Osiem lat bez Kory. Sipowicz wyjawił nam, jaka naprawdę była: Spodziewali się odległej artystki, a spotykali...

Na scenie była odważna, bezkompromisowa i nie bała się nikogo. Prywatnie - jak mówi Kamil Sipowicz w rozmowie z Plotkiem - miała jednak zupełnie inną twarz. Osiem lat po śmierci Kory wspominamy artystkę, której po dziś dzień brakuje wielu Polakom.
Kora, Kamil Sipowicz
Fot. Przemek Wierzchowski / Agencja Wyborcza.pl, Fot. Dawid Zuchowicz / Agencja Wyborcza.pl

28 lipca mija osiem lat od śmierci Kory. Choć odeszła w 2018 roku, jej głos wciąż wybrzmiewa - zarówno w muzyce Maanamu, jak i w sprawach, o których przez lata odważnie mówiła. Była artystką bezkompromisową, symbolem wolności i jedną z najbardziej wyrazistych postaci polskiej kultury. Nic więc dziwnego, że pamięć o niej jest wciąż obecna także w przestrzeni publicznej - jej wizerunek zdobi warszawskie murale, a w Opolu odsłonięto niedawno pomnik upamiętniający wokalistkę. Kamil Sipowicz w rozmowie z Iwoną Smyrak odsłonił prywatne oblicze Kory - kobiety, która za sceniczną siłą i charyzmą kryła ogromną wrażliwość. Opowiedział o jej niezwykłym darze do pomagania ludziom, o relacji, którą tworzyli przez lata, trudnych momentach choroby oraz o tym, dlaczego uważa, że dziś tak bardzo brakuje jej głosu.

Zobacz wideo Nie ma ich wśród nas, ale ich utwory zna każdy. Wodecki zostawił "Chałupy Welcome to", a Kora "Krakowski spleen"

Kora przez lata była postrzegana jako jedna z najbardziej wyrazistych postaci polskiej kultury - odważna, bezkompromisowa i niezależna. Tę silną osobowość poznaliśmy jednak przede wszystkim z perspektywy sceny i życia publicznego. A jaka była Kora prywatnie, w relacjach z najbliższymi? Która jej cecha najbardziej pana fascynowała, a której nie mieliśmy szansy poznać?

Kora miała w sobie taki czar, który roztaczała wokół siebie. Potrafiła nim podnosić ludzi do swojego poziomu i wydobywała z ludzi to, co najbardziej szlachetne. I to była piękna cecha. Ludzie się czuli przez nią jakby uświęceni. Traktowała ludzi bardzo podmiotowo. Czar i charyzma przy okazji.

W takim razie co najbardziej zaskakiwało osoby, które po raz pierwszy rozmawiały z Korą?

Przede wszystkim to, że była tak serdeczna, miła i współczująca. Ludzie często spodziewali się wielkiej artystki, osoby może trochę odległej, a spotykali człowieka bardzo ciepłego i chętnego do pomocy. Bardzo często dawała ludziom rady życiowe. W różnych sytuacjach się do niej zwracali. Zawsze dostawali jakąś odpowiedź, jakąś wskazówkę. Nigdy nikogo nie zbywała.

Czy wiele osób zwracało się do niej z prośbą o pomoc lub radę? A może zdarzało się, że czuła ciężar tej odpowiedzialności - tego, że tak wiele osób szukało u niej wsparcia?

To działo się bardzo naturalnie. Przyjaciele się radzili, czasami ktoś coś napisał. Ona miała w sobie taką otwartość. Mogę opowiedzieć śmieszną historię. Miałem kiedyś rozmowę w telewizji. Była tam między innymi pewna osoba związana z polityką - Elżbieta Jakubiak (związana wówczas z klubem parlamentarnym Polska Jest Najważniejsza - przyp.red). Rozmawialiśmy później za kulisami i ona powiedziała mi, że miała przyjaciółkę, która miała ogromny problem, bo nie czuła się dobrze we własnym ciele - czuła się mężczyzną.

Proszę sobie wyobrazić sytuację: osoba z zupełnie innego środowiska, kojarzona z prawicą namówiła swoją koleżankę, aby ta zadzwoniła do Kory i poprosiła ją o radę dotyczącą tak osobistej sprawy, jak decyzja o tranzycji. Kora powiedziała jej, żeby się jej poddała.

To było niezwykłe. Prawicowa dziennikarka, broniąca Kaczyńskiego rozprawia o takich rzeczach. To mówi wszystko o Polsce, ale też o Korze (śmiech).

To pokazuje, że zaufanie, jakim ją darzono, nie miało właściwie granic. Ludzie zwracali się do niej w bardzo różnych sprawach...

Druga absurdalna sytuacja była związana z policją. Kiedyś przyjechały do nas służby w sprawie nieszczęsnej marihuany. Były psy, przesłuchania, formalności. I nagle policjantka usiadła z Korą i zaczęła opowiadać jej o swoich problemach małżeńskich (śmiech). A Kora zaczęła jej doradzać. Kora była niesamowita. Ona zawsze widziała człowieka. Kiedyś w Krakowie zatrzymała tramwaj, bo jakaś babcia nie zdążyła wsiąść. 

Wspomniał pan o niezwykłych spotkaniach Kory z innymi ludźmi. Chciałabym jednak zapytać o coś bardziej osobistego - o wspomnienie dotyczące tylko waszej dwójki. Czy jest taki moment, do którego szczególnie często pan wraca?

Mam z tym problem, bo tych wspomnień jest bardzo dużo. Szczególnie ważne było dla nas spotkanie po rozstaniu - na wyspie Ios. Zresztą ten czas później znalazł swoje odbicie w twórczości - w utworze "Cykady na Cykladach". To były jeszcze lata PRL-u, wszystko było wtedy skomplikowane. Ja przyjechałem z Niemiec. To był cudowny pobyt. Mieszkaliśmy w takich bardzo prostych warunkach - w grotach, w stajenkach. Była dyskoteka. Wszystko jak w tej piosence.

Myśmy obok siebie leżeli. Cykady bardzo ostro dawały. Powiedziałem: "Cykady na Cykladach", a Kora na to: "Właśnie chciałam to powiedzieć". 

Czy często zdarzało się, że w różnych sytuacjach myśleliście bardzo podobnie - tak jak w tamtym przypadku?

W pewnym momencie tak się dzieje, gdy ludzie długo ze sobą przebywają. 

Tak naprawdę przeżyliście ze sobą kawał życia. Czy Kora w tym czasie zmieniała się jako człowiek czy raczej pozostawała taka sama?

Trochę zmieniła ją choroba, ale przy końcówce. Przychodziły cechy niedobre. Były zmiany w mózgu, o których ja nie wiedziałem. Nie było łatwo, ostra jazda. W tamtym czasie po prostu o sobie zapomniałem, nie było czasu, aby się załamywać. Zresztą obrywało się nie tylko mnie. Ale przyjechali znajomi, którzy mi pomagali i zszedłem Korze trochę z oczu. Jednak w najważniejszych momentach musiałem interweniować.

To była skomplikowana historia - pisałem o tym dziennik, może kiedyś go opublikuję. Dopiero dziś, po ośmiu latach od śmierci Kory jestem w stanie czytać te wspomnienia. Do tych najgorszych nawet jeszcze nie doszedłem.

Czy pamięta pan wasze pożegnanie?

Nie, nie było pożegnania. Przegapiłem moment, kiedy Kora straciła już kontakt i przestała się komunikować. W pewnym momencie to nabrało przyspieszenia. Byłem wtedy trochę wycieńczony, więc nie mogłem czuwać bez przerwy. I właściwie nie zdążyliśmy się pożegnać. Może pożegnamy się kiedyś w innym wymiarze albo po prostu przywitamy. 

Kora przez całe życie angażowała się w wiele spraw wykraczających daleko poza muzykę. Czy miała jakieś niespełnione ambicje albo marzenia, których nie zdążyła zrealizować, a o których panu opowiadała?

Miała różne pomysły, ale wynikały one z szaleństwa. Chciała stworzyć taki dom dla kobiet - pewnego rodzaju miejsce, w którym mogłyby się kształcić, rozwijać i otrzymywać wsparcie. Wyobrażała sobie coś w rodzaju szkoły, gdzie kobiety mogłyby uczyć się różnych rzeczy: gotowania, krawiectwa, zdobywać wiedzę, ale też po prostu znaleźć pomoc. Pod koniec życia bardzo mocno angażowała się w sprawy kobiet i chciała tutaj, na Roztoczu, podjąć się tego wyzwania. Kora bardzo dobrze czuła się w towarzystwie tutejszych mieszkańców. Nawet stuletnia babcia, która słuchała Radia Maryja, ją uwielbiała. 

Wspomniał pan o zaangażowaniu Kory w sprawy kobiet, ale ona przecież od zawsze angażowała się też szerzej - społecznie, komentowała rzeczywistość, zabierała głos w sprawach publicznych. Czy dzisiaj brakuje tak wyrazistych osobowości ze świata artystycznego?

Zdecydowanie brakuje. Kora miała odwagę mówić to, co myślała. Była pierwsza w wielu sprawach. Mówiła o problemach Kościoła, o nadużyciach, o rzeczach, o których inni bali się mówić. Jako jedna z pierwszych poruszała temat pedofilii w Kościele - nagrała o tym piosenkę. W tamtych czasach wiele osób bało się nawet puszczać takie piosenki w radiu czy telewizji.

Była prekursorką w bardzo wielu kwestiach. Myślę, że gdyby dzisiaj żyła, bardzo mocno przeżywałaby to, co dzieje się na świecie - wojnę, sytuację polityczną. Na pewno by reagowała. 

Rozmawiałam wcześniej z Leszkiem Gnoińskim, który powiedział, że Kora na pewno wzięłaby udział w protestach kobiet, które odbywały się kilka lat temu.

Tak, brałem w nich udział, ona oczywiście też by brała, gdyby żyła. Jej muzyka była tam obecna. Zresztą na wielu demonstracjach wykorzystywano piosenki Maanamu. Kora jest ikoną wolności. I mam wrażenie, że z czasem staje się nią coraz bardziej. Mówiła to, co myślała. A takich ludzi bardzo brakuje.

Czy ma pan poczucie, że wiele rzeczy, o których mówiła kiedyś, dopiero po latach zostało właściwie zrozumianych?

Tak. Kiedy ona mówiła pewne rzeczy, ludzie często reagowali: "Co ona wygaduje? Przecież to jakaś wariatka".  Traktowano ją czasem jak osobę kontrowersyjną, przesadzającą. A po latach okazuje się, że wiele z tych tematów, które poruszała, jest nadal aktualnych. Czasem nawet bardziej niż wtedy, kiedy o nich mówiła.

Myśmy w latach 90. jeździli do ludzi zakażonych HIV-em. Odwiedzaliśmy ich w Warszawie. Kora po prostu była z tymi ludźmi, rozmawialiśmy z nimi, jedliśmy z nimi obiady. A przecież wtedy była ogromna panika. Ludzie bali się osób zakażonych, traktowali je niemal jak zagrożenie. Było w tym bardzo dużo strachu i niewiedzy. A Kora robiła rzeczy, które wymagały odwagi. Nie patrzyła na to, co powiedzą inni. Widziała przede wszystkim człowieka.

Pamiętam też rok 1984. W komunistycznej Polsce, gdzie wszystko zależało od partii i obowiązywała ogromna kontrola, Kora wystąpiła w Sali Kongresowej. Muzycy błagali ją wtedy, żeby tego nie robiła. Mówili: "Mamy dzieci, nie możemy ryzykować". Ludzie bali się konsekwencji. A później jej muzyka zniknęła z radia, telewizji - wszędzie.

Miałem nawet takiego fotografa, który chciał zrobić Korze zdjęcia, a później, kiedy mnie zobaczył, udawał, że mnie nie poznaje. Tak wtedy wyglądała rzeczywistość.

Kora była osobą bardzo mocno ukształtowaną przez kulturę i środowiska artystyczne, w których dorastała. Jakie książki, filmy, artyści albo miejsca miały największy wpływ na jej sposób myślenia i tworzenia?

Wydaje mi się, że ogromny wpływ miała na nią Piwnica pod Baranami. Ona była tam trochę taką maskotką tego środowiska. Bardzo często tam przebywała. Później oczywiście Tadeusz Kantor i całe środowisko krakowskiej awangardy. Przyjaźniła się z ludźmi związanymi z tym nurtem. Przyjaźniła się też bardzo z Jerzym Beresiem. Bardzo ceniła też braci Janickich związanych z Kantorem. Fascynował ją ten niezwykły, metafizyczny Kraków.

Ważną postacią był też Krzysztof Niemczyk - postać bardzo oryginalna, niezależna, przez wiele osób niezrozumiana, szykanowany przez milicję i zamykany w zakładach psychiatrycznych. Kora nawet u niego mieszkała. No i hippisi byli też dla niej bardzo ważni, ale ci związani z kulturą, sztuką, poszukiwaniem czegoś więcej.

Uśmiechnęłam się, gdy wspomniał pan o Kantorze, który w czasie studiów, swoją drogą w Krakowie odegrał bardzo ważną rolę w moich późniejszych zainteresowaniach badawczych.

Kantor oczywiście był bardzo ważny. Kora przyjaźniła się z ludźmi z tego środowiska, zresztą cały ten krakowski, metafizyczny świat bardzo ją fascynował. Ja sam kiedyś byłem częścią jednego z jego działań artystycznych - występowałem jako statysta w jednym z przedstawień Kantora - "Nadobnisie i koczkodany" (premiera odbyła się 4 maja 1973 roku w Galerii Krzysztofory w Krakowie - przyp.red). Grałem Żyda. To było niezwykłe doświadczenie. To był świat, w którym sztuka przenikała się z codziennym życiem.

Były też kluby jazzowe, galerie, miejsca spotkań. Warszawa i Kraków bardzo się wtedy przenikały. Był między innymi Tomasz Stańko i całe to środowisko. To wszystko miało wpływ na Korę - ta otwartość, wolność myślenia, szukanie własnej drogi. Kora uwielbiała też Ewę Demarczyk.

Co chciałby pan, aby kolejne pokolenia zaczerpnęły z Kory - nie tylko jako z wokalistki, ale przede wszystkim jako z człowieka?

Myślę, że kiedy kolejne pokolenia będą słuchać jej piosenek, to te piosenki będą przyciągały ludzi o podobnej wrażliwości. Jak gdyby nadawały na tej samej częstotliwości. Jest tam wrażliwość Kory, jej sposób patrzenia na człowieka, na świat. Jest odwaga, niezależność i potrzeba wolności. Myślę, że to są rzeczy, które pozostają aktualne niezależnie od epoki.

Kora pokazywała, że warto mówić własnym głosem. Że trzeba walczyć o wolność i nie bać się tego, co myślą inni.A może niedługo znowu będziemy musieli naprawdę walczyć o tę wolność. Brakuje takich osób. Brakuje mocnych osobowości, ludzi, którzy potrafią powiedzieć coś wyraźnie i bez kalkulacji. Wiele rzeczy jest dziś takie rozmyte. Brakuje jakiegoś wyrazistego głosu, jakiegoś błysku. Kiedy ktoś powie coś naprawdę mocnego, od razu staje się to wydarzeniem, cytatem, memem. Kora byłaby takim mocnym akcentem. Kory bardzo brakuje.

Więcej o: