Aż sześć wersji wydarzeń, śledztwo urągające wszelkim procedurom i wysyp teorii na temat prawdopodobnych motywów brutalnego morderstwa. Czy premier Piotr Jaroszewicz wiedział za dużo? A jeśli tak, to komu się naraził? Czy prawdą jest, jakoby miał wiedzieć o tzw. matrioszkach, czyli sobowtórach najważniejszych działaczy komunistycznej Polski, którzy rzekomo zostali podstawieni przez władze radzieckie? A może raczej powodem śmierci Jaroszewicza i jego żony Alicji były dokumenty z czasów II wojny światowej, w których posiadaniu był polityk? Czy śledztwo było jedynie pro forma, a za zabójstwem stały polskie służby? Najprawdopodobniej na te pytania nigdy nie poznamy odpowiedzi, a sprawa zabójstwa Piotra i Alicji Jaroszewiczów (dziś przeszło trzy dekady od tragicznej nocy) wciąż budzi wiele kontrowersji.
Zanim został mianowany premierem, urodzony w 1909 roku na Podlasiu Piotr Jaroszewicz był nauczycielem, a następnie oficerem Ludowego Wojska Polskiego i współpracownikiem sowieckich władz. Po wojnie konsekwentnie piął się po szczeblach kariery, aby w latach 50. stać się jednym z najważniejszych ludzi w PRL. Piotr Jaroszewicz piastował stanowisko wiceministra obrony, ministra górnictwa, członka Biura Politycznego KC PZPR, wreszcie - za czasów rządów Edwarda Gierka, od 1970 do 1980 roku, premiera. Jednak w 1980 roku został najpierw pozbawiony stanowiska, a rok później usunięty z partii, a w stanie wojennym internowany. W nowej Polsce wraz z żoną Alicją - znaną dziennikarką, mistrzynią Polski w strzelectwie - zaszył się w willi w Aninie.
Małżeństwo Jaroszewiczów rzadko opuszczało dom. A kiedy już to robili, Piotr i Alicja unikali mediów i rozgłosu. Podwarszawska willa stała się ich twierdzą, strzeżoną przez mur i psy obronne. Były premier był ponoć przekonany, że ktoś czyhał na jego życie. Po tym, jak w latach 70. przeżył katastrofę śmigłowca, do końca utrzymywał, że był to zamach. Od tamtej pory nie ufał więc nikomu. Jak wielu wysoko postawionych funkcjonariuszy, miał pozwolenie na broń, ale w jego przypadku nie skończyło się na trzymanym w sejfie pistolecie. Piotr Jaroszewicz, a także jego żona, nosili przy sobie broń praktycznie nieustannie - zdarzało się nawet, że zaufanym gościom otwierali drzwi, dzierżąc w ręku pistolet. A dom pełen był zabytkowych sztucerów i innej broni palnej. Wszystko to były powszechnie znane fakty. Kto więc i dlaczego odważył się zaatakować tak pilnie strzeżony dom? I jakim cudem nie tylko udało mu się zaskoczyć i zabić małżonków, ale też uniknąć kary?
Co wydarzyło się pamiętnej nocy z 31 sierpnia na 1 września 1992 w domu w Aninie przy ulicy Zorzy 19? W toku śledztwa udało się ustalić tylko niektóre z faktów. Piotr Jaroszewicz poniósł śmierć przez uduszenie - zabójcy zaciągnęli mu na szyi pasek od sztucera, z tyłu przywiązany góralską ciupagą. Z kolei jego żona została zastrzelona z mężowskiego sztucera z bliskiej odległości - tak, że jej głowa została roztrzaskana. Oględziny zwłok małżonków wykazały, że były premier przed śmiercią był torturowany - uderzany w głowę tępym narzędziem, być może tłuczkiem do mięsa. Pojawiła się zatem teoria, jakoby sprawcy chcieli czegoś się dowiedzieć lub coś wymusić. Jej potwierdzeniem miał być m.in. fakt, iż Jaroszewicz, choć związany, miał wolną jedną rękę - prawą, tak jakby musiał coś podpisać.
Jedną z największych tajemnic śledztwa Jaroszewiczów jest sposób, w jaki sprawcom udało się wedrzeć do świetnie strzeżonej willi oraz to, w jaki sposób unieszkodliwili psa - sznaucera olbrzyma, który ponoć bywał agresywny nawet wobec domowników. A także to, jak zaskoczyli niezwykle czujne osoby, które nawet telewizję oglądały z nabitą bronią w ręku. Zdaniem śledczych sprawcy dobrze znali dom i prawdopodobnie sporządzili jego dokładny plan. Być może wspięli się po rosnącej na murze winorośli. To jednak dopiero początek pytań, na które przez wiele lat śledztwa nie udało się znaleźć odpowiedzi. Śledztwa, które według przeprowadzonej po latach kontroli, było prowadzone w tak nieprawidłowy sposób, że uczniowie szkół policyjnych mogliby się na jego podstawie uczyć, jak w przyszłości nie postępować.
Późnym wieczorem 1 września 1992 roku Jan, syn Piotra i Alicji Jaroszewiczów, po tym, jak od dłuższego czasu nie mógł się dodzwonić do rodziców, przyjechał do Anina sprawdzić, czy wszystko z nimi w porządku. Na miejscu dokonał wstrząsającego odkrycia. Z początku miał nadzieję, że rodzice wyjechali - na parterze nikogo nie zastał, ale w domu panowała nienaturalna cisza. Usłyszał skomlenie psa, jak się okazało, zamkniętego na piętrze. A kiedy Jan otworzył drzwi gabinetu ojca, jego oczom ukazał się makabryczny widok - Piotr Jaroszewicz siedział na fotelu martwy, z rzemieniem oplatającym szyję. Jan chciał natychmiast wezwać policję, ale odkrył, że telefon nie działa - okazało się, że sprawcy odłączyli w domu zasilanie. Pobiegł więc na najbliższy komisariat i zeznał, że jego ojciec nie żyje, a matka zaginęła. Ciało Alicji Jaroszewicz odnaleźli dopiero przybyli na miejsce śledczy.
Policja natychmiast przystąpiła do pracy, lecz, jak się okazało, nie wykonała swego zadania odpowiednio. Popełniono kardynalne błędy - nie zebrano odpowiednio dowodów, nie zabezpieczono śladów, a świadków nie przesłuchano dość szybko. Willa powinna być szczelnie zabezpieczona, tymczasem była odwiedzana przez dziesiątki osób – od policjantów i funkcjonariuszy UOP, po krewnych, dziennikarzy i techników. Nie udało się nawet ustalić dokładnej godziny śmierci ofiar. A hipoteza napadu rabunkowego, którą początkowo postawiono, była wręcz śmieszna - z domu nie zginęło nic z kosztowności, brakowało jedynie dokumentów. I właśnie ten fakt sprawił, że wkrótce pojawiły się teorie, jakoby motywy zabójstwa Jaroszewiczów były polityczne. Według jednej z hipotez były premier miał dokumenty z tajnego wojennego archiwum Urzędu Bezpieczeństwa Rzeszy w Radomierzycach pod Zgorzelcem. Miały one zawierać listy konfidentów gestapo, kompromitujące szanowanych obywateli i polityków Zachodu. Inna teoria zakłada, że Jaroszewicz wiedział za dużo na temat tzw. matrioszek - radzieckich agentów-sobowtórów, którymi według teorii spiskowych zastępowano wysoko postawionych polskich komunistów, m.in. Bolesława Bieruta i Józefa Światły. Plotkowano także, że były premier zgromadził dokumenty kompromitujące ekipę Wojciecha Jaruzelskiego.
Przebieg śledztwa pozostawiał wiele do życzenia. Najpierw przez blisko pół roku toczyły się przesłuchania i analizy, które nie przyniosły nazwiska choćby jednego podejrzanego. Potem, w 1993 roku, policja wytypowała jako podejrzanych czterech recydywistów. Wreszcie, blisko rok później, bo w kwietniu 1994 roku zatrzymano Wacława K. ps. "Niuniek", Krzysztofa R. ps. "Faszysta", Jana K. ps. "Krzaczek" oraz Henryka P. ps. "Sztywny". Rzekomi sprawcy zostali zatrzymani na podstawie takich dowodów jak numer rejestracyjny samochodu, który stał przed domem w trakcie napadu, rzekome podobieństwo do innego napadu rabunkowego w Aninie, charakterystyczny fiński nóż należący do jednego z podejrzanych (odnaleziony na miejscu zbrodni) oraz zeznania Jadwigi K., partnerki Faszysty. W toku śledztwa kobieta wycofała się jednak ze swoich słów, a zeznania co do pochodzenia noża zaczęły się rozmywać. Finalnie sprawców uniewinniono, nie był to jednak koniec sprawy.
Kolejne lata przyniosły rozwój kryminalistyki - pojawiła się m.in. możliwość wykonywania badań DNA. Policja kilkukrotnie próbowała więc wracać do śledztwa, a w 2005 roku w Komendzie Głównej Policji powołano specjalny zespół, który miał na nowo przeanalizować akta sprawy, wykorzystując do tego nowe metody badań. Śledztwo utknęło jednak w martwym punkcie. W 2018 roku podczas konferencji prasowej, ówczesny prokurator generalny Zbigniew Ziobro ogłosił jednak, że w związku z zabójstwem zatrzymano trzech podejrzanych, z których dwóch przyznało się do winy. Żądano dożywocia dla Roberta S., oskarżonego m.in. o uduszenie Jaroszewicza i zastrzelenie Alicji Solskiej-Jaroszewicz. Z kolei siedem lat więzienia miałby otrzymać Dariusz S., a pięć i pół roku Marcin B., oskarżeni o współudział w zabójstwie. Wszyscy byli członkami tzw. gangu karateków, który w latach 90. dokonał kilkudziesięciu napadów rabunkowych. "To nie jest pudło, jak było kiedyś, to jest trafienie, jesteśmy co do tego przekonani, choć oczywiście ostatecznie tę sprawę będzie rozstrzygał sąd" - mówił wówczas Zbigniew Ziobro.
Śledztwo dotyczące zabójstwa Jaroszewiczów ciągnęło się przez pół wieku. Wreszcie, w listopadzie 2024 roku domniemani sprawcy zostali uniewinnieni. Sąd uzasadnił ten wyrok błędami i niekonsekwencjami prokuratury w postępowaniu przygotowawczym. Wszystko wskazuje na to, że ktokolwiek zabił byłego premiera i jego żonę, dokonał zbrodni doskonałej.
Awantury ciąg dalszy. Posłanka nieudolnie tłumaczy się ze zdjęcia z martwymi rybami. Biejat nie miała litości
Mają tam dom Chincz i Żukowska. Chciałaby tam zamieszkać także Świątek. "Wielu Polaków szybko czuje się jak u siebie"
Polsat zapowiada kolejne zmiany. Najpierw usunęli "Interwencję", a teraz znika kolejny program
Schudł 30 kg i zdradził, jak to zrobił. Sekret Wojciecha Manna zaskakuje prostotą
Horror w willi byłego premiera. Tortury, tajne dokumenty i podwójne morderstwo. Z domu polityka zniknęło tylko jedno
Rok temu przyłapali ich na koncercie Coldplay. Wiadomo, jak teraz wygląda ich życie
Weronika Rosati: Moje życie osobiste się rozpadało, musiałam znosić ból i traumy. Najstraszniejszy moment
Miało być wielkie widowisko na miarę Super Bowl, a wyszło jak zawsze. Miałam ciary żenady podczas Halftime Show
Majkowska odeszła z Ich Troje. Dopiero po latach zdradziła się, co się stało