Największy hit PRL-u? Śpiewał go każdy Polak, ale wstydził się... wykonawca

Ten utwór znał niemal każdy w Polsce, ale jego wykonawca długo nie chciał mieć z nim nic wspólnego. Historia jednego z największych hitów PRL pokazuje, jak skomplikowane bywają relacje artysty z własną twórczością.
Zbigniew Wodecki
Fot. Mirosław Noworyta / Agencja Wyborcza.pl

Zbigniew Wodecki zapisał się w historii jako autor wielu ponadczasowych przebojów. Nie wszystkie jednak dawały mu satysfakcję. Jedna z najgłośniejszych piosenek tamtych lat wywoływała w nim zakłopotanie, mimo że publiczność ją uwielbiała.

Zobacz wideo Najtrudniejsze rozwody polskich gwiazd. Oni nie potrafili rozstać się z klasą

Piosenka, którą znała cała Polska. Artysta nie był z niej dumny

Wodecki miał na koncie wiele cenionych utworów, które do dziś uchodzą za klasykę polskiej muzyki. Wśród nich znalazła się jednak piosenka "Chałupy welcome to", która zdobyła ogromną popularność, ale nie była bliska jego sercu. Mimo że utwór błyskawicznie trafił na szczyty list przebojów, sam artysta nie uważał go za wartościowy pod względem artystycznym. Historia powstania przeboju też była nietypowa, bo początkowo propozycję jego wykonania odrzuciła Irena Santor. Dopiero później trafiła ona do Wodeckiego, który zgodził się ją nagrać, choć jak się okazało, z czasem miał do niej coraz większy dystans.

Kontrowersje wokół teledysku zaskoczyły widzów. PRL nie był na to gotowy

Kiedy powstał teledysk do piosenki, wywołał spore poruszenie. Pokazywał sceny z plaży, które jak na tamte czasy uznano za zbyt odważne. W 1985 roku emisja klipu w telewizji publicznej wzbudziła szok przez pojawiającą się w nim plażową nagość. Choć władze PRL deklarowały otwartość, rzeczywistość była bardziej zachowawcza. Rozdźwięk sprawił, że utwór zyskał jeszcze większy rozgłos, ale jednocześnie przyczynił się do dyskomfortu samego wykonawcy.

Publiczność nie chciała odpuścić tego hitu. Koncert w Chicago przeszedł do historii

W 1991 roku doszło do sytuacji, która najlepiej pokazała, jak bardzo słuchacze kochali utwór. Podczas koncertu w Chicago Wodecki odmówił jego wykonania, mimo wcześniejszych sugestii organizatorów. Gdy zakończył występ, publiczność zaczęła głośno domagać się właśnie tej jednej piosenki.

Początkowo artysta nie zmienił zdania, co wywołało niezadowolenie widowni. Ostatecznie jednak wrócił na scenę i wykonał utwór, a reakcja była natychmiastowa. Entuzjazm i liczne bisy pokazały, jak wielki był to przebój.

Sukces nie zawsze oznacza satysfakcję. Kulisy relacji artysty z własnym hitem

Po latach okazało się, że Wodecki próbował unikać podobnych utworów i odrzucał kolejne propozycje w tym stylu. Kompozytorzy chcieli powtórzyć sukces "Chałup", ale artysta nie był zainteresowany. Twórca wyraźnie wolał rozwijać repertuar bardziej ambitny, który lepiej odpowiadał jego muzycznym ambicjom.

 

Historia pokazuje, że ogromna popularność nie zawsze idzie w parze z dumą twórcy. Dla publiczności był to hit dekady, dla artysty raczej niewygodny epizod w karierze.

Więcej o: