Titanic zatonął 111 lat temu. Na pokładzie był polski duchowny. Oddał miejsce w szalupie innej osobie

Zatonięcie Titanica to jedna z najtragiczniejszych katastrof w historii. Wśród jej ofiar był także ksiądz z Suwalszczyzny, Józef Montwiłł. Duchowny odstąpił swoje miejsce w szalupie ratunkowej. Do ostatniej chwili udzielał rozgrzeszenia innym pasażerom.

Więcej informacji na ten temat znajdziesz na Gazeta.pl.

Titanic zatonął w nocy z 14 na 15 kwietnia 1912 roku, choć nazywano go niezatapialnym. Miał symbolizować luksus i przepych, a także postęp technologiczny tamtego okresu. Niestety, brytyjski transatlantyk nie gwarantował bezpieczeństwa swoim pasażerom. Na pokładzie było zdecydowanie za mało szalup ratunkowych. Podczas dziewiczego rejsu Titanic zderzył się z górą lodową i poszedł na dno.

Wśród 1496 ofiar katastrofy był także polski duchowny z Suwalszczyzny, Józef Montwiłł. 27-letni ksiądz uciekał do Stanów Zjednoczonych przed represjami ze strony carskiego reżimu. Co jeszcze o nim wiemy?

Zobacz wideo Zakochani w sobie bohaterowie zderzają się, niczym bohaterowie Titanica, z "górą lodową" wielkiej historii". "Marzec '68" [ZWIASTUN]

Ksiądz Józef Montwiłł nie wsiadł do szalupy ratunkowej. Do ostatniej chwili udzielał rozgrzeszenia

Jak się okazuje, na pokładzie Titanica było wielu Polaków, wśród nich także Józef Montwiłł. Młodego duchownego czekała kara ze strony rosyjskiego caratu za działalność na rzecz litewskich katolików. Wbrew zakazom ochrzcił dziecko i wysłuchał spowiedzi. Dla księdza rejs Titanikiem wiązał się zatem z ucieczką.

Józef Montwiłł urodził się 3 stycznia 1885 roku w Gudynie. Młodość spędził w Mariampolu, była to wówczas gubernia suwalska. W 1908 roku został wyświęcony na kapłana, po ukończeniu seminarium w Sejnach. Później przez kilka lat był wikarym w Lubowie, na Suwalszczyźnie. 

Ksiądz podróżował na Titanicu drugą klasą. Jego bilet kosztował 13 funtów. W rejs zabrał ze sobą około 600 rękopisów religijnych pieśni, które planował wydać w Stanach Zjednoczonych. W kraju nie mógł tego zrobić z uwagi na panującą cenzurę. Podczas jednego z początkowych przystanków duchowny wysłał list do zaprzyjaźnionej rodziny. 

Jestem na pokładzie okrętu Titanic. Czegoś podobnego sobie nie wyobrażałem. Co za olbrzym, co za przepych, wszak to istna arka Noego! Zasyłam pozdrowienia i błogosławieństwo, prosząc o modlitwę szczęśliwej podróży. Jak będę na miejscu, zaraz napiszę. Ks. Józef.

Gdy statek zderzył się z górą lodową, duchowny nie wsiadł do szalupy ratunkowej. Odstąpił miejsce innej osobie. Sam zaś do ostatnich chwil odmawiał modlitwę wraz z innymi pasażerami, spowiadał i udzielał rozgrzeszenia. Większość źródeł podaje, że ciała kapłana nigdy nie odnaleziono. Rodzina księdza Józefa otrzymała 130 funtów odszkodowania.

Więcej o:
Copyright © Gazeta.pl sp. z o.o.