"Hell's Kitchen" z Wojciechem Modestem Amaro po latach wciąż budzi zainteresowanie. Stare sezony wracają w transmisjach youtuberów, a widzowie komentują je z nostalgią i humorem. Równocześnie to, co kilkanaście lat temu przedstawiano jako symbol bezkompromisowego szefa i "twardej szkoły", może dziś być oceniane jako przykład stylu komunikacji i zarządzania, który nie przystaje do współczesnych standardów pracy. Czy zatem "Hell's Kitchen" źle się zestarzało? A może właśnie upływ czasu sprawił, że program ogląda się dziś jeszcze ciekawiej - już nie tylko jako kulinarne reality show, ale także jako zapis zmieniających się norm, obyczajów i podejścia do pracy? Dlaczego format, który dla współczesnego widza może momentami wydawać się wręcz nie do pomyślenia, wciąż przyciąga odbiorców? Zapytaliśmy o to byłych uczestników programu, a także socjolożkę Agatę Rorbach i ekspertkę ds. PR. Dominikę Sklorz.
Polska wersja "Hell's Kitchen" pojawiła się na antenie Polsatu w 2014 roku. Program był polską adaptacją międzynarodowego formatu, którego najbardziej rozpoznawalną twarzą na świecie pozostawał Gordon Ramsay. W Polsce rolę bezkompromisowego szefa kuchni powierzono Wojciechowi Modestowi Amaro. Pierwszy sezon miał premierę wiosną 2014 roku. Amaro prowadził pierwszych pięć edycji programu, a w szóstej jego miejsce zajął Michał Bryś. Po kilkuletniej przerwie "Hell's Kitchen" powróciło w 2022 roku, tym razem z Mateuszem Gesslerem. Dla wielu widzów to jednak właśnie pierwsze sezony pozostają tym właściwym "Hell’s Kitchen" - tym z Amaro.
Trudno się temu dziwić. Jego charakterystyczny sposób mówienia, gesty, reakcje i język stały się częścią formatu. "Wynocha stąd", "Wypad', "Tak to s**********ś", "Potrzebujemy tylko trzy pieprzone dania". Napięcie budowało również poczucie, że za sprawą wybuchowego zachowania Amaro każdy serwis mógł w każdej chwili zakończyć się wyrzuceniem któregoś z uczestników z kuchni. Szef odsyłał ich do domu, wyrzucał przygotowane przez nich dania do kosza. Rzucał patelniami, uderzał pięścią w stół, podnosił głos.
Choć Amaro budził respekt, a jego surowy styl prowadzenia kuchni wzbudzał w uczestnikach postrach, byli uczestnicy programu dziś nie oceniają go jednoznacznie. Agata Gwiazdowska, która trafiła do programu jako 18-latka, patrzy na to doświadczenie z dużym dystansem. Zwróciła uwagę na rzecz podstawową: "Hell's Kitchen" było przede wszystkim formatem telewizyjnym. - Patrząc na to z perspektywy czasu i oczami 18-latki, która brała udział w programie, miałam świadomość, że jest to przede wszystkim format telewizyjny - mówiła w rozmowie z Plotkiem.
Mało tego, Gwiazdowska miała wcześniej doświadczenia zarówno z telewizją, jak i teatrem, dlatego wiedziała, że kamera działa według własnych zasad, a emocje w programach telewizyjnych są wzmacniane. Jednocześnie podkreśliła, że dla części uczestników był to pierwszy kontakt z telewizją. Dla nich wszystko mogło być znacznie bardziej intensywne. Sama nie chce jednoznacznie oceniać, gdzie kończył się prawdziwy Amaro, a zaczynała telewizyjna konwencja.
Nie potrafię ocenić, na ile sposób prowadzenia programu przez Wojciecha Modesta Amaro wynikał z jego osobowości, a na ile z samej konwencji telewizyjnej. Nie znam go prywatnie, dlatego nie chciałabym w tym zakresie spekulować
- zaznaczyła. To istotna uwaga, bo dzisiejszy widz może mieć tendencję do utożsamiania telewizyjnej postaci z człowiekiem, który tę postać odgrywał.
Sylwia Biały, finalistka pierwszej edycji zasugerowała, że sposób, w jaki Amaro zachowywał się przed kamerami, był w dużej mierze elementem z góry ustalonej konwencji programu.
Moim zdaniem Amaro totalnie nie był sobą, kreowano go na taką postać i pewnie narzucono mu taką rolę
- oceniła. - Każdy z nas w jakiś sposób został tam stworzony, zadbano, byśmy wpisali się w określone postacie - dodała. Jeśli spojrzeć na "Hell's Kitchen" właśnie w ten sposób, wiele zachowań Amaro zaczyna wyglądać nie tylko jak metoda prowadzenia kuchni, ale przede wszystkim jak element telewizyjnego widowiska. - Hell's Kitchen" to był produkt telewizyjny, a ostry styl prowadzącego wpisywał się w konwencję reality show, nie w model realnego zarządzania zespołem - dodała ekspertka PR Dominika Sklorz.
Problem w tym, że nawet jeśli część zachowań była elementem konwencji, to dla widza pozostawały one bardzo realne. Krzyk, przekleństwa, presja i publiczne krytykowanie uczestników tworzyły określony obraz pracy w gastronomii. Program pokazywał kuchnię jako miejsce, w którym błąd może zakończyć się eksplozją emocji. Szef miał władzę absolutną, a uczestnik musiał się podporządkować. Amaro potrafił przejść od oceny przygotowanego dania do gwałtownej reakcji w ciągu kilku sekund. Kucharz mógł usłyszeć, że coś zostało źle przygotowane, a następnie zostać wyproszony z kuchni.
Agata Gwiazdowska wyjaśniła, że dzisiaj nie podziela takiego podejścia. - Czy uważam, że taki sposób zarządzania i motywowania jest dobry? Nie. Dziś osobiście nie podzielam takiego podejścia - podkreśliła. Sama prowadzi obecnie dużą firmę cateringową dla dzieci i wskazuje, że wysokie standardy można osiągać inaczej. - Można wymagać i budować wysokie standardy bez krzyku czy strachu - zaznaczyła.
Należy podkreślić, że nie wszyscy byli jednak przekonani, że Amaro przekraczał granice charakterystyczne dla swojej branży. Łukasz Kawaller, uczestnik pierwszej edycji, patrzy na program wręcz odwrotnie. - Hell's Kitchen prowadzone przez Modesta Amaro, to była sielanka - zaczął. Kawaller przywołał przy tym Gordona Ramsaya, którego jako dziecko był wielkim fanem. W jego ocenie Ramsay w swoim "Hell's Kitchen" posuwał się znacznie dalej.
Tak wygląda praca pod presją, tak wygląda prosta komunikacja między szefem a bandą idiotów pracujących w zespole
- ocenił Kawaller. Jego zdaniem "ciemna strona" restauracyjnych kuchni była czymś, o czym publicznie niewiele się mówiło. Sam przyznał, że zarówno przed programem, jak i po nim zdarzało mu się mocniej "dać do wiwatu" kucharzom.
Kawaller zwrócił za to uwagę na zmianę pokoleniową. Jego zdaniem każde pokolenie uważa następne za mniej odporne, podczas gdy w rzeczywistości jest ono po prostu inne. - Są na szczęście miejsca, w których stara szkoła wciąż jest obecna. Nie są to restauracyjne kuchnie, to kluby zapaśnicze, bokserskie, judo i jiu-jitsu. My fighterzy lubimy wyzwania i dyscyplinę - tłumaczył.
Podobnie do sprawy podchodzi Sebastian Olma - jeden z dwóch ówczesnych zastępców Wojciecha Modesta Amaro w programie. - Warto spojrzeć na to z perspektywy czasu. Gdy program był emitowany, branża gastronomiczna wyglądała zupełnie inaczej - zauważył. Jego zdaniem w tamtym okresie "twarda szkoła" była powszechnie akceptowana jako sposób selekcji i szkolenia. Dziś byłoby to znacznie trudniejsze, między innymi dlatego, że zmienił się rynek pracy, zmieniło się pokolenie pracowników, a ludzie zaczęli przykładać większą wagę do równowagi między życiem zawodowym i prywatnym.
Olma przywołał własne doświadczenia: kiedyś pracował pięć czy sześć dni w tygodniu, podczas gdy obecnie wiele osób oczekuje pracy przez trzy lub cztery dni po osiem godzin. To nie oznacza jednak, że dawny model był całkowicie nieskuteczny. - Znam wiele osób, które dzięki surowemu szkoleniu wypłynęły w gastronomii i świetnie sobie radzą - dla wielu ten styl był skuteczny - zauważył.
Jeszcze ciekawszą perspektywę przedstawiła Plotkowi socjolożka Agata Rorbach. Jej zdaniem "Hell's Kitchen" można potraktować jako przykład znacznie szerszej zmiany kulturowej. - Z perspektywy socjologicznej ten program jest ciekawym przykładem zmiany norm kulturowych, a nie tylko telewizyjnych trendów - powiedziała.
Rorbach zauważyła, że to, co kilkanaście lat temu mogło być odbierane jako profesjonalizm, dyscyplina i wysokie standardy, dziś częściej analizujemy przez pryzmat kultury pracy, relacji władzy i dobrostanu pracowników. Nie oznacza to jednak, że gastronomia nagle stała się spokojnym środowiskiem. Wręcz przeciwnie - profesjonalna kuchnia nadal funkcjonuje pod ogromną presją czasu, z dużą odpowiedzialnością i koniecznością bezbłędnej współpracy. Problem polega na tym, że przez lata w gastronomii wykształcił się bardzo hierarchiczny model zarządzania.
Historycznie wykształcił się tam hierarchiczny model zarządzania, oparty na dyscyplinie, krótkich, stanowczych komunikatach i silnym autorytecie szefa kuchni
- tłumaczyła socjolożka. - Media i kultura popularna dodatkowo go utrwalały, kreując postać wymagającego, bezkompromisowego szefa jako synonimu profesjonalizmu - dodała. W tym sensie Amaro nie był zatem wyjątkiem. Był częścią większej kultury przedstawiania szefa kuchni jako człowieka, który musi być silniejszy, głośniejszy i bardziej bezwzględny od swoich pracowników. Rorbach zwróciła uwagę, że nie da się analizować zachowania Amaro w oderwaniu od samego formatu.
Styl Wojciecha Modesta Amaro niewątpliwie był częścią międzynarodowej konwencji formatu "Hell's Kitchen". Widzowie oczekiwali charyzmatycznego, surowego szefa kuchni, który buduje dramaturgię poprzez presję, ostre oceny i emocjonalne konfrontacje
- podkreśliła. Tym sposobem klaruje się całkiem zrozumiały obraz wspomnianego show. Widz nie włączał "Hell's Kitchen", żeby zobaczyć zwyczajny dzień w restauracji. Włączał program po to, żeby zobaczyć chaos, stres, konflikty i reakcję szefa. Gdyby Amaro spokojnie tłumaczył komuś, jak poprawić danie, nie byłoby w tym wielkiego telewizyjnego wydarzenia. Gdy danie lądowało w koszu, a kucharz słyszał "wypad", napięcie rosło.
Jednocześnie socjolożka zwróciła uwagę na zmianę w samym sposobie myślenia o przywództwie. - Coraz więcej uznanych restauracji odchodzi od modelu zarządzania opartego na strachu, stawiając na rozwój zespołu, komunikację i bezpieczeństwo psychologiczne - zaznaczyła.
Skuteczny lider to dziś nie tylko osoba wymagająca, lecz także taka, która potrafi dostosować sposób komunikacji do zmieniających się norm społecznych i kompetencji swoich współpracowników
- dodała. Tę kwestię poruszyła także ekspertka PR Dominika Sklorz, tym razem zwracając uwagę na perspektywę współczesnego widza. - Dziś ten format zderzyłby się z inną wrażliwością widzów. To, co kiedyś czytano jako "wymagający szef", dziś częściej odbierane byłoby jako przykład toksycznej komunikacji - wyjaśniła. Sklorz nie przekreśla jednak samej idei programu. - Zestarzał się sposób budowania autorytetu przez krzyk i upokorzenie, zamiast przez kompetencję i konsekwencję - dodała.
Na podstawie opinii ekspertów i byłych uczestników można uznać, że zestarzał się przede wszystkim sposób budowania autorytetu, a nie sama formuła "Hell's Kitchen". Dziś program można odbierać nie tylko jako reality show, ale również jako swoistą kapsułę czasu - zapis ówczesnego podejścia do pracy, autorytetu i telewizyjnej rozrywki. Z jednej strony widzowie i byli uczestnicy show dostrzegają zachowania, które dziś budzą sprzeciw, z drugiej zaś z nostalgią wracają do charakterystycznych scen oraz postaci Amaro.
Przykładowo, Gwiazdowska przyznała, że choć udział w programie był dla niej ważnym doświadczeniem, nie idealizuje go z perspektywy czasu. - Nie idealizuję go jednak i nie uważam, że wszystkie stosowane wówczas środki były właściwe - wyjaśniła. Ta perspektywa zdaje się najlepiej tłumaczyć fenomen programu. Można krytycznie oceniać krzyk, presję i sposób komunikacji Amaro, a jednocześnie rozumieć, dlaczego "Hell's Kitchen" wciąż przyciąga widzów. Format nie musi być dziś wzorem zarządzania, żeby nadal pozostawać wyrazistym i atrakcyjnym telewizyjnym widowiskiem.
Stachursky pojawił się na scenie "Lata z Radiem" i zszokował widzów. "Kto to jest?"
Choreografia Lesar i Zillmann zwaliła z nóg internautów. Pokazały ją na ślubie
Mandaryna o relacji z mamą Wiśniewskiego po powrocie. "Po prostu..."
Mandaryna ma problemy przed "Tańcem z gwiazdami"? "Muszę okiełznać garba"
Ujawniono, ile wynosi emerytura Jolanty Kwaśniewskiej. Szok, jaka jest różnica między nią a mężem
Influencerka z Japonii oniemiała, gdy zobaczyła to w polskim sklepie. "Szok kulturowy"
Tak zmieniła się Iza z "Rolnik szuka żony". Nie każdy wie, że została mamą
Miss walczy o życie po potrąceniu przez samochód. Kierował nim sześciolatek
Fabijański korzysta z aplikacji randkowych. Wyznał, czego tam doświadczył