Borowicz była gwiazdą PRL-u i "mogła zagrać wszystko". Zmarła w zapomnieniu na rękach znanego aktora

Choć nie planowała zostać aktorką, zrobiła karierę na scenie i ekranie. W czasach PRL-u była popularna, na koncie miała wiele ról, ujmowała wdziękiem i urodą. Ale życie prywatne Krystyny Borowicz nie było usłane różami. A kiedy niegdyś uwielbiana aktorka odeszła na zasłużoną emeryturę, świat show-biznesu niemal natychmiast o niej zapomniał.
Krystyna Borowicz
Fot. 'Nie lubię poniedziałku', reż. Tadeusz Chmielewski, Zespół Filmowy 'Panorama', 1971 rok

Życie niektórych aktorów jest dowodem na to, jak kapryśna bywa w przypadku tego zawodu fortuna. Bo nawet talent nie gwarantuje wiecznej sławy, a niegdysiejsi ulubieńcy publiczności zawsze mogą popaść w zapomnienie, zastąpieni przez kolejnych adeptów sztuki. Tak właśnie stało się w przypadku Krystyny Borowicz. Wybitna aktorka na PWST dostała się przez przypadek, lecz jej talent dostrzegł sam ówczesny rektor. Zachwycała nie tylko aktorskimi zdolnościami, ale też urodą i wrodzonym wdziękiem. Na koncie miała role w produkcjach takich jak: "Zaklęte rewiry", "Nie lubię poniedziałku", "Podróż za jeden uśmiech" czy "Jak rozpętałem drugą wojnę światową". Błyszczała na ekranie, choć grała głównie role drugoplanowe. Ale największe owacje zbierała w teatrze, który był też największą miłością Krystyny Borowicz. Bo jeśli chodzi o miłość romantyczną, aktorka nie miała szczęścia. Małżeństwo z długoletnim dyrektorem Polskiej Kroniki Filmowej nie należało do udanych. A jego owoc - córka Justyna, duma i oczko w głowie mamy - zmarła zbyt wcześnie. Po tej wielkiej tragedii Krystyna Borowicz nigdy już się nie podniosła, podupadła na zdrowiu i przeszła na emeryturę. Wydawać by się mogło, że jej dorobek mimo to sprawi, że na stałe zapisze się w historii polskiego kina i teatru. Tak się jednak nie stało. Bo kiedy Krystyna Borowicz zmarła na rękach swojego kolegi z Teatru Ateneum, jej śmierć przeszła praktycznie bez echa.

Zobacz wideo Małgorzata Socha zdradza, dlaczego została aktorką. "Nie byłam pewna"

Aktorskie przeznaczenie

Urodzona 25 stycznia 1923 roku Krystyna Borowicz nie była jedną z aktorek, które już jako małe dziewczynki marzyły o karierze w show-biznesie. Swoją przyszłość wiązała z historią sztuki, dlatego też zdecydowała się na studia na tym właśnie kierunku. Ale kiedy jej przyjaciółka poprosiła o wsparcie podczas egzaminu do łódzkiej Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej, Krystyna zgodziła się bez wahania. To właśnie wtedy aktorskie przeznaczenie dało o sobie znać. Bo to nie koleżanka, a właśnie Krystyna zachwyciła komisję egzaminacyjną. Szczególnie Leona Schillera, ówczesnego rektora PWST urzekło jej wykonanie "Fortepianu Chopina" Cypriana Kamila Norwida. Nie wiadomo, czy przyjaciółka miała do młodej Borowicz pretensje, pewne jest jednak to, że Krystyna zmieniła kierunek studiów i wraz z całą PWST przeniosła się do Warszawy. Tam szybko zaczęła występować na deskach teatru - początkowo jako statystka, ale talent wkrótce zapewnił jej bardziej znaczące role.

Krystyna Borowicz szybko zyskała uznanie widzów teatru, jak i całego środowiska - zachwyciła m.in. w spektaklu Agnieszki Osieckiej "Niech no tylko zakwitną jabłonie". Do jej znakomitych ról należą też Agafia Tichonowna w "Ożenku" Gogola w reżyserii Bronisława Dąbrowskiego czy pani Tundal w "Porfirionie Osiełku" Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego w reżyserii Jana Ciecierskiego. "Aktorka była bardzo lubiana przez publiczność. Krytycy nie szczędzili jej entuzjastycznych recenzji" - pisał w "Życiu na Gorąco" Witold Sadowy, aktor i znawca teatru. I dodawał, że "jako aktorka o wszechstronnym talencie mogła zagrać wszystko". Nic więc dziwnego, że w późniejszych latach zaczęła też często występować w niezwykle lubianym w czasach PRL-u Teatrze Telewizji.

Szybko jednak o talent Krystyny Borowicz upomniało się też kino. Zadebiutowała w 1956 roku rolą Pleciugi w filmie "Warszawska syrenka". Na srebrnym ekranie zasłynęła szczególnie za sprawą ról komediowych - błyszczała nawet wówczas, kiedy pojawiała się w danym filmie zaledwie przez chwilę. Krystynę Borowicz mogliśmy podziwiać w produkcjach takich jak "Giuseppe w Warszawie", "Kochajmy syrenki", "Bicz boży", "Nowy", "Jak rozpętałem drugą wojnę światową", "Koniec wakacji", "Poszukiwany, poszukiwana", a także w serialach - "Podróż za jeden uśmiech", "Wojna domowa", czy już znacznie później w kultowej produkcji "Siedem życzeń". Grywała najczęściej role charakterystyczne, zapadające w pamięć, niezależnie od tego, czy wcielała się w kelnerkę, czy we właścicielkę włoskiego domu publicznego. Tadeusz Chmielewski, reżyser m.in. "Nie lubię poniedziałku" niezwykle ją cenił i uważał za swoją muzę. Ale nie każdy miał na Krystynę Borowicz pomysł i może właśnie dlatego nie zagrała nigdy w filmie głównej roli.

Najpierw uwielbiana, później zapomniana

Pomimo że w filmach nie grywała głównych ról, Krystyna Borowicz była w czasach PRL-u niezwykle lubianą, popularną wśród widzów aktorką. Ceniono ją też w artystycznym światku - malarka Maja Berezowska uwieczniła ją na swoich obrazach. Ale choć obok talentu, aktorka była też obdarzona niebagatelną urodą, jej życie prywatne nie było szczęśliwe. Wyszła co prawda za mąż za poznanego jeszcze na studiach wieloletniego dyrektora Polskiej Kroniki Filmowej. Ale choć małżeństwo doczekało się córki, nie było ponoć szczęśliwe, a aktorka niechętnie się na jego temat zwierzała. Za to jego owoc, Justyna, stała się największą dumą sławnej mamy. Dorosła już kobieta wyjechała do Niemiec, gdzie urodziła córeczkę, Korę. Niestety, i ona nie miała w życiu szczęścia - zmarła przedwcześnie.

Śmierć córki była dla Krystyny Borowicz wielkim ciosem, po którym aktorka nigdy się nie podniosła. Pogorszył się też jej stan zdrowia - chorowała na serce. Po pewnym czasie przestała występować nawet w ukochanym teatrze i przyjmować propozycje radiowe. Przeszła na zasłużoną emeryturę. W 1998 roku Witold Sadowy przeprowadził z nią wywiad. "Z wielką miłością mówiła wtedy o teatrze i o swojej ukochanej córce Justynie mieszkającej w Niemczech oraz wnuczce Korze, wówczas 16-letniej" - wspominał wtedy aktor. Ostatni raz widzowie mogli zobaczyć Krystynę Borowicz na ekranie w dwóch odcinkach serialu "Twarze i maski" w 2000 roku. Wówczas, choć kiedyś niezwykle ceniona, dla niegdysiejszych fanów jakby przestała istnieć. Dowodem tego, w jakie zapomnienie popadła jest to, co wydarzyło się po śmierci aktorki.

30 maja 2009 roku Krystyna Borowicz zmarła. Odeszła na rękach Tadeusza Chudeckiego, jej przyjaciela, z którym niegdyś występowała w Teatrze Ateneum, znanego też z roli Henryka "Henia" Wojciechowskiego, przyrodniego brata Norberta w serialu "M jak Miłość". Prasa niezbyt zainteresowała się tym faktem. Ukazały się tylko dwa nekrologi - jeden zamieścił teatr Ateneum, a drugi Kora, wnuczka aktorki wraz z córką, jej prawnuczką. Obie przyjechały do Polski aby wypełnić ostatnią wolę Krystyny Borowicz. Wybitna aktorka życzyła sobie bowiem, aby jej prochy spoczęły obok ukochanej córki. Tak też się stało - Krystyna Borowicz została pochowana w Niemczech, w Augsburgu. "Przykro mi, że świat zrobił się tak nieczuły, a pamięć ludzka krótkotrwała. Zapomniano, że była wybitną aktorką, wspaniałą koleżanką i prawym, wartościowym człowiekiem. Kochała swój zawód, świat i ludzi. Kiedy wchodziła na scenę, wszystkim rozpromieniały się twarze..." - wspominał koleżankę Witold Sadowy w wywiadzie dla magazynu "Życie na gorąco".

Więcej o: