Kobiela miał przewidzieć swoją śmierć. Nim zmarł, prosił o jedno

W latach 60. XX wieku był jednym z najbardziej rozpoznawalnych aktorów - mówiono o nim, że może zagrać wszystko. Na koncie miał niezapomniane role w filmach takich jak "Zezowate szczęście", "Eroica" czy "Wszystko na sprzedaż". Niestety, życie Bogumiła Kobieli skończyło się zbyt wcześnie. Krótko przed śmiercią aktor błagał, by zamiast niego ratować jego ukochaną żonę.
Bogumił Kobiela
Fot. Youtube.com/Rekonstrukcja cyfrowa TVP

Nie miał aparycji amanta, ale było w nim to nieuchwytne "coś", co sprawiało, że zachwycał - zarówno na ekranie, jak i w życiu prywatnym. Wielki talent, inteligencja, ale też pewien magnetyzm, który sprawiał, że od Bogumiła Kobieli nie sposób było oderwać wzroku. Podobnie było zresztą w przypadku jego przyjaciela, z którym współtworzył legendarny kabaret Bim-Bom - Zbigniewa Cybulskiego. Niestety, obaj aktorzy skończyli tragicznie, zmarli młodo w krótkich odstępach czasu. Bogumił Kobiela przeczuwał zresztą, że coś złego mogło się stać - uważał, że u boku ukochanej żony, ze świetnie rozwijającą się karierą jest mu po prostu zbyt dobrze. Do szczęścia jemu i Małgorzacie brakowało tylko wymarzonego dziecka. Ale marzenie przekreśliła jedna feralna decyzja i wypadek, który wydarzył się na niesławnym "zakręcie śmierci".

Zobacz wideo Zagadkowa śmierć Jolanty Brzeskiej. Po 14 latach od tragedii dotarliśmy do akt sprawy

Bobek i Zbyszek

Urodzony 31 maja 1931 roku w Katowicach Bogumił Kobiela wywodził się z rodziny o artystycznych tradycjach. Ojciec chłopca i jego brata Marka, Ludwik Kobiela, był znanym literatem. Dla synka napisał zresztą książeczkę - "Awantury i przygody, które przeżył figlarz młody". Wspomniane przygody mały Bobek, jak wszyscy nazywali chłopca, a w przyszłości również dorosłego Kobielę, przeżywał w podkrakowskim Tenczynku, gdzie dom mieli jego dziadkowie. Ukochane miejsce pozostało w sercu aktora na zawsze; słynne stało się jego powiedzenie, będące wyrazem najwyższego uznania dla danego miejsca: "Powietrze jak w Tenczynku".

Choć Bogumił Kobiela początkowo rozważał wybór studiów na wydziale ekonomii, dość szybko zrozumiał, że jest mu pisana zupełnie inna droga. W Szkole Teatralnej w Krakowie odnalazł się natychmiast, poznał też tam przyjaciela, Zbigniewa Cybulskiego. Owocem ich relacji był kultowy Kabaret Studencki Bim-Bom, występowali też w gdańskim Teatrze Wybrzeże. Tych dwoje było niczym dwie strony medalu: poważny, wręcz depresyjny Cybulski i pełen humoru Kobiela. Kres ich wyjątkowej relacji miała położyć dopiero tragiczna śmierć tego pierwszego.

Bogumił Kobiela zaczynał karierę od teatru, ale szybko o jego talent upomniał się świat kina. Grywał u największych reżyserów swoich czasów - Andrzeja Wajdy, Wojciecha Jerzego Hasa czy Andrzeja Munka. Widzowie pokochali go za sprawą ról w filmach takich jak "Zezowate szczęście", w którym zagrał Jana Piszczyka, a także "Eroica" czy "Rękopis znaleziony w Saragossie". Ale choć popularność zyskał przede wszystkim jako aktor komediowy, jego talent wykraczał poza takie emploi. "

Wrzucono go do szufladki z tandetnym błazeństwem i łatwym humorem. Tymczasem był aktorem o prawdziwie dramatycznym talencie, aktorem wybitnym, świadomym i poszukującym, który wiele jeszcze miałby do zaoferowania, gdyby nie tragiczna, przedwczesna śmierć

- pisała o Kobieli Magdalena Przyborowska w książce "Bogumił Kobiela. Sztuka aktorska".

Bobek i Biedronka

Bogumił Kobiela nie mógł się poszczycić urodą amanta, ale kobietom podobały się jego inteligencja i poczucie humoru. Zyskiwał przy bliższym poznaniu, o czym przekonała się jego żona, Małgorzata. Bobek poznał ją - wówczas studentkę medycyny - podczas wakacji nad Bałtykiem. On sam był już wówczas mężczyzną po 30., co w ówczesnych czasach czyniło go niemal starym kawalerem. Do tego w dniu, kiedy wspólna znajoma, Krystyna Kołodziejczyk przedstawiła go Małgorzacie, miał na sobie mało zachęcający strój. "Nie wiedziałam, kim jest. Był w przedpotopowych, śmiesznych gaciach w paski, wyglądał prześmiesznie i bardzo nieatrakcyjnie. Nie zrobił na mnie jakiegoś piorunującego wrażenia, ale rozśmieszał mnie" - przyznała Małgorzata Nowakowska w rozmowie z Maciejem Szczawińskim. Tymczasem Kobielę od razu trafiła strzała Amora. Tak długo prosił dziewczynę, żeby poszła z nim na randkę, aż ta w końcu się zgodziła. Wówczas przekonała się, że Bobek ma coś ważniejszego niż wygląd - świetnie się z nim rozmawia, potrafi ją rozbawić, a jednocześnie jest niesłychanie inteligentny. Nic więc dziwnego, że tych dwoje do Warszawy wróciło już jako para.

Aktor, któremu zdecydowanie obrzydło już kawalerskie życie, nie tracił czasu. Wkrótce zjawił się więc w mieszkaniu państwa Nowakowskich z wielkim bukietem kwiatów. Przedstawił się matce Małgorzaty, po czym oświadczył, że bierze sobie jej córkę za żonę. Wiosną 1963 roku para powiedziała sobie sakramentalne "tak". Ale choć aktor kochał żonę ponad życie, ich małżeństwo nie było idealne - Kobiela był w ciągłych rozjazdach. "Nie potrafię wyżyć z gaży scenicznej. (...) Z zegarkiem w ręku przemieszczam się pomiędzy kabaretem, planem filmowym, studiem telewizyjnym czy radiowym. Wciąż w autobusie, pociągu, taksówce. Czuję, że młodość ustąpiła dorosłości. Przeliczającej czas na pieniądze" - mówił aktor w jednym ze swoich ostatnich wywiadów.

Z wyjazdów pisał jednak do żony piękne listy. Nazywał ją w nich czule i z właściwym sobie humorem Biedronką, Żabą, Sałatką z porów, Selerkiem i zapewniał o ogromnej miłości. "Wczoraj pomyślałem sobie, że wolałbym (nie śmiej się!), żebyś mnie dziesięć razy zdradziła, niż żeby stała Ci się najmniejsza krzywda", oraz "wziąłbym na siebie w każdej chwili - mimo wielkiego tchórzostwa! - cały ból, jaki by mógł Cię spotkać". Te ostatnie słowa w pewnym sensie okazały się prorocze. Na razie jednak Bobek, jak nazywała go również żona, przywoził jej z podróży liczne prezenty - modne buty, ubrania lub choćby muszelki. "W domach towarowych mają mnie oczywiście za zboczeńca-fetyszystę, bo ciągle oglądam pończochy i biustonosze" - pisał w dzienniku z podróży do USA. Parze do pełnego szczęścia brakowało tylko dziecka - niestety, to marzenie nigdy nie miało się ziścić.

Czarna seria i zakręt śmierci

Druga połowa lat 60. przyniosła czarną serię śmierci w polskim świecie kina. Najpierw w wypadku samochodowym zginął reżyser Andrzej Munk. Następnie odszedł Zbigniew Cybulski - zmarł tragicznie, wpadając pod pędzący pociąg, do którego chciał wskoczyć. 23 kwietnia 1969 roku, w wyniku obrażeń po upadku z urwiska w Los Angeles, odszedł kompozytor Krzysztof Komeda. Stojąc nad grobem Cybulskiego Bogumił Kobiela miał ponoć przeczucie, że ktoś ze zgromadzonych wówczas żałobników będzie następny i ze strachem doszedł do wniosku, że padnie na niego. "Bobek był przekonany, że nadeszła jego kolej. Żył z tym" - wyznała Małgorzata Kobiela na kartach książki "Zezowate szczęście. Opowieść o Bogumile Kobieli". Jak miało się niebawem okazać, miał rację.

Aby uciec od ponurych myśli, a przede wszystkim spędzić trochę czasu z ukochaną żoną, Bogumił Kobiela wybrał się wraz z Małgorzatą nad morze. Wyruszyli 2 lipca 1969 roku autem, które Kobiela dobrze znał i lubił - jego sportowym BMW 1800. Pogoda stała się jednak kapryśna, a kiedy para dostrzegła moknących na poboczu autostopowiczów, postanowiła ich podwieźć. Ta decyzja miała się okazać tragiczna w skutkach. "Bobek się zatrzymał i wtedy okazało się, że faceci mają ciężkie bagaże. Kładą je obok siebie na tylnym siedzeniu. Tam też przesuwa się środek ciężkości, wóz traci stabilność" - relacjonował reżyser Jerzy Gruza. Tymczasem deszcz przeszedł w ulewę, a podróżni dotarli do Buszkowa pod Bydgoszczą. Tamtejszy zakręt na trasie drogi krajowej nr 25 z Koronowa do Sępólna Krajeńskiego uchodzi za jeden z najbardziej niebezpiecznych w Polsce i nazywany jest "zakrętem śmierci". Wypadki mieli tu m.in. Krzysztof Krawczyk, Irena Santor oraz sztangista Waldemar Baszanowski. Auto Bogumiła Kobieli wpadło tam w poślizg.

Jest zakręt, Bobka znosi na drugi pas, łapie czołówkę z tirem. Gośka prawie wyskakuje przez okno. Bobek zostaje przygnieciony przez autostopowicza, który wbija go w kierownicę

- wspominał w wywiadzie z "Gazetą Wyborczą" Jerzy Gruza.

Choć wypadek wyglądał koszmarnie, początkowo wyglądało na to, że pasażerowie wyszli z niego bez większych obrażeń. Była to jednak prawda jedynie w przypadku autostopowiczów i Małgorzaty Kobieli. Kobieta miała "jedynie" lekki uraz głowy i złamaną rękę. Z rany na głowie lała się jednak obficie krew, więc przerażony Bogumił Kobiela polecił przybyłym na miejsce ratownikom, aby udzielili pomocy żonie, przekonując jednocześnie, że jemu samemu "nic nie jest".

Położyli mnie na noszach, Bobek usiadł obok i cały czas trzymał mnie za rękę. Kiedy wysiadł, już w Bydgoszczy, nagle osunął się na ziemię i stracił przytomność

- wspominała Małgorzata Kobiela. Kiedy lekarze zorientowali się, że Kobiela ma krwotok wewnętrzny, przetransportowano go samolotem wojskowym do kliniki w Gdańsku. Tam wykonano dwie operacje - okazało się, że aktor miał pękniętą wątrobę. Niestety, pomimo ich starań osiem dni po wypadku, 10 lipca 1969 roku, Bogumił Kobiela zmarł.

Śmierć aktora wstrząsnęła nie tylko jego bliskimi, ale też całym środowiskiem filmowym i niemal całą Polską. W chwili śmierci Bogumił Kobiela miał 38 lat. Spoczął w ukochanym Tenczynku. Na jego grobie, zamiast kwiatów, żona ustawiła kosz grzybów. "Uznałam, że będą lepsze od kwiatów. A Bobek? Wiem dobrze, że Bobek też by tak chciał" - mówiła, cytowana przez "Super Express", Małgorzata Kobiela. Kobieta już nigdy nie wyszła za mąż.

"Mógł być największym aktorem tragikomicznym naszych czasów. Był aktorem największych nadziei. Nadziei niespełnionych do końca" - pisał o Kobieli magazyn "Film".

Więcej o: