Plotki, komentarze i milczenie. Ich związek od początku był wystawiony na próbę

Historia Beaty Ścibakówny i Jana Englerta od początku była uważnie obserwowana przez opinię publiczną. Ich relacja narodziła się w środowisku teatralnym i przez lata budziła zainteresowanie ze względu na okoliczności poznania oraz różnicę wieku.
Jan Englert i Beata Ścibakówna świętują 30-lecie małżeństwa
Fot. Sławomir Kamiński / Agencja Wyborcza.pl

Początek tej historii sięga czasów szkolnych, gdy młoda mieszkanka Zamościa po raz pierwszy spotkała znanego aktora po spektaklu teatralnym. Wtedy nikt nie przypuszczał, że przypadkowy autograf stanie się symbolicznym początkiem relacji, która wiele lat później przerodzi się w trwałe małżeństwo.

Zobacz wideo Córka Beaty Ścibakównej musiała wrócić z USA do Polski. Jak czuje się Helena Englert?

Spotkanie licealistki z idolem. Jedno przedstawienie zapadło w pamięć na lata

Beata Ścibakówna dorastała w Zamościu i nie planowała kariery w show-biznesie od dziecka. Jako licealistka po raz pierwszy zwróciła uwagę Jana Englerta, gdy po spektaklu podeszła po autograf. Wtedy oboje nie mieli pojęcia, jak potoczą się ich losy. Krótkie spotkanie zapisało się w pamięci obojga, choć przez długi czas nie miało żadnych konsekwencji. Kilka lat później Beata dostała się do warszawskiej szkoły teatralnej. Tam ponownie spotkała Englerta, tym razem już jako studentka. Relacja miała wyłącznie charakter akademicki, a wszelkie granice zawodowe były konsekwentnie zachowywane.

Praca zmieniła relację. Wspólna sztuka zbliżyła ich do siebie

Przełom nastąpił dopiero, gdy Beata Ścibakówna została zaproszona do udziału w spektaklu teatralnym. Współpraca na scenie sprawiła, że relacja zaczęła mieć charakter wykraczający poza akademicką znajomość. Wcześniej nie było mowy o romansie, a decyzje zawodowe zapadały ostrożnie. Próby i wspólna odpowiedzialność za spektakl pozwoliły im poznać się w nowym, zawodowym kontekście. Z czasem relacja zawodowa przerodziła się w prywatną, opartą na zaufaniu i wzajemnym szacunku.

Dramatyczna chwila w wodzie. Spokój Beaty zrobił największe wrażenie

Podczas zagranicznego wyjazdu zespołu doszło do sytuacji, która na długo zapadła im w pamięć. W trakcie wejścia do morza, Beata Ścibakówna znalazła się w niebezpiecznej sytuacji. Jan Englert pomógł jej bezpiecznie wyjść z opresji.

- Beata wyznała, że nie umie pływać i boi się wchodzić do wody. Powiedziałem: "Ze mną się nie bój!". Wziąłem ją za jedną rękę, Krzysiek Kolberger za drugą i poszliśmy. Nagle poczuliśmy, że nie mamy dna. A fale półtorametrowe. Kolberger przestraszył się i od razu czmychnął na brzeg, a ja zostałem sam z Beatą. Trzymałem ją za łokcie i kiedy fala przechodziła, wraz z nią wypływaliśmy - czytamy w rozmowie z Gazetą Wyborczą.

Mimo trudnej sytuacji aktorka zachowała spokój i opanowanie. Później uwagę zwróciła jej determinacja i samodzielność. Jej determinacja i samodzielność miały istotny wpływ na dalszy rozwój relacji.

Plotki i konsekwencje związku. Miłość wystawiona na próbę

Relacja nie była wolna od kontrowersji i komentarzy otoczenia. Związek z dużo starszym aktorem wiązał się z falą plotek i krytycznych komentarzy kierowanych głównie pod adresem Beaty Ścibakówny. Sytuację dodatkowo komplikowała przeszłość Englerta i jego wcześniejsze małżeństwo.

- Czułam, że jestem obserwowana i oceniana. I że ode mnie zależy, czy zostanę zaakceptowana. Presja była ogromna, największa chyba moja własna. Postawiłam na autentyczność. Nie udawałam, że wiem więcej, niż wiedziałam. A jednocześnie byłam ciekawa tych nietuzinkowych ludzi i ich świata - opowiadała Beata Ścibakówna w rozmowie z magazynem Twój Styl.

Po ślubie aktor unikał obsadzania żony w swoich spektaklach. Takie decyzje miały chronić ją przed zarzutami o karierę opartą na znajomościach, a nie na talentach. Oboje konsekwentnie podkreślali niezależność życia prywatnego od zawodowego. Dziś tworzą stabilną rodzinę i wspólnie wychowują córkę Helenę, która również jest aktorką.

Więcej o: