Jakub Tolak został ojcem 10 czerwca 2022 roku. Wtedy na świat przyszła jego córka Antonina. "Cała i zdrowa. Mamy nadzieję, że niebawem również szczerze szczęśliwa, że może poznawać się ze światem bliżej. Na ten moment to my, przepełnieni różnej maści emocjami, poznajemy się z nową rzeczywistością" - pisał wtedy na Instagramie. Dziś Tosia ma już cztery lata, a jak aktor odnajduje się w rodzicielskiej rzeczywistości? Tylko nam zdradził, kiedy po raz pierwszy poczuł się tatą, z jakimi trudnościami wciąż się mierzy, za czym najbardziej tęskni, co chce przekazać swojej córce i czego codziennie uczy go ojcostwo.
Bycie tatą to bez wątpienia największe wyzwanie mojego życia.
To był proces. Z początku nie dotarło do mnie, co mnie, nas w ogóle czeka. Byłem przy porodzie, ale pamiętam, jak przyszedłem do dziewczyn następnego dnia i miałem przewinąć dziecko. Wszystko było tak dziwne i nowe. Prawda jest taka, że ja dość długo nie odnajdywałem się w nowej rzeczywistości. Pierwszy "szok" przyszedł wraz z chronicznym niewyspaniem, bo przez pierwszy rok Tosia często się wybudzała w nocy. A jeśli chodzi o poczucie "ojcostwa", to wzrastało ono wraz z coraz lepszym kontaktem z małym człowiekiem.
Przed narodzinami miałem w głowie jakieś ogólniki. Zdawałem sobie sprawę z wyzwań, trudności, ale teraz widzę, że były to czysto teoretyczne rozważania. Patrząc na swoich rodziców, sporo ludzi pewnie wysnuwa wnioski typu "przecież jakoś to było". Nie zdajemy sobie sprawy, co rzeczywiście przeżywali i jakie rozmowy, i procesy toczyły się poza nami. Rzeczywistość pokazała, że - przynajmniej dla mnie - jest to codzienna praca nad sobą. I nie mówię tutaj o spokojnym rozwoju osobistym. Mówię o nieustannym, przymusowym zderzaniu się ze swoimi słabościami, reakcjami, emocjami i filtrowaniu ich przez to, jak i czy wpływają na dziecko. Często nie ma czasu na zebranie myśli, na oddech, musimy działać na swojej psychice ad hoc, aby dla dziecka stać się "najlepszą wersją siebie". To bardzo trudne i wyczerpujące, ale równocześnie niezwykle rozwijające doświadczenie.
Tosia ma cztery lata, to bardzo intensywny okres i myślę, że będąc w nim, ciężko mi w pełni wyłapać wszystkie "nauki". Taka refleksja przyjdzie z czasem.
Nie wiem, czy to lekcja ojcostwa, ale na pewno najtrudniejszą lekcją, którą daje mi ojcostwo, jest nauka cierpliwości.
Zdarzyło mi się, ale na szczęście wiem również, że jest to mit, z którym się mierzę, a nie prawda o byciu ojcem. Każdy ma prawo do błędów i słabości. Naturalne ich przeżywanie jest zdrowsze dla ojca, a co za tym idzie i całej rodziny. Skrywanie emocji, "trzymanie się", prowadzi raczej do napięć i wybuchów. Nie uważam, że powinienem być nieomylny i silny, niemniej, noszę w sobie archetyp ojca jako tego, kto zawsze znajdzie wyjście i poradzi sobie w każdej sytuacji. Ale akurat jestem osobą, która lubi kombinować i szukać rozwiązań, więc tutaj przychodzi mi to bardziej naturalnie. Co nie znaczy, że zawsze muszę rozwiązanie znaleźć. Wtedy po prostu mówię "słuchajcie, nie wiem" i szukam kogoś, kto wie. Obserwowanie taty, który umie przyznać się do niewiedzy i błędów i poszukać pomocy to, moim zdaniem, lepsza nauka dla dziecka.
Och, każdego dnia, szczególnie jeśli chodzi o powielanie moich błędów i słabości. Chciałbym przede wszystkim nauczyć Tosię większej niż moja wiary w siebie, poczucia wartości i bezpieczeństwa, które pochodzą z jej wnętrza, a nie są zależne od otoczenia. Wiary w to, że się uda... Ale chciałbym również przekazać jej wytrwałość w dążeniu do celów, które sobie postawi i które będą ją "kręcić", wrażliwości na świat, ludzi, emocje i piękno...
Hmm, pytanie trochę z tezą? Po pierwsze nie wiem, czy kiedykolwiek miałem jakąś jedną definicję sukcesu. Po drugie nie wiem, czy musiałaby się zmienić. Oczywiście, kiedy stajemy się rodzicami, w większości przypadków nasze światy zewnętrzne i wewnętrzne przechodzą rewolucję. Zmieniają się priorytety, przyzwyczajenia, emocje. Ale nie znaczy to, że to, co wcześniej byłoby sukcesem, teraz przestaje być ważne. Po prostu są inne, często ważniejsze rejony do zagospodarowania. Pojawiają się nowe sukcesy. Być może naturalnie wyprą one wcześniejsze. Ale nie powinniśmy programowo rezygnować z własnych marzeń i dążeń (w tym zmieniać swoje "definicje sukcesu"). Szczęśliwy rodzic ma większe szanse wychować szczęśliwe dziecko.
Mamy dość nietypowe, mało rutynowe życie, dużo podróżujemy – nie sprzyja to powstawaniu nienaruszalnych rytuałów. Ale wydaje mi się, że jednym z nich może być wspólne jedzenie choć jednego posiłku dziennie, bez żadnych rozpraszaczy. Drugim, który powstał przy okazji ostatniej podróży kamperem do Szkocji, jest układanie rymowanek przed snem Tosi. Ona podaje wyraz, a ja robię krótki wierszyk, który się nim kończy. Potem całus i spanko.
Najbardziej tęsknię za wolnością, rozumianą jako możliwość rozporządzania swoim czasem według własnych zasad i założeń. Tęsknię również za dłuższymi momentami w ciszy z samym sobą, bez alarmów i niespodzianek.
A nie zmieniłbym tych wszystkich wzruszających momentów, kiedy widzę, jak Tosia odkrywa coś nowego i rozwija się.
Jeśli w ogóle usłyszę od Tosi, że jest mi za coś wdzięczna, będę szczęśliwy. Podejrzewam, że może się okazać, że będzie to coś, czego się w ogóle nie spodziewałem. Nasze wyobrażenia o własnym postępowaniu często mijają się z odbiorem innych, a tym bardziej naszych dzieci...
Jedno z nich to nadążyć za światem dzieci. Od wieków to rodzice wprowadzali młodych w dorosłość, uczyli, jak funkcjonuje świat. Po raz pierwszy w dziejach, na wielu płaszczyznach, sytuacja się odwróciła. Zmiany następują tak szybko, że teraz to dzieci mogą nam wiele o świecie opowiedzieć i wiele rzeczy wyjaśnić. I myślę, że naprawdę warto ich słuchać.
Drugim wyzwaniem może być odnalezienie się w zalewie porad i idealnych obrazków ojców z internetu. Przyznam, że momentami wpędza mnie to w poczucie winy, bo wiem, ile błędów popełniam. Oddzielenie sensownych, pomocnych wypowiedzi od nieprawdziwych laurek i znalezienie pośród tego wszystkiego swojej drogi jest dużym wyzwaniem.
Jesteś dobrym ojcem. Tosia cię kocha. Nie zawodzisz jej. Po prostu.
Hm. Nie wiem do końca, czy nasi ojcowie nie mieli, czy czasem może nie chcieli mieć możliwości uczestniczenia w wychowaniu... To nie jest teza, ale mam wrażenie, że ogrom rozterek i pracy z tym związanej mógł ich emocjonalnie przerastać. Oni nie mieli dostępu do tylu informacji co my, psychologia w Polsce była kojarzona z "wariatami", a w wychowaniu raczej stawiało się na nakazy i zakazy, a nie dialog. Moja Zosia zacytowała mi takie zdanie: "Kiedyś było rodzicielstwo racji, a teraz mamy rodzicielstwo relacji". Coś w tym jest. Dlatego kiedyś, bez narzędzi i wsparcia, łatwiej było uciekać w pracę, bądź w "zimny chów".
Dziś jesteśmy o wiele bardziej świadomi tego, co dzieje się w naszych głowach, mamy większy kontakt z własnymi emocjami i co za tym idzie, większa liczba mężczyzn ma "odwagę" i chęć wejść w głębszą relację ze swoimi dziećmi. Pomijam, że kobiety też odrobiły lekcje i nie dają się spychać do roli matek i sprzątaczek (i bardzo dobrze!). Chcą mieć swoje życie, pasje, kariery, więc i podział obowiązków rodzinnych jest równiejszy. A czy współcześni mężczyźni nadążają nad tymi zmianami? To temat na osobną rozmowę.
Nie jestem zbyt dobrą osobą do dawania rad, żaden ze mnie specjalista. W moim przypadku nie dało się przygotować na to, co nadejdzie. Dlatego uznałem, że wejdę w ojcostwo z otwartą głową, bez nastawiania się na nic i zobaczę, co się wydarzy.
Pokazała mi, że jestem silniejszy, niż myślałem.
W 2019 roku sami zbudowaliśmy kamper, zmieniliśmy swoje życie i ruszyliśmy przed siebie. Pierwsze dwa lata żyliśmy w drodze. Po pięciu miesiącach od urodzenia Tosi znów ruszyliśmy w półroczną podróż. Swoje pierwsze kroki stawiała na Sardynii. Od tego czasu byliśmy już na wielu krótszych i dłuższych wyjazdach. Wbrew głosom krytyków rozwijała się i rozwija wspaniale. W wieku czterech lat poznała więcej świata niż niejeden dorosły. Poznaje różne kultury, ludzi, języki, smaki, ma kontakt z naturą i umie docenić jej piękno.
Trudności, które dostrzegam w czasie dłuższych wyjazdów rodzinnych z kilkuletnim dzieckiem to przede wszystkim chaos, wynikający z ciągłej obecności dziecka, brak przestrzeni na "dorosłe sprawy". Wszystko jest niejako wymieszane. Pracujemy w drodze, więc są momenty, w których rodzą się napięcia - my musimy coś zrobić, a Tosia akurat czegoś chce. Oczywiście staramy się dzielić obowiązkami, ale na 10 m kw przestrzeni, szczególnie kiedy pada, bywa to naprawdę bardzo trudne. Brakuje także zasobów na własne pasje, mało jest czasu dla związku - z Zosią sam na sam zostajemy właściwie tylko wieczorami. Dlatego kiedy czujemy, że napięcia narastają, wracamy do mieszkania stacjonarnego.
A co jest łatwiejsze? Pokazywanie i tłumaczenie Tosi świata, spędzanie razem czasu "tak po prostu", bez planu, budowanie relacji, nauka o emocjach. Wszystko to, co w mieście robi się często tylko po godzinach, a co moim zdaniem stanowi bardzo ważny fundament rodziny i wychowania.
Że cieszy się, że to akurat na mnie trafiła, przychodząc na ten świat.
Szczerek opisał spotkanie z taksówkarzem z Ukrainy. "Aż mi się chciało płakać"
Zmarł Andrzej Komorowski. Psycholog był znanym ekspertem telewizyjnym
Kariera okazała się ważniejsza od miłości? Czerkawski po latach szczerze o relacji ze Scorupco
Znamy datę premiery nowych odcinków "Rancza". Wygadał się prezes TVP
Wrona przez lata zwlekał z operacją. Wyjawił, co po zabiegu usłyszał od lekarza
Tłumaczka "Odysei" nie przebiera w słowach po filmie Nolana. "Byłoby mi wstyd"
Fani przecierają oczy. Tak dziś wygląda psycholożka z "Rozmów w toku". Schudła 80 kg, ale "nie poszła na łatwiznę"
Agata Ubysz dowiedziała się o chorobie na badaniach kontrolnych. "Diagnoza to szok"
Daniel Nawrocki nie przekonuje widzów. Wyniki wyświetleń są dość wymowne