Trump znów przekroczył granicę słowami o Nicki Minaj. "Wyborca ma czuć, że to swój chłop"

Donald Trump w niewybredny sposób skomentował wygląd Nicki Minaj, a publiczność nagrodziła jego słowa aplauzem. Dla jednych to kolejna prowokacja, dla innych przykład przekraczania granic, których głowa państwa nie powinna naruszać.
Donald Trump, Nicki Minaj
REUTERS/Jonathan Ernst

Donald Trump podczas wiecu w Port Huron w stanie Michigan pozwolił sobie na niewybredny komentarz na temat wyglądu Nicki Minaj. Prezydent USA stwierdził, że raperka ma "wyjątkowo piękny tyłek", po czym dodał, że trudno go przeoczyć. Jego słowa spotkały się z aplauzem zgromadzonych. Chwilę później wokalistka pojawiła się u jego boku i zadeklarowała poparcie dla prezydenta. Dlaczego zachowania, które nie przystoją głowie państwa, nie pociągają za sobą wyraźnych strat wizerunkowych? O mechanizmy politycznej komunikacji spytaliśmy Agatę Krypczyk i Mateusza Buczkowskiego, ekspertów od marketingu politycznego.

Zobacz wideo Czy Trump jest rosyjskim agentem?

Donald Trump mówi o "pięknym tyłku" Nicki Minaj. "Niebezpieczny mechanizm normalizacji zachowań"

Kontrowersyjne wypowiedzi od lat stanowią jeden z charakterystycznych elementów publicznego wizerunku Donalda Trumpa. Prezydent USA regularnie przyciąga uwagę mediów ostrym językiem, prowokacjami i łamaniem politycznych konwenansów. Problem polega jednak na tym, że kolejne takie sytuacje nie zawsze wywołują równie silne reakcje jak wcześniej. Agata Krypczyk zwraca uwagę, że społeczeństwo może stopniowo przyzwyczajać się do zachowań, które wcześniej byłyby uznawane za niedopuszczalne. - Donald Trump już dawno przesunął granice tego, co uznawane jest za dopuszczalne w komunikacji politycznej. Jego kolejne kontrowersyjne wypowiedzi nie wywołują już takiego oburzenia, ponieważ opinia publiczna w pewnym stopniu przyzwyczaiła się do tego stylu - stwierdziła.

To niebezpieczny mechanizm normalizacji zachowań, które w przypadku innych polityków mogłyby oznaczać poważny kryzys wizerunkowy

- oceniła ekspertka.

W przypadku wypowiedzi na temat Nicki Minaj chodzi nie tylko o prowokacyjny język, lecz także o sposób, w jaki prezydent mówi o kobietach. - W tym przypadku nie mówimy wyłącznie o łamaniu konwenansów, ale również o seksizmie i sprowadzaniu kobiety do jej wyglądu. Szczególnie istotne jest to, że takich słów używa prezydent Stanów Zjednoczonych, od którego powinniśmy oczekiwać odpowiedzialności za język debaty publicznej - podkreśliła Krypczyk.

Dlaczego jednak podobne wypowiedzi nie muszą prowadzić do trwałego osłabienia wizerunku prezydenta? Z perspektywy marketingu politycznego kontrowersja może być narzędziem przyciągania uwagi, a wywołane nią oburzenie - kolejnym sposobem na utrzymanie polityka w centrum debaty. Krypczyk zauważa, że Trump od lat wykorzystuje ten mechanizm, a dla części jego wyborców łamanie konwenansów może być dowodem autentyczności i bezkompromisowości.

Z perspektywy marketingu politycznego Trump od lat wykorzystuje kontrowersje do skupiania na sobie uwagi. Dla części jego elektoratu podobne zachowania są wręcz potwierdzeniem autentyczności i bezkompromisowości. Nie oznacza to jednak, że są pozbawione konsekwencji

- zaznaczyła ekspertka.

Donald Trump i Nicki Minaj. Oto, dlaczego prezydent USA prowokuje wyborców. "W dobie resetu z Rosją..."

Podobnie na sprawę patrzy Mateusz Buczkowski, który opisuje styl komunikacji prezydenta jako świadome podsycanie emocji i prowokowanie reakcji w mediach społecznościowych. - Donald Trump uwielbia doszlifowaną przez niego do perfekcji strategię "prętem po kratach", aby cały świat social mediów był rozgrzany jego refleksjami. Czasem jednak pręt uderzy go w palec - komentuje Buczkowski.

Jak zauważył ekspert, w przypadku ostatniego wystąpienia uwaga internautów skupiła się na wyglądzie raperki, choć w amerykańskiej polityce nie brakuje znacznie poważniejszych tematów.

Tak było i tym razem. W dobie nowego resetu z Rosją, eskalacji kłopotów w Iranie czy potencjalnie przegranych wyborów połówkowych internet debatuje o... physis Nicki Minaj

- wskazuje Buczkowski. W ten sposób prowokacja może przesłonić inne kwestie i sprawić, że to sam prezydent, zamiast omawianych problemów politycznych, ponownie stanie się głównym bohaterem medialnych dyskusji.

Donald Trump chce być jak "swój chłop"? Ekspert o strategii prezydenta USA i jego prowokacjach

Buczkowski wskazał również na możliwy cel polityczny takiego sposobu komunikacji. Jego zdaniem Trump może w ten sposób podtrzymywać więź z częścią męskiego elektoratu, któremu odpowiada bezpośredni, pozbawiony konwenansów styl prezydenta.

Jeśli jest w tym jakaś strategia, to tylko przypomnienie o sobie męskiej, maczystowskiej grupy wyborców. Wyborca z Teksasu ma czuć, że Donald Trump to swój chłop. Jednak sam "swójchłopizm" może nie wystarczyć, aby zdominować midterms

- ocenia ekspert. To istotny element politycznego wizerunku Trumpa: dla części zwolenników odstępstwo od zasad oficjalnej etykiety może być atutem, a nie obciążeniem. Polityk sprawia wówczas wrażenie osoby, która nie podporządkowuje się oczekiwaniom elit i mówi bez oglądania się na konwenanse.

Nie oznacza to jednak, że wszyscy odbiorcy interpretują takie zachowania w ten sam sposób. To, co jedni mogą odczytywać jako bezpośredniość, inni uznają za seksizm i naruszenie standardów wymaganych od głowy państwa. Kontrowersja może więc jednocześnie wzmacniać więź z częścią zwolenników i pogłębiać krytykę ze strony innych grup.

Czy skandale zaszkodzą Trumpowi? "Kolejne przekroczenia granic przestają nas zaskakiwać"

Czy kolejne kontrowersje mogą ostatecznie odbić się na wizerunku amerykańskiego prezydenta? Mateusz Buczkowski nie spodziewa się długofalowych konsekwencji wizerunkowych. Zwraca przy tym uwagę na sposób, w jaki ewentualne niepowodzenia polityczne mogą być tłumaczone przez obóz Republikanów.

Długoterminowych wizerunkowych konsekwencji nie będzie. W końcu dowiemy się, że to nie Trump i jego pikantny język przegrał wybory, tylko słabi kandydaci Republikanów

- przewiduje ekspert.

Krypczyk przestrzega jednak przed uznawaniem skuteczności medialnej za wystarczające usprawiedliwienie dla takich zachowań. Jej zdaniem problemem jest nie tylko konkretna wypowiedź, ale również przyzwyczajenie odbiorców do kolejnych przekroczeń granic.

Największym problemem jest dziś nie tylko sama wypowiedź, ale fakt, że kolejne przekroczenia granic przestają nas zaskakiwać. A przecież skuteczność medialna nie powinna być usprawiedliwieniem dla seksizmu ani obniżania standardów sprawowania urzędu

- podsumowuje ekspertka.

Więcej o: