Wszystko, co mi się nie podobało w obu "Lalkach", czyli instruktaż, o co kłócić się z rodziną w Wigilię

Aleksandra Pajewska w ramach autorskiego cyklu "Bez retuszu" pisze dla Plotka o dwóch najnowszych ekranizacjach "Lalki" Bolesława Prusa. Dziennikarka podeszła do tematu w nietypowy sposób.
Która 'Lalka' jest lepsza?
Kadr z filmu 'Lalka', reż. Maciej Kawalski, Polska 2026; Kadr z serialu 'Lalka', reż. Paweł Maślona, Netfliks Polska 2026.

Jak Polska długa i szeroka - wszyscy nagle stali się znawcami twórczości Bolesława Prusa. Jako absolwentka liceum ogólnokształcącego imienia tego wieszcza oczywiście swoje zdanie też mam i od obejrzenia obu "Lalek" aż palę się do ich porównania. 

Polacy dosłownie kochają się kłócić - majonez Winiary kontra Kielecki, Tusk kontra Kaczyński, placki ziemniaczane z cukrem kontra słone, pomidorowa z ryżem kontra z makaronem… i właśnie doszedł nam nowy powód do kłótni: "Lalka" kinowa kontra netflixowa! Żebyście wiedzieli, jak kłócić się z rodziną przy wigilijnym stole, bo to już lada moment, dostarczam argumenty.

Zobacz wideo Marek Kondrat o roli w „Lalce": jestem zbudowany na podobnych zasadach jak Rzecki

Filmowa "Lalka" pompatyczna do granic, ale jest też występ oscarowy

Jako pierwszą miałam okazję zobaczyć przedpremierowo kinową "Lalkę" z Dorocińskim, Urzędowską i Kondratem w rolach głównych (choć nie najlepszych, ale o tym zaraz). Swoją drogą - wyobrażam sobie, jak twórcy jednej i drugiej ekranizacji usiedli przed stołem pełnym kart w stylu gry memory i dzielili: ty bierzesz Szyca, ja Adamczyka. Ja biorę Cielecką, dla ciebie Ostaszewska. I tak aż zabrakło asów w rękawie… W tej konkurencji "wygrywa" kinowa wersja, która jest dosłownie napakowana po brzegi ulubionymi aktorami Polaków, a wśród których nie zabrakło choćby Krystyny Jandy, grającej siostrę swojego byłego męża - Andrzeja Seweryna. Takich "easter eggs" jest sporo i aż dziw, że z Janem Englertem, grającym księcia, nie pojawia się w tle tańcząca Helena.

Podczas pokazu prasowego ustami twórców zapowiedziano "najwyższej jakości rozrywkę", co powtórzono kilkukrotnie. Opowiedziano widzom, że czeka ich kino epickie, doświadczenie sztuki wyższej i tym podobne. Znając historię takich zapowiedzi - spodziewałam się co najmniej powtórki z "1920 Bitwa Warszawska". 

Nie zabrakło też krytyki w stronę platform, które według Radosława Drabika, producenta (wcześniej znanego z pracy przy filmie "Planeta singli"), poprzez zbyt szybkie wypuszczanie kinowych premier przyczyniają się do zniechęcenia ludzi do "doświadczania kultury w kinach". Myślę sobie - no dobra, doświadczam.

Przede wszystkim nastawienie się na trzygodzinny seans to już doświadczenie samo w sobie. Pierwsze minuty przyniosły mi niestety to, czego się spodziewałam - film pompatyczny do granic. Do tego klasyka polskiego kina - picie gorącej herbaty z pustych filiżanek, list podpalony od płomienia świecy, wrzucany później do pieca… Śnieg z AI przypominający popiół z "Silent Hill". Fryzjer proponujący poczernienie Wokulskiemu włosów, które już są czarne… 

Ale prawda jest taka, że niektóre przynudne dłużyzny znikają przykryte wybitnym, naprawdę wybitnym aktorstwem. To, co na ekranie wyczynia Agata Kulesza jako swatka pani Meliton, to jest występ oscarowy, zwłaszcza że jej rola niejako powstała na potrzeby filmu - w książce postać zajmuje znacznie mniej miejsca. Absolutnie fantastyczna jest też Maria Dębska, a w duecie z Mateuszem Damięckim można ich jeść łyżkami. Rafał Rutkowski jako fryzjer - majstersztyk. 

A Wokulski i Łęcka? Cóż - przewidywalni. Stanisławowi mijają dnie i noce (o czym widz dowiaduje się dzięki zmieniającemu się światłu za oknem) w rytm dramatycznej muzyki, a piękna Bella się miota. Prus by przytakiwał, premiera idealna dla wycieczek szkolnych. Od razu jednak precyzuję - film mi się podobał, warto go zobaczyć dla aktorów, fantastycznej scenografii i kostiumów na światowym poziomie. Good job.

"Lalka" Netfliksa miała szokować, a powiało nudą

Po drugiej stronie mamy "Lalkę" okrzykniętą obrazoburczą, kontrowersyjną, wulgarną i szokującą. Myślę sobie: doskonale, coś dla mnie. Te barwne zapowiedzi jednak przygasły podczas seansu pierwszych dwóch odcinków. Mówię szczerze: powiało nudą. Widać też wyraźnie mniejszy budżet niż zrealizowana z rozmachem kinowa superprodukcja. Wszystko wydaje się takie ciemne i bure (ale nie celowo, tylko jakby ekran był zakurzony), a wątki feministyczne toporne. Zasadniczo zachwyca tylko Tomek Schuchardt, który Wokulskiego gra nie zachowawczo, a zawadiacko i wręcz brawurowo. 

Niemniej po pierwszej połowie chciałam się poddać. Wątek "Bluszczu" i Orzeszkowej nie przeszkadza mi, bo jest nieakuratny historycznie i nie było go w książce. Przeszkadza mi, bo jest toporny i przewidywalny. Nie przeszkadzają mi też wulgaryzmy. Wadzi mi użycie ich tak, by wydawały się wrzucone na siłę, by budzić kontrowersje. A w kim dziś przekleństwa w polskim kinie budzą kontrowersje? No właśnie. 

Ale! Ostatecznie wszystko to jest do przebrnięcia po pierwsze dlatego, że cała ta historia luźno (bardzo luźno) inspirowana Prusem to ciekawe ćwiczenie dla głowy. Po drugie, ponieważ odcinek ostatni jest tego wart. Więcej nie zdradzam, powiem tylko, że mi wszystko wynagrodził. 

Więcej o: