Jeśli ktoś pamięta polską telewizję z lat 90., z całą pewnością widział kiedyś choćby fragment serialu "Tata, a Marcin powiedział...". Produkcja składała się z krótkich, kilkuminutowych odcinków, w których syn (Mikołaj Radwan) rozmawia z ojcem (Piotr Fronczewski) na tematy poruszane wcześniej przez chłopca w dyskusjach ze szkolnym kolegą, tytułowym Marcinem. Serial można było oglądać w TVP1 w piątkowe popołudnia i cieszył się w Polsce ogromną popularnością.
Premiera "Tata, a Marcin powiedział..." odbyła się w 1994 roku. Przez te ponad 30 lat diametralnie zmieniło się podejście do rozmów z dziećmi. W latach 90. wciąż pokutował stereotyp ojca-twardziela, który krzyczy na syna za krzywe trzymanie latarki i nie rozmawia o uczuciach. "Tata, a Marcin powiedział..." niestety po części ten schemat powiela. Bo chociaż serialowy ojciec podejmuje dyskusje również na niełatwe tematy, zapędzony w kozi róg, często każe chłopcu "zająć się czymś pożytecznym", zamiast pozwalać na zadawanie kolejnych pytań.
Mocno problematyczne są również niektóre opinie wygłaszane przez serialowego ojca. Przykład tego jest już w pierwszym odcinku, gdy syn porusza kwestię wagi i atrakcyjności fizycznej. - Mężczyzna może sobie pozwolić na to, żeby być solidnie zbudowanym. (...) O wiele ważniejsze, żeby kobieta była zawsze szczupła i atrakcyjna. Bo kobiety powinny zawsze ładnie wyglądać. (...) Kto by się chciał pokazywać z taką kobietą, na którą nie pasuje żadna sukienka? - twierdzi ojciec.
Nie lepiej jest także w odcinku poświęconym emancypacji, kiedy mężczyzna stwierdza, że "kobiety najlepiej czują się w kuchni". - Kobietom nagle zachciało się równouprawnienia, chcą, żeby je stawiano na równi z mężczyznami - tłumaczy synowi ojciec. - Jakaś kobieta poczuła się uciskana, inne uwierzyły, że tak jest naprawdę i zaczęły się organizować. Rozsądna kobieta w ogóle nie zawraca sobie głowy takimi idiotyzmami - słyszymy dalej.
Co jednak ciekawe, po tych wywodach chłopiec nie daje za wygraną, a z pozoru "zabawny" dialog staje się polemiką z utartymi schematami społecznymi. Syn dopytuje, czy jego mama nie może mieć własnego zdania, a ojciec nie jest w stanie mu logicznie wyjaśnić, dlaczego tak naprawdę kobiety w demokratycznym kraju nie mogą stanowić same o sobie. - Mama nie może utrzymać się sama? - Nie na takim poziomie, jaki ja jej gwarantuję. Dlatego ja zarabiam pieniądze, a mama wykonuje prace domowe. - I dostaje za to od ciebie pieniądze? - drąży chłopiec.
Dialogi w "Tata, a Marcin powiedział..." z założenia mają być lekkie i śmieszne, a każdy odcinek kończy się humorystyczną puentą. Mimo to serial porusza wiele zaskakująco poważnych problemów. Np. kwestię zatajania problemów domowych przed dziećmi czy postępowania zgodnie z własnym sumieniem przy okazji rozmowy o odmowie odbycia służby wojskowej. Ojciec często daje się wyprowadzić z równowagi, irytuje się i każe synowi wracać do lekcji. Ale chłopcu wielokrotnie udaje się zmusić tatę do refleksji, a nawet zmiany pewnych przekonań. A to rzecz bardzo nietypowa jak na wychowanie lat 90., gdy często pokutowało przekonanie, że "dzieci i ryby głosu nie mają".
Duże wrażenie robi też odcinek, w którym syn dopytuje tatę, czy miłość jest bezinteresowna i czy na uczucie rodziców trzeba sobie zasłużyć. Jak się później okazuje, chłopiec bez wiedzy mamy i taty wypisał się z lekcji gry na skrzypcach. - I co ja mam teraz z tobą zrobić? - pyta rozzłoszczony ojciec. - Jak to co? To, co ja z tobą. Przecież ty nie umiesz grać na skrzypcach, a i tak cię kocham - odpowiada mu syn.
Co ciekawe, kultowy w Polsce serial jest oparty na niemieckiej audycji zatytułowanej "Papa, Charly hat gesagt...". Reżyserem "Tata, a Marcin powiedział..." został Wojciech Adamczyk (odpowiadający w późniejszych latach m.in. za sukces "Rancza"), a część dialogów na język polski tłumaczyła jego żona, Małgorzata Gutowska-Adamczyk. - Później, gdy były wymyślane przez polskich autorów, efekt nie zawsze był już tak śmieszny. Najfajniej wychodziło to żonie reżysera, Małgorzacie Gutowskiej-Adamczyk, ale zdarzali się i tacy autorzy, którzy ewidentnie pisali tylko po to, by coś napisać - wspominał po latach Mikołaj Radwan w rozmowie z Onetem.
Serialowy syn z "Tata, a Marcin powiedział..." w tym samym wywiadzie przyznał również, że produkcja zakończyła się niemal z dnia na dzień, a w kuluarach spekulowano, że przyczynił się do tego rzekomy konflikt produkcji z władzami stacji. - Agnieszka Nejman, kierownik produkcji na planie, zadzwoniła do mojej mamy, mówiąc, że niestety bardzo dziękują, ale następnego nagrania już nie będzie, gdyż nas zdejmują. Było to o tyle przykre, że do trzystu odcinków zabrakło nam trzech. Wcześniej zawsze wspólnie świętowaliśmy setny i dwusetny, a tu nie było nawet pożegnania - dodał Radwan.
Farna ogłosiła rozstanie z mężem. "Modelowy przykład tego, jak..."
Nelli Rokita lata temu zniknęła z polityki. Tak dziś wygląda
Co dzieje się z pieniędzmi ze zbiórki Łatwoganga? Szpitale ujawniają szczegóły umów. "Są zapisy, które są dla nas nie do przyjęcia"
Helenie Englert zarzucano nepotyzm. Sama mówiła, że "ludzie jej nie lubią". Teraz wszystko się zmieniło
"Uśmiercili" Omenę Mensah, a Brzoska nie wytrzymał. Tak zareagował rozjuszony miliarder
"Szczurza" afera w Republice. Wybuchła awantura. Polityk opuścił studio
Rozenek zachwyciła kreacją z balu, Chodakowska niekoniecznie. "Została przykryta niedopracowaną konstrukcją"
Nie żyje Stanisław Pąk. Ceniony aktor zmagał się z nowotworem
Nie żyje siostra Anastazja. Miała 76 lat. Jej przepisy znały miliony Polaków