały, już we wczesnych latach życia przejawiał talent artystyczny. Od najmłodszych lat uczył się gry na fortepianie - pierwszych lekcji małemu Markowi udzielał kościelny organista. Rodzice chłopca rozwiedli się, kiedy ten miał kilka lat. Grechutę wychowywały kochające mama, ciotka i babcia - dom pełen kobiet wzmógł jego wrodzoną wrażliwość. Już wkrótce miało się okazać, że ta cecha nie ułatwi Markowi życia.

Marek Grechuta 1973 r.Marek Grechuta 1973 r. fot. M. Karewicz/AKPA

Jeszcze w liceum Grechuta przeżył swoją pierwszą wielką miłość. Jego wybranka, Halina Marmurowska, początkowo odwzajemniała uczucie, para planowała wspólne życie. Związek skończył się jednak wraz z decyzją o dalszej edukacji: Marek wybrał studia architektoniczne w Krakowie, Halina medycynę w Lublinie. Miłość na odległość wkrótce przestała dziewczynie wystarczać i przesądziła o zerwaniu. Grechuta bardzo przeżył rozstanie. W biografii artysty kobieta wspominała, jak podczas odwiedzin u byłego chłopaka zobaczyła, że cały jego pokój wypełniały jej zdjęcia rozwieszone na sznurach na bieliznę. Dziś uważa się, że to młodzieńczy zawód miłosny wyzwolił w Grechucie pierwszy atak choroby afektywnej dwubiegunowej, która miała dręczyć go już do końca życia.

Ból po rozstaniu pozwoliła Grechucie ukoić muzyka. W 1966 wraz z Janem Kantym Pawluśkiewiczem założył Kabaret Architektów Anawa (z francuskiego en avant - naprzód), który wkrótce przeobraził się w zespół towarzyszący mu na występach. Grechuta na scenie był niezwykle poważny, opanowany - po prostu stał i śpiewał. W czasach, gdy królował bigbit, a artyści podczas koncertów kipieli energią, jego styl uchodził za kuriozum. Ale i tak Marek z burzą blond loków i niebieskimi oczyma, zawsze ubrany niczym amant ze starego kina, przyciągał spojrzenia. I choć jego występ podczas Ogólnopolskiego Festiwalu Piosenkarzy Studenckich nie wzbudził zachwytu większości jurorów, obecna na obradach Ewa Demarczyk przekonała kolegów, że oto mają przed sobą wielki talent. Dzięki niej Grechuta zakwalifikował się do występu w finale. Telewizyjna transmisja jego wykonania piosenek "Serce", "Tango Anawa" oraz "Pomarańcze i mandarynki" sprawiła, że widzowie przed odbiornikami oszaleli na punkcie wrażliwego młodzieńca o aparycji cherubinka. Występ na Festiwalu w Opolu, gdzie zdobył nagrodę dziennikarzy za piosenkę "Serce", dodatkowo przypieczętował gwiazdorski status Grechuty. Ale on nie był przygotowany na sławę, która nagle na niego spadła.

Marek Grechuta z zespołem AnawaMarek Grechuta z zespołem Anawa fot. Karewicz/AKPA

Gwiazda z głową w chmurach

Grechuta nagrał z zespołem Anawa dwie płyty, potem poszedł swoją drogą. Nadal tworzył, założył grupę WIEM - W Innej Epoce Muzycznej. W tekstach wykorzystywał elementy poezji współczesnej autorstwa m.in. Tadeusza Nowaka, Tadeusza Śliwiaka, Ryszarda Krynickiego czy Mieczysława Jastruna. W 1970 roku ukazała się pierwsza solowa płyta Grechuty, a rok później jedna z jego najważniejszych płyt, zatytułowana "Korowód". W tym samym czasie wraz z Janem Kantym Pawluśkiewiczem stworzyli jeden ze swoich najważniejszych projektów - "Szaloną lokomotywę", spektakl muzyczny oparty na dziełach Witkacego. Utwór "Hop szklankę piwa" przyniósł Grechucie grand prix na Festiwalu w Opolu.

Myśli Grechuty zaprzątała nie tylko muzyka. W 1968 roku artysta poznał kobietę, z którą dwa lata później stworzył rodzinę. Jego wybranka miała na imię Danuta i początkowo była zafascynowana jego artystyczną wrażliwością. Niebawem przekonała się jednak, że życie z uwielbianym przez tłumy gwiazdorem nie jest łatwe. Grechuta nie miał głowy do przyziemnych spraw, nieustannie chodził z głową chmurach. Dlatego kobieta musiała zrezygnować z własnych ambicji i poświęciła się prowadzeniu domu i wychowywaniu syna, Łukasza, który przyszedł na świat dwa lata po ślubie. Przejęła na siebie wszystkie obowiązki, by Grechuta mógł w pełni oddać się tworzeniu. Małżonkowie, choć tworzyli związek przez 36 lat, byli od bardzo różni. Danuta Grechuta w jednym z wywiadów wspominała:

Marek mówił o mnie, że jestem zimnokrwista, bo nie popadałam w egzaltację, amok, jak to bywało u artystów. Czasami musiałam trzymać go mocno przy ziemi, żeby nie odleciał.

Marek Grechuta 1967 r.Marek Grechuta 1967 r. Waclaw Klag/REPORTER/ East News

Gdy Danuta zajmowała się domem, Grechuta realizował się artystycznie na wielu polach. Pociągał go świat kina - w 1969 wystąpił w filmie Andrzeja Wajdy "Polowanie na muchy". Choć rola cynicznego podrywacza była kompletnie inna od charakteru Grechuty i artysta zgodził się ją zagrać tylko dlatego, że nie potrafił odmówić Wajdzie, została dobrze przyjęta. Pojawiły się kolejne propozycje, ale Grechuta wolał poświęcić się w całości muzyce. W 1979 roku rozpoczął trwającą ponad dziesięć lat współpracę z krakowską Piwnicą pod Baranami. Ale na przeszkodzie jego świetnie rozwijającej się karierze wciąż stawały nawroty choroby psychicznej.

Największa walka

Marek Grechuta przez większość dorosłego życia leczył się psychiatrycznie. Jak wspominała jego żona, był dobrym, zdyscyplinowanym pacjentem - sumiennie przyjmował leki i stosował się do wszelkich zaleceń. Mimo to podstępna choroba nie dawała za wygraną. U artysty cyklicznie pojawiały się stany depresyjne. Choroba bardzo utrudniała występy - bywało, że Grechuta nie zjawiał się na próbach, a kiedy przyszedł, zdarzało się, że bez słowa schodził ze sceny.

Kiedy następował rzut, trudno było z Markiem współpracować (...). Niebywałą siłę dającą mu nadzieję powrotu do normalności czerpał od żony, zawsze mógł liczyć na jej pomoc. I tak naprawdę nikt poza Danusią nie wytrzymywał jego lęków, trudnych okresów” - wspominała Magda Umer w książce Marty Sztokfisz "Chwile, których nie znamy. Opowieść o Marku Grechucie".

Marek Grechuta bardzo źle znosił popularność i występy przed wielką publicznością. Nie był też odporny na negatywne opinie na swój temat, nawet drobne słowa krytyki wywoływały u niego załamanie. Tymczasem zaczęto plotkować, że Grechuta nadużywa alkoholu. Objawy takie jak nieskoordynowane ruchy, zataczanie się czy dekoncentracja były wywoływane przez silne leki, ale opinia publiczna zrzucała je na karb hulaszczego trybu życia. Muzyka, który w rzeczywistości stronił od alkoholu, takie słowa raniły. Pod koniec lat 90. objawy choroby stały się jeszcze bardziej intensywne. Przyjmowane leki sprawiły też, że artysta zmienił się fizycznie, bardzo przytył. Coraz mniej występował publicznie - koncerty kosztowały go zbyt wiele zdrowia. Jednak tym, co sprawiło, że choroba uderzyła ze zdwojoną siłą, było zaginięcie syna artysty, Łukasza.

Marek Grechuta 2000 r.Marek Grechuta 2000 r. fot. Proczyk/AKPA

Łukasz Grechuta odziedziczył po ojcu talent artystyczny. W dzieciństwie razem z nim rysował - Marek Grechuta przez całe życie malował obrazy. Łukasz był, podobnie jak ojciec, niezwykle wrażliwym człowiekiem. Młodzieńcze poszukiwania przyczyniły się do tego, że chłopak zaginął bez wieści. Najpierw dość szybko odnalazł się w Jeleniej Górze, ale wkrótce znów bez słowa wyjechał - tym razem na pielgrzymkę do Santiago de Compostela. Problem polegał jednak na tym, że udając się w duchową drogę, Łukasz zapomniał o swoich planach zawiadomić rodziców. Jak łatwo się domyślić, Grechutowie odchodzili od zmysłów. Poszukiwali syna nawet za pośrednictwem telewizyjnego programu "Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie". Po dwóch latach chłopak, jak gdyby nigdy nic, wrócił do Krakowa, mówiąc, że chciał przemyśleć swoje życie na nowo i potrzebował pobyć sam.

Zaginięcie syna było dla Marka Grechuty szokiem. Prawdopodobnie jednak młody, pogubiony wówczas chłopak nie zdawał sobie sprawy, że jego postępowanie przyczyniło się do znacznego pogorszenia stanu zdrowia psychicznego ojca. Chwilowa poprawa zaowocowała wydaniem ostatniej premierowej płyty Marka Grechuty zatytułowanej "Niezwykłe miejsca", wydanej w 2004 roku. Artysta zmagał się już wówczas z chorobą układu krążenia. Dwa lata później, 6 października 2006 roku, zmarł. Jego żona w wywiadzie dla tygodnika "VIVA!" wspominała, że artysta do ostatniej chwili walczył:

Wierzył, że będzie lepiej, że medycyna i modlitwy mu pomogą - wspominała ostatnie chwile męża Danuta Grechuta.

Żona i syn Marka Grechuty na jego pogrzebieŻona i syn Marka Grechuty na jego pogrzebie EAST NEWS