Pola Wiśniewska: Masz być cicha i niewidzialna. Od kobiet po rozstaniu oczekuje się cierpienia, które nikomu nie przeszkadza

To kolejny felieton z cyklu "Gwiazdy piszą". Dzisiaj przeczytacie o tym, co Pola Wiśniewska musiała przejść przez ostatnie miesiące po rozstaniu z mężem Michałem Wiśniewskim.
Pola Wiśniewska
East News

Dlaczego od kobiet po rozstaniu oczekuje się przede wszystkim milczenia? Kiedy twoje życie z jakichkolwiek przyczyn ląduje na plotkarskich portalach, bardzo szybko dowiadujesz się, że przestałaś być człowiekiem, a stałaś się formatem rozrywkowym. Ludzie w komentarzach rozliczają cię ze wszystkiego: od kroju sukienki i sposobu układania pomidorów na kanapce, przez to, jak odzywasz się do dzieci, aż po to, czy na zdjęciu nie wyglądasz przypadkiem na zbyt zadowoloną z życia jak na kogoś, komu właśnie rozsypał się świat. Do pewnego momentu wzruszasz ramionami. Uczysz się z tym żyć, bo wychodzisz z założenia, że to cena za bycie w przestrzeni publicznej. Problem zaczyna się wtedy, gdy przychodzi kryzys. Rozstanie, koniec relacji, moment, w którym trzeba pozbierać z podłogi to, co zostało i ułożyć z tego nowe życie. Wtedy nagle okazuje się, że internetowi strażnicy cudzych sumień wyciągają z szafy ten stary, dobrze znany knebel i mówią: "zasłoń usta i siedź cicho, jak na grzeczną dziewczynę przystało".

Zobacz wideo To koniec zaufania do mężczyzn?

Ostatnie miesiące to dla mnie potężna lekcja z tego, jak działa ten mechanizm. Kiedy zdecydowałam się odzyskać własny głos, nie pozwoliłam wcisnąć sobie wygodnej dla kogoś narracji i postawiłam granice, natychmiast wylała się na mnie fala krytyki. To nie było w tym wszystkim najgorsze. Najbardziej uderzyło mnie to, kto tymi kamieniami rzucał najczęściej. Kobiety.

Moje top wiadomości prywatnych z ostatnich miesięcy to klasyki: "wstyd o tym opowiadać", "prawdziwa kobieta cierpi w milczeniu", "po co o tym gadasz?". No i absolutny hit, powtarzany jak mantra: "zajmij się dziećmi, a nie wypowiadaniem w sieci!". Czytając te mądrości, za każdym razem ciśnie mi się na usta tylko jedno pytanie: jak wy to sobie właściwie wyobrażacie? Czy matka po godzinie 17 ma zakaz posiadania własnych emocji, a jej jedynym zadaniem jest bycie przezroczystym tłem do życia innych? Czy jeśli masz dzieci, to automatycznie tracisz prawo do obrony własnego imienia, bo powinnaś cicho siedzieć w kącie i zagryzać zęby?

Najciekawsze w tym wszystkim jest to, jak ten podwójny standard działa. Kiedy facet po rozstaniu wrzuca oświadczenia, udziela wywiadów czy szybko układa sobie życie na nowo, społeczeństwo bije mu brawo. "Męska decyzja", "stawia sprawę jasno", "musi walczyć o swoje". Nikt nie pisze pod jego postami: "panie Januszu, proszę natychmiast wracać do domu i zająć się dziećmi!". Kobieta w tej samej sytuacji? "Histeryczka", "mściwa", "piorąca brudy" i "szukająca atencji". Gdybyśmy dostawały po stówce za każdy raz, gdy po rozstaniu słyszymy zarzut o "chęć zemsty" czy "pazerność na alimenty" większość z nas mogłaby rzucić etat i żyć na własnych warunkach. 

Ale umówmy się, to nie wzięło się znikąd. To jest coś, co wszystkie odziedziczyłyśmy. Kobiety uderzają w inne kobiety, bo noszą w sobie ciężkie, pokoleniowe przekonania, które wmawiano nam od dziecka. Każda z nas słyszała przynajmniej raz te słynne życiowe rady: "brudy pierze się w domu", "mądrzejszy zawsze ustępuje", "dla dobra dzieci trzeba wytrzymać". Nasze babcie i mamy wychowywały się w przekonaniu, że największą cnotą kobiety jest zdolność do znoszenia największego bagna bez mrugnięcia oka. Kobieta, która potrafiła cierpieć po cichu, zyskiwała od otoczenia nalepkę "dzielnej" i "mądrej". Nikt tylko nie pytał, ile ją to cierpienie kosztowało, ile zdrowia psychicznego tam poszło i jak bardzo niszczyło ją to od środka. Dzisiaj mamy XXI wiek, czytamy mądre książki, chodzimy na terapie, rozmawiamy o granicach, a gdy inna kobieta w kryzysie nagle decyduje się złamać ten schemat i powiedzieć: "nie, nie będę milczeć", u wielu osób odpala się agresja.

Za tym stoi prosta, podświadoma frustracja: "ja musiałam milczeć, ja musiałam przełknąć to upokorzenie i udawać przed światem, że jest super, więc jakim prawem ona sobie wstała i mówi głośno, co myśli? Jeśli ona ma do tego prawo, to znaczy, że moje cierpienie było bez sensu". I zamiast wkurzyć się na ten idiotyczny schemat, złość leci w stronę kobiety, która po prostu odważyła się otworzyć usta.

Jest jeszcze jedno sformułowanie, które od razu przyprawia mnie o mdłości: "odchodzenie z klasą". W opinii społecznej "klasa" to sytuacja, w której bierzesz wszystko na klatę, nie robisz zamieszania, uśmiechasz się ładnie i pozwalasz, żeby inni pisali twoją historię za ciebie. Masz być cicha, wyrozumiała i najlepiej niewidzialna. Bo od kobiet po rozstaniu oczekuje się nie tyle cierpienia, co cierpienia w sposób, który nikomu nie przeszkadza. Takiego, które nie burzy niczyjego komfortu, nie zmusza do trudnych pytań i nie wymaga opowiadania się po żadnej ze stron. Tyle że w realnym życiu taka "klasa" to po prostu inna nazwa na uległość. Czy "klasa" to zgoda na to, by ktoś robił z ciebie czarny charakter, podczas gdy ty milczysz w imię "świętego spokoju"? Czy "klasa" to tłumienie w sobie wszystkiego tak długo, aż w końcu lądujesz z nerwicą, ale z poczuciem, że "nie sprawiłaś nikomu kłopotu"? Jeśli tak ma wyglądać klasa, to ja bardzo przepraszam, ale zupełnie mi do niej nie śpieszno. Istnieje potężna różnica między mściwym okładaniem się w mediach a odmową udziału w kłamstwie. Mówienie o własnych granicach i nazwanie rzeczy po imieniu to nie jest żaden szpan ani szukanie taniego rozgłosu. To po prostu podstawowy szacunek do samej siebie. Kobieta, która przerywa milczenie, nie robi tego po to, żeby spalić świat wokół. Robi to, bo ma dość dławienia się powietrzem w pokoju, w którym ktoś inny odciął dopływ tlenu.

Wmawiano nam, że "święty spokój" to najwyższa wartość. Tylko znowu warto zadać sobie pytanie: czyj to spokój? Kiedy kobieta po rozstaniu nie robi rabanu i bierze całe to zamieszanie na swoje barki, zyskuje na tym wyłącznie otoczenie. Zyskują ci, którzy zawiedli, ponieważ nie muszą konfrontować się z konsekwencjami. Zyskują znajomi, bo nie jest im niezręcznie. Dla kobiety ten "święty spokój" to zwykły frazes. To spokój kupiony własnym zakneblowaniem. A spokój kupiony za cenę własnej godności nigdy nie jest święty.

Nie piszę tego z pozycji mędrca, który wie wszystko o życiu. Piszę to jako kobieta, która przerobiła ten mechanizm na własnej skórze, oberwała w sieci od tysiąca złośliwych komentarzy od innych kobiet i w pewnym momencie powiedziała sobie: "zaraz, a dlaczego ja właściwie mam grać według czyichś zasad?". Zanim następnym razem przyjdzie nam ochota napisać innej kobiecie pod postem: "skończ już z tymi żalami", "wracaj do dzieci" albo "schowaj dumę", zatrzymajmy się na sekundę. Nie musimy się ze wszystkimi zgadzać. Nie musimy się nawzajem uwielbiać, przybijać sobie piątek ani udawać, że jesteśmy najlepszymi przyjaciółkami. Ale dajmy sobie nawzajem prawo do bycia ludźmi. Do posiadania własnego głosu i układania swojego życia bez przepraszania za to, że w ogóle żyjemy. Nasze babcie słyszały, że prywatę zostawia się w domu. Nikt im jednak nie powiedział, że milczenie nie naprawia tego, co dzieje się za zamkniętymi drzwiami. Głos kobiet, które odmawiają milczenia, to nie jest żaden skandal. To jest po prostu jak otwarcie okien. A że przy okazji powiewa i robi się przeciąg? No trudno. Prawdziwie świeże powietrze zawsze ma to do siebie, że na początku trochę chłodzi. Ale lepsze to niż powolne duszenie się w imię nie naszych ideałów. Problemem nie jest to, że dziś kobiety mówią za dużo. Problem jest w tym, że przez całe dekady mówiłyśmy zdecydowanie za mało.

Więcej o: