Jeszcze 20 lat temu świat wyglądał zupełnie inaczej niż wygląda teraz, gdy dorastają nasze dzieci. Każdego dnia musimy walczyć o ich uwagę z algortymami i mediami społecznościowymi, które mają wpływ na wszystko - relacje, emocje, samoocenę, wiedzę czy światopogląd. Dlatego wraz z Gazetą.pl, Gazetą Wyborczą i Wysokimi Obcasami bierzemy udział w akcji #NieMaMnieTutaj. Projekt zwraca uwagę zarówno na wyżej wymienione kwestie, jak i odpowiedzialność rodziców za cyfrowy świat, w którym dorastają dzieci. Postanowiłam porozmawiać na ten temat z Agnieszką Hyży, która od dawna zwraca uwagę na wpływ mediów społecznościowych na dzieci oraz ich rodziców, świadomie zrezygnowała z budowania zasięgów na swojej prywatności, a także wprost mówi o presji presji społecznej i ocenianiu matek w internecie. Regularnie porusza te kwestie w swoich publikacjach, a teraz włączyła się w naszą inicjatywę.
Agnieszka Hyży: Kiedy urodziła się moja pierwsza córka [w 2013 roku - przyp.red], media społecznościowe nie były jeszcze tak popularne jak dzisiaj. Nie mieliśmy świadomości, w jakim kierunku to wszystko pójdzie. Ale już wtedy, wspólnie z jej tatą, z którym dziś jesteśmy po rozwodzie, podjęliśmy decyzję, że nasza córka nie będzie częścią mojego życia zawodowego. Że będziemy chronić jej prywatność.
Później świat się zmienił. Pojawiły się nowe platformy, influencerzy, dziecięce konta, ogromne pieniądze zarabiane na pokazywaniu rodzinnej codzienności. Przy kolejnych dzieciach byliśmy już znacznie bardziej świadomi, jak funkcjonują media i jakie konsekwencje może mieć obecność dziecka w internecie.
Ale pamiętam też bardzo konkretną sytuację, która naprawdę dała mi do myślenia. Byłam z córką na zakupach w Biedronce. Miała wtedy siedem lat. Przy kasie pani nas rozpoznała i zaczęła zwracać się do mojego dziecka po imieniu. Wiedziała również, jak mają na imię jej bracia, znała różne szczegóły dotyczące naszej rodziny. Wszystko z mediów.
Po wyjściu ze sklepu córka zapytała mnie: "Mamo, skąd ta pani wie, jak mam na imię? Skąd zna moich braci?". I pamiętam, że przez chwilę sama nie wiedziałam, co o tym myśleć. Przecież ta kobieta nie zrobiła nic złego. Była sympatyczna, po prostu nas rozpoznała. A jednak poczułam, że coś jest nie tak.
Bo dla mnie to była miła pani spotkana przy kasie. Dla mojego siedmioletniego dziecka była to zupełnie obca osoba, która wiedziała o nim zaskakująco dużo. Wtedy zapaliła mi się lampka. Zrozumiałam, że nawet jeśli ja oswoiłam się z rozpoznawalnością, moje dzieci wcale nie muszą. To był moment, w którym pomyślałam, że muszę zamknąć drzwi do naszego prywatnego świata. Na tyle szczelnie, na ile tylko się da.
Dla mnie granica przebiega tam, gdzie kończy się opowiadanie o własnym doświadczeniu rodzicielstwa, a zaczyna wykorzystywanie doświadczeń dziecka. Zdarza mi się realizować współprace reklamowe, w których uczestniczą również moje dzieci. Nigdy jednak nie pokazuję ich twarzy. Co więcej, nie są głównym motywem przewodnim takich kampanii. To nie one mają sprzedawać produkt czy przyciągać uwagę odbiorców.
To jest historia o mnie, o moim doświadczeniu jako matki, o naszej rodzinnej codzienności. Dzieci mogą mi w tej historii towarzyszyć albo temat kampanii może ich dotyczyć, ale nie oznacza to, że muszę ujawniać ich wizerunek. Można opowiadać o macierzyństwie, nie pokazując zapłakanego dziecka. Można mówić o wychowaniu, nie publikując jego trudnych momentów. Można reklamować produkty rodzinne, nie zamieniając dzieci w małych influencerów.
Niepokoi mnie szczególnie komercjalizacja dzieciństwa. Dziecko, które regularnie występuje w materiałach reklamowych i generuje rodzicom przychody, w pewnym sensie zaczyna pracować. Tylko czy rozumie, na czym ta praca polega? Czy wie, że jego twarz może zostać w internecie na zawsze? Czy może powiedzieć "nie", nawet jeśli rodzic wie, że dany materiał przyniesie ogromne zasięgi?
Dziecko nie powinno być strategią marketingową rodzica. Nawet jeśli ta strategia okazuje się niezwykle skuteczna.
Oczywiście. Zresztą nie trzeba być specjalistą od mediów społecznościowych, żeby wiedzieć, że treści rodzinne, szczególnie z udziałem dzieci, potrafią generować ogromne zainteresowanie. Tylko że ja nie buduję swojej zawodowej pozycji na wizerunku dzieci. Mam za sobą lata pracy w telewizji, prowadzę programy, realizuję projekty, tworzę własne treści. Nie potrzebuję wystawiać prywatności moich dzieci na sprzedaż, żeby być interesująca dla odbiorców czy reklamodawców.
Nie mam problemu z kampaniami rodzinnymi. Wręcz przeciwnie, chętnie angażuję się w projekty dotyczące rodzicielstwa, edukacji czy relacji. Ale od początku jasno określam zasady dotyczące udziału dzieci i ich wizerunku. Gdy urodził się nasz syn, zostałam twarzą dużej marki oferującej produkty dla najmłodszych dzieci. W kampanii w moim towarzystwie pojawiło się niemowlę w wieku zbliżonym do mojego syna, ale nie było to moje dziecko. Na planie pracowały dziecięce modelki i modele, a czas ich pracy był ściśle ograniczony. Każde dziecko uczestniczyło w nagraniach przez około trzydzieści minut, po czym następowała zmiana.
Mój syn również pojawił się wtedy na planie, ale przyjechał z tatą wyłącznie po to, żebym mogła go nakarmić i odciągnąć mleko na później. Nie uczestniczył w kampanii. Można zatem realizować projekty zawodowe związane z macierzyństwem i produktami dziecięcymi, jednocześnie szanując granice własnego dziecka. Zasięgi są ważne w mojej pracy. Nie będę udawała, że jest inaczej. Ale nie są najważniejsze. Żaden wynik oglądalności nie jest wart utraty poczucia bezpieczeństwa mojego dziecka.
Moje dzieci dorastają w zupełnie różnych rzeczywistościach cyfrowych. Mam nastolatków i małego syna. To oznacza różne poziomy świadomości, potrzeb i rozmów. Ze starszymi dziećmi rozmawiam już nie tylko o publikowaniu zdjęć, ale również o tym, co same udostępniają, komu, dlaczego i jakie może to mieć konsekwencje.
Tłumaczę im, że internet nie zapomina - że coś, co dzisiaj wydaje się zabawne, za kilka lat może być źródłem ogromnego dyskomfortu. Że nawet zdjęcie wysłane jednej osobie może trafić znacznie dalej. Jest jeszcze jedna kwestia, o której zdecydowanie za mało rozmawiamy. Zgoda obojga rodziców na publikowanie wizerunku dziecka, szczególnie w rodzinach po rozstaniu. Mój mąż ma dzieci z poprzedniego związku i nie ukrywa, że ubolewa nad tym, iż nie zawsze miał taki wpływ na ich obecność w przestrzeni publicznej, jaki chciałby mieć.
Uważam, że przy tak istotnych decyzjach oboje rodzice powinni mieć realny głos. Nie powinno być tak, że jeden rodzic buduje publiczny wizerunek dziecka, a drugi, który ma wątpliwości, zostaje postawiony przed faktem dokonanym. Mam poczucie, że prawo i praktyka jego stosowania nie nadążają za rzeczywistością cyfrową. Zwłaszcza za sytuacjami, w których publikowanie przestaje być zwykłym udostępnianiem rodzinnych zdjęć, a staje się regularną działalnością, czasami również zarobkową.
I jest jeszcze coś. Dzisiaj wiele dzieci marzy o popularności w internecie, karierze youtubera czy influencera. Trudno im się dziwić, skoro dorastają w świecie, w którym rozpoznawalność bywa przedstawiana jako synonim sukcesu. Tylko że kilkunastolatek widzi najczęściej popularność, pieniądze, podróże i prezenty. Nie widzi utraty prywatności, hejtu, presji, odpowiedzialności i tego, że raz upublicznionego życia nie da się tak po prostu schować z powrotem do szuflady.
Dlatego zgoda dziecka jest ważna, ale sama w sobie nie wystarcza. To my, dorośli, mamy obowiązek przewidywać konsekwencje, których ono jeszcze nie potrafi dostrzec.
Oczywiście, że odczuwam bezradność. I myślę, że wielu rodziców, którzy uczciwie odpowiedzą na to pytanie, powie dokładnie to samo. Bo to jest trochę nierówna walka. Po jednej stronie mamy rodzica, który próbuje rozmawiać, tłumaczyć, stawiać granice. Po drugiej ogromne firmy technologiczne, dysponujące pieniędzmi, danymi i specjalistami, których zadaniem jest zatrzymać naszą uwagę jak najdłużej.
I nie oszukujmy się, my, dorośli, też często tę walkę przegrywamy. Ile razy sięgamy po telefon tylko na chwilę, a po dwudziestu minutach orientujemy się, że nadal przewijamy ekran? Dlaczego więc oczekujemy od nastolatka samokontroli, z którą sami mamy problem? Nie chcę jednak mówić o wojnie z technologią. Bardziej zależy mi na tym, żeby moje dzieci miały poza ekranem życie, które jest dla nich wystarczająco ciekawe, ważne i wartościowe. Największym wyzwaniem nie jest dzisiaj zabranie dziecku telefonu. Jest nim sprawienie, żeby chciało go czasami samo odłożyć.
Mamy zasady, ale nie będę udawała, że zawsze działają idealnie. Wychowywanie dzieci nie odbywa się przecież według instrukcji obsługi. Staramy się na przykład pilnować, żeby podczas wspólnych posiłków nie korzystać z telefonów. Chcemy, żeby był to czas na rozmowę, na bycie razem, a nie na sprawdzanie kolejnych powiadomień.
Czy zawsze się udaje? Oczywiście, że nie. Zdarza się, że musimy powiedzieć kilka razy: "Odłóż telefon". I czasami mam wrażenie, że to zdanie stało się jednym z najczęściej wypowiadanych przez współczesnych rodziców. Podobnie jest na wakacjach. Zdarza się, że prosimy dzieci, żeby zostawiły telefony w pokoju hotelowym, kiedy idziemy razem do restauracji czy na plażę. Chcemy, żeby przez chwilę były po prostu tu i teraz. Żeby zobaczyły, co dzieje się wokół nich, zamiast oglądać, co w tym czasie robią inni.
Nie zawsze spotyka się to z entuzjazmem. I doskonale to rozumiem. Ale uważam, że takie małe zasady mają sens. Nie chodzi o całkowite odcinanie dzieci od technologii, tylko o pokazanie im, że nie każda chwila wymaga obecności telefonu.
Przy nastolatkach szczególnie ważna jest dla mnie rozmowa, a nie wyłącznie kontrola. Bo można zabrać telefon, zablokować aplikację, ustawić limity, ale to nie oznacza, że rozwiązaliśmy problem. Nie chcę być wyłącznie policjantem od ekranów. Chcę być dorosłym, do którego można przyjść również wtedy, kiedy w internecie wydarzy się coś złego.
To jest jedno z tych pytań, przy których muszę uderzyć się we własne piersi. Telefon jest moim narzędziem pracy. Odbieram wiadomości, przygotowuję materiały, kontaktuję się z ludźmi, sprawdzam informacje. I niestety granica między pracą a życiem prywatnym potrafi się bardzo mocno zacierać.
Zdarza mi się słyszeć: "Mamo, odłóż telefon". I wiecie co? Dzieci mają wtedy rację. Staram się świadomie odkładać go podczas wspólnych posiłków, rozmów, zabawy. Nie zawsze mi wychodzi. Ale uważam, że ważniejsze od udawania idealnego rodzica jest umiejętne przyznanie się do błędu.
Bo jak mam tłumaczyć dziecku, że nie powinno spędzać całego życia przed ekranem, jeśli sama robię dokładnie to samo? Mam też poczucie, że dzisiaj bardzo często mylimy fizyczną obecność z prawdziwą bliskością. Można siedzieć obok dziecka przez trzy godziny i ani razu naprawdę z nim nie porozmawiać.
Dzieci nie potrzebują rodziców dostępnych przez całą dobę. Potrzebują takich, którzy, kiedy już są obok, naprawdę są z nimi.
Zdecydowanie. Jestem obecna w mediach od wielu lat i naprawdę przeczytałam już na swój temat rzeczy, które momentami trudno sobie nawet wyobrazić. Oceniano mój wygląd, wagę, związki, rozwód, macierzyństwo, decyzje zawodowe. Obcy ludzie potrafią z niezwykłą pewnością wypowiadać się o moim życiu, choć nie mają o nim najmniejszego pojęcia.
Nauczyłam się z tym funkcjonować. Mam czterdzieści jeden lat, doświadczenie, dystans, bliskich ludzi i świadomość własnej wartości. A mimo to bywają komentarze, które potrafią zaboleć. I zawsze myślę o jednym: przecież takie rzeczy mogą przeczytać również moje dzieci. A co, jeśli podobne bzdury i nieprawdziwe historie ktoś zacznie tworzyć na ich temat?
I teraz wyobraźmy sobie, że z czymś takim musi zmierzyć się dziecko, którego osobowość i samoocena dopiero się kształtują. Dlaczego miałabym dobrowolnie wystawiać je na ocenę ludzi, którzy nie ponoszą żadnej odpowiedzialności za swoje słowa? Moje dzieci i tak będą musiały nauczyć się funkcjonować w świecie mediów społecznościowych. Nie chcę jednak dokładać im do tego ciężaru mojej rozpoznawalności. To, że ja przyzwyczaiłam się do publicznej oceny, nie oznacza, że moje dzieci mają obowiązek się do niej przyzwyczajać.
Takich sytuacji było sporo. Szczególnie pamiętam, jak łatwo ludziom przychodzi ocenianie kobiet przez pryzmat macierzyństwa. Pracujesz dużo? Zaniedbujesz dzieci. Wyjeżdżasz bez nich, bo na przykład, tak jak my z mężem, lubisz czasami spędzić kilka dni tylko we dwoje i wcale tego nie ukrywasz? Jesteś egoistką. Wracasz szybko do pracy po porodzie? Źle. Pewnie masz parcie na szkło i kariera jest dla ciebie ważniejsza niż dziecko. Zostajesz dłużej w domu? Też znajdzie się ktoś, kto uzna, że robisz coś nie tak.
Po moich publikacjach dotyczących macierzyństwa, kobiecego ciała czy powrotu do pracy widzę, jak wiele osób nadal uważa, że ma prawo rozliczać kobiety z ich najbardziej osobistych decyzji. A przecież nikt z komentujących nie zna naszej codzienności, relacji z dziećmi, rozmów, trosk ani tego, ile wysiłku wkładamy w wychowanie.
Dzisiaj potrafię odpowiedzieć stanowczo. Nie dlatego, że każda krytyka mnie oburza. Krytyka jest naturalną częścią publicznej działalności. Ale czym innym jest dyskusja, a czym innym próba upokorzenia człowieka. Najbardziej niepokoi mnie jednak to, że w internecie coraz częściej zapominamy, iż po drugiej stronie ekranu jest prawdziwa osoba. I bardzo nie chciałabym, żeby moje dzieci musiały uczyć się tej prawdy na własnej skórze.
Mam wrażenie, że ocenianie matek stało się wręcz osobną dyscypliną internetową. I co gorsza, często najbardziej surowymi sędziami innych kobiet są same kobiety. Zresztą wystarczy czasami zajrzeć na internetowe fora czy do sekcji komentarzy. To, z jaką agresją kobiety potrafią oceniać inne kobiety, bywa naprawdę porażające. I mówię to z ogromnym smutkiem, bo przecież powinnyśmy doskonale rozumieć, z jaką presją mierzymy się na co dzień.
Nie pokazujesz dzieci? Pewnie coś ukrywasz. Pokazujesz? Wykorzystujesz je. Wracasz do pracy? Karierowiczka. Zostajesz w domu? Nieambitna. Naprawdę trudno wygrać w grze, w której zasady zmieniają się w zależności od tego, kto akurat komentuje. Tylko że ja nie chcę w tej grze uczestniczyć.
Nie pokazuję twarzy dzieci, ale nie udaję, że ich nie mam. Opowiadam o macierzyństwie, o rodzinie patchworkowej, o codzienności, również tej trudnej. Pokazuję tyle, ile uważam za właściwe. I myślę, że każda matka ma prawo wyznaczyć własne granice. Nie jestem zwolenniczką publicznego linczowania rodziców za każde zdjęcie dziecka. Chciałabym natomiast, żebyśmy zaczęli poważniej rozmawiać o konsekwencjach publikowania. Bo w tej dyskusji nie chodzi o to, kto jest lepszą matką. Chodzi o to, kto poniesie konsekwencje naszych dzisiejszych decyzji. A bardzo często będą to nasze dzieci.
Najbardziej boję się tego, że młodzi ludzie zaczną mierzyć swoją wartość reakcjami obcych osób. Że dziewczynka, zanim zdąży polubić własną twarz, zobaczy setki twarzy poprawionych filtrami. Że zanim nauczy się akceptować swoje ciało, ktoś w internecie przekona ją, że powinno wyglądać inaczej. Jestem mamą nastolatki i widzę, jak ogromne znaczenie w tym wieku ma akceptacja, przynależność do grupy i poczucie bycia wystarczającą.
My, dorośli, często mówimy młodym ludziom: "Nie przejmuj się tym, co myślą inni". Tylko że sami doskonale wiemy, jak trudno jest naprawdę nie przejmować się oceną. Niepokoi mnie również to, że media społecznościowe nie tylko pokazują wyidealizowane życie, ale tworzą wrażenie, że wszyscy inni są szczęśliwsi, piękniejsi, bogatsi i bardziej lubiani.
A przecież nikt nie publikuje całego swojego życia. Publikujemy wybrane fragmenty. Chciałabym, żeby moje dzieci rozumiały, że liczba polubień nie jest miarą wartości człowieka. Że ciało nie musi być idealne, żeby zasługiwało na szacunek. I że nie trzeba być interesującym dla internetu, żeby prowadzić piękne, wartościowe życie. Nie chcę, żeby moje dzieci dorastały w przekonaniu, że muszą się podobać światu, zanim nauczą się podobać samym sobie.
Gdybym miała wskazać jedną rzecz, byłaby to znacznie większa odpowiedzialność platform za treści i mechanizmy, które kierują do dzieci. Nie może być tak, że od rodziców oczekujemy nieustannego nadzoru, a jednocześnie pozwalamy wielkim firmom projektować rozwiązania, których celem jest maksymalizowanie czasu spędzanego przed ekranem.
To trochę tak, jakbyśmy kazali rodzicom pilnować bezpieczeństwa dzieci na drodze, ale uznali, że producenci samochodów i zarządcy dróg nie muszą przestrzegać żadnych zasad. Potrzebujemy skuteczniejszej ochrony nieletnich, lepszego egzekwowania ograniczeń wiekowych, przejrzystości algorytmów i szybszego reagowania na przemoc, nękanie czy szkodliwe treści.
Musimy też wreszcie poważnie zająć się hejtem i poczuciem bezkarności w internecie. Anonimowość nie powinna oznaczać przyzwolenia na poniżanie, zastraszanie czy niszczenie drugiego człowieka. Zwłaszcza kiedy ofiarami są dzieci i nastolatki. Uważam też, że powinniśmy znacznie poważniej potraktować kwestię komercyjnego wykorzystywania wizerunku dzieci. Dzisiaj dziecko może być regularnym bohaterem internetowych kampanii, generować ogromne przychody, a jednocześnie nie mieć realnego wpływu na to, co i jak długo będzie o nim dostępne w sieci.
Warto również stworzyć bardziej jednoznaczne mechanizmy ochrony dziecka w sytuacji, gdy rodzice nie zgadzają się co do publikowania jego wizerunku. Szczególnie kiedy mamy do czynienia z działalnością zarobkową. Oczywiście rodzice mają ogromną odpowiedzialność. Ale nie mogą być jedynymi odpowiedzialnymi.
W innych krajach pojawiają się już sprawy, w których dorosłe dzieci próbują dochodzić swoich praw w związku z publikowaniem ich zdjęć i informacji o ich życiu przez rodziców. To pokazuje, że problem cyfrowej prywatności nie kończy się wraz z osiągnięciem pełnoletności. Przeciwnie, czasami dopiero wtedy zaczynamy rozumieć, jak wiele informacji o nas zostało upublicznionych bez naszej świadomej decyzji.
To również zadanie szkół, instytucji państwowych, ustawodawców i przede wszystkim firm technologicznych. Nie możemy wymagać od dzieci, żeby same obroniły się przed mechanizmami, które zostały zaprojektowane przez dorosłych po to, żeby przyciągać i zatrzymywać ich uwagę.
Nie chciałabym nikogo zawstydzać ani pouczać. Sama jestem matką, popełniam błędy i wiem, że rodzicielstwo to nieustanne podejmowanie decyzji, których konsekwencji nie zawsze jesteśmy świadomi. Ale zachęcałabym do zadania sobie jednego prostego pytania przed każdą publikacją: czy moje dziecko za dziesięć albo piętnaście lat będzie mi wdzięczne za to zdjęcie? Czy będzie chciało, żeby obcy ludzie znali jego dziecięce lęki, choroby, trudne momenty, szkolne niepowodzenia? Czy będzie się dobrze czuło ze świadomością, że jego dzieciństwo można obejrzeć w internecie, zanim ktokolwiek zdąży je naprawdę poznać?
My, rodzice, często publikujemy z miłości, dumy, zachwytu. I ja to rozumiem. Sama każdego dnia zachwycam się swoimi dziećmi. Tylko że miłość nie musi oznaczać publiczności. Można być dumnym z dziecka, nie pokazując go całemu światu. Można kolekcjonować wspomnienia, nie zamieniając ich w internetowe treści.
I jest jeszcze coś, co uważam za szczególnie ważne. My jesteśmy pierwszym pokoleniem rodziców, które na tak ogromną skalę dokumentuje dzieciństwo swoich dzieci w sieci, pozostawiając po nich miliony cyfrowych śladów. Tak naprawdę dopiero uczymy się konsekwencji tego zjawiska. Nasze dzieci będą pierwszym pokoleniem, które jako dorośli może zapytać nas: "Dlaczego opowiedzieliście całemu światu moje życie, zanim ja sam mogłem zdecydować, komu chcę je opowiedzieć?". I chciałabym, żebyśmy już dzisiaj mieli na to pytanie dobrą odpowiedź.
Burza po wizycie kamer "Rolnik szuka żony" u Bardowskich. Widzowie apelują
Dziennikarki TVN24 wybuchły śmiechem na wizji. Wszystko przez słowa posła PiS
Tusk z dystansem reaguje na internetowe przeróbki. Ekspert mówi o "technicznym golu"
Trzecie dziecko u Lewandowskich? Robert przerwał milczenie. Padło hasło "syn"
Afera wokół decyzji jury "Tańca z gwiazdami". Maserak: Dostajemy przykaz od produkcji...
Rusin grzmi na ceny w Polsce. Zwróciła uwagę na jedno
Kazik skomentował zachowanie Filipa i Bianki Chajzerów. "To jest prostytucja przecież"
Kinga Rusin zapytana o aktywność Marty Nawrockiej. Padły słowa o "plecach męża"
Morawiecki radzi wszystkim "mniej żreć". Dietetyczka nie miała litości