To była zwyczajna rodzina - a przynajmniej tak się wydawało. W piwnicy znaleziono ciała dzieci

Kochająca żona i matka, ceniona pielęgniarka i położna czy bezwzględna morderczyni, która z zimną krwią zamordowała trójkę swoich malutkich dzieci? A może zmagająca się z problemami psychicznymi kobieta, która miesiącami bezskutecznie wołała o pomoc, aż wreszcie targnęła się na życie - dzieci oraz własne? W USA trwa proces Lindsay Clancy, ale wszystko wskazuje na to, że w tej sprawie nie ma prostych odpowiedzi.
Lindsay Clancy w sądzie
Fot. REUTERS/Greg Derr

To była zwyczajna, amerykańska rodzina - a przynajmniej tak się wszystkim wydawało. Dom na przedmieściach Bostonu, kochający mąż, trójka małych dzieci oraz praca, która budziła szacunek i zaufanie. Proces Lindsay Clancy jest dziś na ustach całej Ameryki, a także sporej części świata. Jaka matka morduje trójkę swoich dzieci, z których najstarsze ma pięć lat, a najmłodsze zaledwie osiem miesięcy? Co musi się stać, aby dopuścić się takiego czynu, a następnie targnąć się na własne życie? Czy Lindsay działała z premedytacją, a może była niepoczytalna? Dlaczego otoczenie nie podjęło odpowiednich kroków, kiedy Lindsay wielokrotnie sygnalizowała, że jej stan psychiczny jest zły i wciąż się pogarsza? To tylko niektóre z pytań, które pojawiają się podczas jednego z najgłośniejszych procesów w USA.

Zobacz wideo Dlaczego Fajbusiewicz nadal pracuje przy sprawach kryminalnych? "Jak to wygaszę, to zgasnę"

Dramat w "idealnej rodzinie"

Lindsay i Patrick Clancy oraz trójka ich dzieci - pięcioletnia Cora, trzyletni Dawson i ośmiomiesięczny Callan - na zdjęciu w mediach społecznościowych sprawiają wrażenie szczęśliwej rodziny. Trudno uwierzyć, że tamta uśmiechnięta Lindsay to ta sama kobieta, która obecnie na sali sądowej zalewa się łzami, a zeznania przerywa jej histeryczny szloch. Bo to, co wydarzyło się ponad trzy lata temu - 24 stycznia 2023 roku - zmieniło ją nie do poznania. Zanim jednak doszło do tragedii, pojawiły się pierwsze sygnały, że z Lindsay dzieje się coś niedobrego.

Obrona Lindsay Clancy przekonuje, że cierpiała ona na psychozę poporodową. To stan poważniejszy i znacznie rzadziej spotykany niż depresja poporodowa. Zwykle zaczyna się u matek będących w połogu. Symptomy obejmują bezsenność, urojenia i halucynacje. Pacjentki odczuwają także dezorientację i mają zaburzenia ruchu i mowy. To stosunkowo rzadkie zaburzenie dotyka jednej lub dwóch kobiet na 1000 porodów. Lindsay przez lata pracowała jako pielęgniarka i położna. Nic więc dziwnego, że potrafiła rozpoznać niepokojące symptomy, które pojawiły się u niej po urodzeniu najmłodszego synka, Callana. Nie zignorowała ich - zwróciła się po pomoc do specjalistów.

Dlaczego doszło do tragedii?

Kiedy Lindsay zrozumiała, że jej stan po narodzinach najmłodszego synka jest bardzo zły, zdecydowała się nie wracać do pracy. Została w domu z trójką dzieci i postanowiła skupić się na leczeniu. Było bardzo intensywne - w toku śledztwa wyszło na jaw, że na nazwisko Lindsay wystawiono aż 13 różnych leków psychotropowych. Kobieta kilkukrotnie zmieniała nie tylko leki, ale też psychiatrów, ponieważ miała ponoć przeświadczenie, że terapia nie odnosi pożądanych skutków. To jednak nie wszystko, bo trzy tygodnie przed tragedią, w styczniu 2023 roku, Lindsay zgłosiła się do szpitala psychiatrycznego McLean Hospital w Belmont. Z placówki wypisano ją po zaledwie pięciu dniach. Kobieta dzwoniła też na infolinie kryzysowe oraz prowadziła dziennik, w którym opisywała swoje zmagania. "Chcę pomocy. Chcę być zdrowa" - cytował podczas rozprawy jej pełnomocnik, Kevin Reddington.

Na sali sądowej przytoczono też historię wyszukiwania z komputera Lindsay. Pod koniec grudnia 2022 roku Clancy szukała w sieci informacji na temat metod samobójczych, a także choroby afektywnej dwubiegunowej i bezsenności. Z kolei w styczniu zaczęła poszukiwać informacji na temat depresji poporodowej. W październiku 2022 roku napisała również szczegółową notatkę, w której wyraziła wątpliwości co do swoich wyborów wychowawczych, kwestionując swoją decyzję o zaprzestaniu karmienia piersią swojego 8-miesięcznego dziecka. Rozważała w niej także plany dotyczące czwartego dziecka.

O tym, że Lindsay zmaga się z problemami psychicznymi, wiedział dobrze jej mąż. Podczas pierwszych dni rozprawy Patrick Clancy, pierwszy świadek w procesie, powiedział ławnikom, że miesiąc przed śmiercią dzieci "naprawdę zaczęła się jej wielka spirala". Opisał, jak zwracała się o pomoc do lekarzy i przyjmowała różne leki, a także przypomniał sobie, jak mówiła, że zaczęła mieć myśli samobójcze. "Jej stan coraz bardziej się pogarszał" - zeznał Clancy. Były już mąż Lindsay powiedział też, że oskarżona zmieniła psychiatrę, ponieważ leczenie u poprzedniego lekarza "nie przynosiło efektów". "To było po prostu bardzo stresujące" - zeznał, opisując, jak obserwował, zmagania żony z lękiem i depresją. Dlaczego więc, dysponując taką wiedzą, zostawiał żonę samą z dziećmi, wyjeżdżając nawet na kilkudniowe delegacje? Jak wynika z jego zeznań, nie podejrzewał, że żona mogłaby skrzywdzić dzieci. Ale zapytany przed sądem, czy pod koniec grudnia powiedziała, że ma pewne niepokojące myśli, odpowiedział: "Mówiła, że ma myśli dotyczące krzywdzenia dzieci, żeby sprawić im ból". "Tak bardzo pragnę odpocząć psychicznie od opiekowania się wszystkimi, że mój umysł próbuje znaleźć coś fizycznie ze mną nie tak" - pisała w swoim dzienniku 18 listopada 2022 roku Lindsay.

Niewyobrażalna tragedia

24 stycznia zaczął się podobnie do innych dni. Rano Lindsay Clancy zabrała córkę na wizytę do lekarza, a po powrocie zajmowała się dziećmi i domem. W tym czasie Patrick pracował w domowym biurze w piwnicy. W międzyczasie wymieniał z żoną wiadomości i obserwował z okna, jak bawi się z maluchami przed domem. Następnie Lindsay zrobiła dzieciom lunch i poprosiła męża, aby pojechał do apteki odebrać leki dla córki i przywiózł zamówione jedzenie na wynos. Patrick pocałował pociechy na pożegnanie i wyszedł. Potem próbował jeszcze dodzwonić się do żony, ale ta nie odbierała. Kiedy po około godzinie wrócił do domu, powitała go nienaturalna cisza i zamknięte na klucz drzwi. Zdenerwowany, wszedł do środka, ale to, co tam zobaczył, jeszcze bardziej go przeraziło. Ślady krwi oraz otwarte okno sprawiły, że Patrick w panice wybiegł na zewnątrz. Na tyłach domu zauważył leżącą w nienaturalnej pozycji żonę. Lindsay wyskoczyła przez okno, miała widoczne obrażenia szyi i nadgarstków - ekspertyzy wykazały, że nie powstały one na skutek upadku. Były "powierzchowne" i wymagały kilku szwów. Kobieta była przytomna, Patrick zapytał więc, gdzie są dzieci. "W piwnicy" - odpowiedziała Lindsay.

W piwnicy oczom Patricka ukazał się zatrważający widok. Dwójka starszych dzieci, Cora i Dawson, leżała martwa na podłodze, owinięta taśmami do ćwiczeń. W swoim biurze odkrył najmłodszego, Callana - chłopiec wówczas jeszcze żył, zmarł kilka dni później w szpitalu. Śledczy, którzy przybyli na miejsce, na taśmach, które posłużyły jako narzędzia zbrodni, nie odkryli odcisków palców Lindsay, a jedynie Patricka. Ale choć ten fakt wzbudził ogromne poruszenie wśród opinii publicznej, Lindsay przyznała się do zarzucanych jej czynów. Pytanie brzmi jednak, czy w chwili, kiedy je popełniała, była w pełni władz umysłowych?

Najgłośniejszy proces ostatnich lat

Tydzień po zabójstwie Lindsay rozmawiała z Patrickiem przez telefon. "Powiedziała, że usłyszała męski głos mówiący jej, że jeśli teraz tego nie zrobi, straci szansę - czy coś w tym stylu" - zeznał Patrick Clancy. Warto wspomnieć, że mężczyzna zaledwie cztery miesiące po tragedii wyjechał do Nowego Jorku. Tam ułożył sobie życie z inną kobietą - swoją obecną żoną. Para doczekała się dziecka. Tymczasem były teść Lindsay, który również zeznawał już w sprawie, powiedział, iż podczas ostatniego Święta Dziękczynienia przed tragedią synowa sprawiała wrażenie nieobecnej. On i jego żona proponowali ponoć opiekę nad dziećmi, ale Patrick odmówił.

Prokuratura przekonuje, że Lindsay starannie zaplanowała zbrodnię - wiedziała, gdzie jedzie mąż, i miała świadomość, jak długo go nie będzie. Ale zdaniem obrony kobieta miała znacznie lepsze okazje, aby dokonać morderstwa - Patrick wyjeżdżał nie tylko na służbowe delegacje, ale też na narty. Lindsay zostawała wówczas sama z dziećmi na kilka dni. Duże wątpliwości budzi też postępowanie lekarzy, szczególnie dr Jennifer Tufts, która leczyła Lindsay od września 2022 roku. Clancy'owie pozwali ją o błąd w sztuce lekarskiej - dzień przed tragedią dr Tufts odbyła z pacjentką 30-minutową konsultację online, z czego terapia trwała tylko 17 minut, a resztę przeznaczono na omówienie farmakoterapii. "Nie było oznak psychozy ani manii. Nie było więc żadnych poważnych oznak, że jej bezpieczeństwo lub bezpieczeństwo kogokolwiek innego jest zagrożone" - stwierdziła psychiatra cytowana przez CBS News. Obrona wskazuje również na fakt, że tak częste zmiany leków psychotropowych, jak miało to miejsce w przypadku Lindsay, mogą mieć bardzo zły wpływ na stan pacjenta. Jennifer Tufts zeznała, że w ciągu czterech miesięcy konsultowała Clancy aż 14 razy. "Mówiłam jej, że jest nadzieja, są metody leczenia. Nie było żadnych poważnych znaków, że stanowi zagrożenie dla siebie lub innych" - zeznała lekarka.

Proces Lindsay Clancy trwa. Zgodnie z amerykańskim prawem to ława przysięgłych zdecyduje, czy kobieta była świadoma swoich czynów, czy też działała pod wpływem choroby psychicznej.

Więcej o: