Edyta Golec: Szukałam Gwiazdy Polarnej i prosiłam Boga o siłę. Żebym dała radę. Żebym wytrwała

- Jako dziecko chciałam wyjść z małej wioski w wielki świat. Tymczasem to właśnie świat mojego dzieciństwa okazał się jednym z najcenniejszych darów, jakie zabrałam ze sobą - pisze Edyta Golec. Tekst powstał w ramach cyklu "Gwiazdy piszą", w którym oddajemy głos bohaterom naszych publikacji, by mogli opowiedzieć własne historie.
Edyta Golec
Edyta Golec, fot. Anita Wróblewska

Kiedy dzisiaj stoję na scenie, patrzę na tysiące ludzi i słyszę, jak śpiewają razem z nami, czasem wracam myślami do małej dziewczynki z Beskidów. Dziewczynki, która w mroźny zimowy poranek czekała na pociąg, tuląc do siebie futerał ze skrzypcami. Nie marzyła wtedy o wielkich scenach, sławie ani oklaskach. Marzyła, żeby jeszcze chwilę pospać. Albo pobawić się z dziećmi na podwórku jak wszystkie inne dziewczynki w jej wieku.

Zobacz wideo Jaki jest ich przepis?

"Ta beztroska skończyła się dość wcześnie"

Dorastałam w świecie, który miał swój własny rytm. Wyznaczały go pory roku, praca w gospodarstwie, bliskość natury i wiara, która była naturalną częścią codzienności. Pachniało sianem, lasem, sernikiem upieczonym w sobotę, malwami z ogródka. Były owce, małe baranki, które karmiłam z butelki, kury, króliki, psy, koty i gołębie hodowane przez dziadka. Były wyprawy do lasu z babcią na borówki, macierzankę i wspólne śpiewanie na imieninach czy kolędowaniu u rodziny.

Nie zdawałam sobie wtedy sprawy, jak wyjątkowy jest ten świat. Dla mnie był po prostu domem.

Kiedy rodzice pracowali, opiekował się mną dziadek. Robił mi kanapki z masłem i cukrem, a w kieszeni zawsze miał jakieś kukułki — cukierki, które do dziś kojarzą mi się z jego czułością. Pamiętam jego troskliwe spojrzenie i numer wytatuowany na ręce. Dziadek był więźniem Auschwitz. Jako dziecko nie rozumiałam jeszcze całego ciężaru historii, którą nosił w sobie. Widziałam przede wszystkim dobrego, kochającego człowieka, który troszczył się o swoją wnuczkę. Dopiero z perspektywy lat rozumiem, jak wiele znaczą te wspomnienia. Jak wielką wartością jest dobroć człowieka, który sam doświadczył tak wiele zła. Moje dzieciństwo było pełne prostych radości. Ale ta beztroska skończyła się dość wcześnie.

"Futerał skrzypcowy budził zainteresowanie, ale nie zawsze życzliwe"

Miałam dwanaście lat, kiedy tata postanowił wysłać mnie do szkoły muzycznej. Sam marzył o muzyce, ale nie udało mu się tych marzeń zrealizować. Wierzył, że dla mnie muzyczne wykształcenie może być przepustką do lepszego życia. W tamtych czasach, w środowisku, w którym dorastałam, rodzice często powtarzali dzieciom: "Idź do świata, do ludzi". Chcieli, żebyśmy mieli szersze perspektywy i możliwości, których im samym nie zawsze było dane doświadczyć.

Tata wierzył we mnie. A ja bardzo nie chciałam go zawieść.

Nie było jednak łatwo. Naukę gry na skrzypcach rozpoczęłam dopiero w piątej klasie, podczas gdy inne dzieci miały już za sobą kilka lat ćwiczeń. Musiałam nadrabiać zaległości. I to szybko. Pamiętam szczególnie czwartkowe poranki. Godzina szósta, zima, śnieg, mróz i zasypana droga na pociąg. Wokół jeszcze ciemno. Wagony zatłoczone ludźmi jadącymi na pierwszą zmianę do bielskich zakładów pracy. A pośród nich ja — mała dziewczynka z futerałem na skrzypce jadąca do szkoły muzycznej.

 

Czasem patrzyłam w rozgwieżdżone niebo. Szukałam Gwiazdy Polarnej i po cichu prosiłam Boga o siłę. Żebym dała radę. Żebym wytrwała. Żebym nie musiała się poddać. Bo były też chwile zwyczajnego dziecięcego buntu. Kiedy trzeba było ćwiczyć na instrumencie, a za oknem inne dzieci biegały po podwórku, śmiały się i korzystały z wolności, której mnie zaczynało brakować.

Bywały również momenty trudniejsze. Futerał skrzypcowy budził zainteresowanie, ale nie zawsze życzliwe. Słyszałam zaczepki, docinki, śmiechy. Ktoś żartował, że pewnie noszę w nim kałasznikowa. Zdarzało się, że zaczepiali mnie rówieśnicy albo podejrzani mężczyźni w ciemnych miejskich przejściach podziemnych. Dla dziewczynki wychowanej w beskidzkiej wiosce miasto było wtedy obcym, nieco przytłaczającym światem.

Nie opowiadałam o tym wszystkim zbyt wiele. Zaciskałam zęby i szłam dalej.

Dzisiaj myślę, że właśnie wtedy, pomiędzy porannymi podróżami pociągiem, godzinami ćwiczeń i dziecięcą tęsknotą za beztroską, zaczęło kształtować się coś, co zostało ze mną na całe życie. Wytrwałość. Cierpliwość. Przekonanie, że na rzeczy naprawdę wartościowe trzeba czasem długo i ciężko pracować.

"Życie, jak to życie, napisało własny scenariusz"

Nie miałam wtedy pojęcia, że za kilka lat muzyka zaprowadzi mnie na wielkie sceny w Polsce i za granicą. Nie układałam sobie w głowie planu wielkiej kariery. Po cichutku marzyłam tylko o tym, żeby kiedyś wyrwać się z naszej małej wioski. Zobaczyć świat. Poznać ludzi. Sprawdzić, co jest gdzieś dalej, za górami, które otaczały mój rodzinny dom. A życie, jak to życie, napisało własny scenariusz.

Bo właśnie na tej muzycznej drodze pojawił się człowiek, który miał odmienić moje życie. Łukasz.

Chłopak wychowany w podobnym świecie, wśród tych samych beskidzkich krajobrazów, tradycji i wartości. Ktoś, komu nie musiałam tłumaczyć, czym jest życie blisko natury, szacunek do pracy, rodziny i muzyki wyniesionej z domu. Rozumieliśmy się bez wielu słów. Wspólne studiowanie, przyjaźń, muzyczne fascynacje i marzenia powoli zaczęły układać się w coś znacznie większego. W miłość, rodzinę i wspólną artystyczną drogę.

Dzisiaj, kiedy patrzę na nasze życie, widzę, jak niezwykłe potrafią być jego zakręty. Tata wysłał mnie do szkoły muzycznej, bo chciał, żebym miała lepszą przyszłość. Nie mógł przecież wiedzieć, że właśnie ta decyzja doprowadzi mnie nie tylko do zawodowej kariery, ale również do spotkania człowieka, z którym będę dzielić życie. Jest w tym coś pięknego.

 

I jeszcze jeden paradoks, który uświadomiłam sobie dopiero po latach. Jako dziecko chciałam wyjść z małej wioski w wielki świat. Tymczasem to właśnie świat mojego dzieciństwa okazał się jednym z najcenniejszych darów, jakie zabrałam ze sobą. Bo przecież muzyka, którą dzisiaj tworzymy i wykonujemy, wyrasta z tych samych korzeni. Z beskidzkich pieśni, melodii przekazywanych przez pokolenia, z wrażliwości ludzi żyjących blisko ziemi i natury. Z tego, co kiedyś było codziennością, a dzisiaj staje się częścią wielkich koncertowych widowisk.

Tak narodził się projekt pt. "Symphoethnic", który łączy pierwotną siłę muzyki tradycyjnej z rozmachem symfoniki, ekspresją rocka, swobodą jazzu i pulsującymi rytmami muzyki klubowej. To nasze muzyczne dziecko, gdzie na scenie spotykają się góralskie instrumenty, orkiestra symfoniczna i współczesne brzmienia. Niebawem ruszamy w trasę po Polsce z tym jakże mi bliskim projektem. Mam poczucie, że w "Symphoethnic" spotykają się dwa światy — ten mały, z którego wyszłam, i ten wielki, do którego dotarłam…

Nie wiem, czy jako dwunastoletnia dziewczynka uwierzyłabym komuś, kto powiedziałby mi, że kiedyś będę śpiewać przed tysiącami ludzi, podróżować po świecie i dzielić scenę z wybitnymi artystami. Pewnie uśmiechnęłabym się nieśmiało i pomyślała, że to niemożliwe.

Dzisiaj wiem, że droga do marzeń nie zawsze zaczyna się od wielkich planów.

Czasem zaczyna się od decyzji rodzica, od pierwszych nieporadnych dźwięków wydobytych ze skrzypiec, od mroźnego poranka i cichej modlitwy pod rozgwieżdżonym niebem. A czasem od kanapki z masłem i cukrem, którą z miłością przygotowuje dziadek. I choć od tamtych chwil minęło wiele lat, wciąż noszę w sobie tamtą dziewczynkę. Jej marzenia, ciekawość świata, wrażliwość i odwagę. Bo dziś już wiem, że aby pójść naprawdę daleko, wcale nie trzeba zapominać, skąd się wyszło.

Więcej o: