Po latach obejrzałam z Kuroniami "Wściekłe gary" Adama Gesslera. Jedna rzecz nie daje mi spokoju

Adam Gessler miał swoich wiernych fanów, ale też wielu krytyków. Obejrzałam po latach "Wściekłe gary" i poprosiłam Jana oraz Jakuba Kuroniów o ocenę programu. Okazało się, że mamy podobne spostrzeżenia.
Adam Gessler
'Wściekłe gary' TVP, youtube.com/rozsierdzonegary

Dziś wystarczy jeden krótki film w internecie, by nieznany lokal stał się kulinarną sensacją, a niemal każdy użytkownik sieci może wystąpić w roli krytyka. Zanim jednak nastała era internetowych recenzentów, widzowie poznawali świat gastronomii dzięki telewizji i takim osobowościom jak Robert Makłowicz czy Magda Gessler. Makłowicz pokazywał jedzenie jako element kultury, historii i podróży, a Gessler stworzyła własny styl ratowania restauracji, pełen emocji i efektownych przemian. W cieniu tych dwóch postaci często pozostaje Adam Gessler, który we "Wściekłych garach", emitowanych w latach 2010-2011, próbował połączyć kulinarną opowieść z telewizyjnym show.

Warto w tym miejcu nadmienić, że wspomniany format TVP powstał w odpowiedzi na "Kuchenne rewolucje" (publiczny nadawca nie prześcignął TVN-u - danych Nielsen Audience Measurement z 2010 roku wynikało, że większą widownię gromadził program Magdy Gessler, który przyciągał przed odbiorniki średnio 2,31 mln widzów; w tym czasie "Wściekłe gary" oglądało 1,96 mln widzów). Patrząc jednak na program z dzisiejszej perspektywy, trudno oprzeć się wrażeniu, że był to format nietypowy - momentami chaotyczny, a nawet dziwaczny.

Zobacz wideo 38 złotych za jagodziankę od Gessler to przesada? Doda czeka na specjalną paczkę od Magdy

"Wściekłe gary". Adam Gessler dał się poznać jako kulinarny geniusz czy szarlatan?

16-odcinkowy program promowano hasłami przedstawiającymi restauratora jako "Midasa polskiego restauratorstwa", "człowieka-instytucję", a także postać, która "dla jednych była kulinarnym geniuszem, a dla innych szarlatanem". W każdym odcinku Gessler odwiedzał kolejne restauracje, obserwował ich codzienne funkcjonowanie i bez większych skrupułów wskazywał popełniane błędy. Nie był jednak typowym telewizyjnym krytykiem, który pojawia się wyłącznie po to, by znaleźć problemy i wystawić surową ocenę. Potrafił również dostrzec mocne strony lokalu oraz docenić rozwiązania, które miały sens.

To dlatego "Wściekłe gary" zapadły w pamięć

Siłą "Wściekłych garów" była więc przede wszystkim osobowość prowadzącego. Styl Adama Gesslera opierał się na wyrazistości, emocjach i mocno zarysowanych opiniach. Charakterystyczna gestykulacja, dosadny język i sposób formułowania ocen sprawiały, że każda jego wizyta stawała się przedstawieniem. - Jeżeli ktoś wrzuca zamrożone pierogi do garnka albo wyjmuje gotowe pierogi z lodówki, to natychmiast wyjdźcie z tego miejsca. One muszą być zrobione teraz - mówił Gessler w jednym z odcinków, podkreślając, że dla niego świeżość produktu była podstawą dobrej gastronomii. - Jeżeli ktoś robi restaurację po to, żeby kupować mrożonki zamiast świeże warzywa z targu, to jest to przestępstwo - stwierdził prosto do kamery, trzymając w dłoni marchew i podkreślając swoje słowa charakterystyczną, energiczną gestykulacją.

Adam Gessler bez litości dla restauratorów. Krytyka zamieniała się w telewizyjny spektakl

Najciekawsze momenty programu pojawiały się wtedy, gdy Gessler konfrontował właścicieli lokali z błędami i zaniedbaniami. W jednym z odcinków odkrył, że reklamowane jako tradycyjne lody w rzeczywistości nie były przygotowywane według deklarowanej receptury. Początkowo prowadzący upewniał się u właściciela, czy lokal rzeczywiście produkuje lody dawną metodą, po czym sam konfrontował go z odkryciem, że rzeczywistość wygląda inaczej. 

- Niestety, już nawet w takich małych miasteczkach robi się g***o. Czy nie można było po bożemu wziąć jajek? Trudno, psia krew - skomentował, po czym po wyjściu z lokalu demonstracyjnie rzucił rożkiem z lodem o ziemię. Całą scenę dodatkowo podsumowała wypowiedź pracownika, który najwyraźniej znalazł się w centrum sytuacji, na którą nie miał większego wpływu. - Ja tu tylko pracuję - skwitował. 

To był najmocniejszy moment "Wściekłych garów". Adam Gessler nie wytrzymał po spróbowaniu kremówki

Niezmiennie moim ulubionym odcinkiem pozostaje ten poświęcony wizycie Adama Gesslera w Wadowicach w 2010 roku. Spróbował wtedy najbardziej rozpoznawalnego lokalnego specjału - papieskiej kremówki. Jego entuzjazm szybko zniknął, kiedy po degustacji deseru odkrył, że ciasto nie zostało przygotowane na maśle lecz na margarynie. - Przykra historia, bo zapomnieliśmy, że dodaje się do tego masło. Nie można z margaryny zrobić ciasta, które ma smakować. Przyjechałem z drugiego końca Polski, żeby zjeść kremówkę - kontynuował zniesmaczony. - Teraz rozumiem, czemu tu jest tak pusto - dodał.

Gessler w specyficzny sposób budował napięcie w programie. Zarówno pracownicy, jak i właściciele lokali nierzadko sprawiali wrażenie zdezorientowanych lub zakłopotanych, gdy musieli mierzyć się z jego ostrą, bezpośrednią krytyką. Ekspresyjna gestykulacja, podniesiony ton i charakterystyczny sposób wypowiadania się sprawiały, że ocena restauracji momentami bardziej przypominała widowisko niż rzeczową analizę.

Jan i Jakub Kuroniowie ocenili "Wściekłe gary". Ich zdania o Adamie Gesslerze są podzielone

O tym, jak dziś odbierany jest program "Wściekłe gary", postanowiłam porozmawiać również z osobami, które gastronomią zajmują się zawodowo. Wspólnie ze mną archiwalne odcinki obejrzeli znani kucharze Jan i Jakub Kuroniowie - synowie słynnego szefa kuchni Macieja Kuronia, którzy przez długi czas wspólnie rozwijali karierę zawodową. Razem prowadzili program kulinarny "Kuroniowie rozgryzają" na antenie Kuchnia.tv, napisali też książkę kucharską. Jana Kuronia często można zobaczyć w roli eksperta kulinarnego w "Dzień dobry TVN". Choć obaj pamiętają program, ich opinie wyraźnie się różnią.

Jakub Kuroń przyznał, że nie śledził "Wściekłych garów" regularnie. Z perspektywy czasu uważa jednak, że był to format, w którym osobowość prowadzącego zdecydowanie dominowała nad samą tematyką kulinarną.

Moim zdaniem Adam Gessler swoją wyrazistością i sposobem bycia często odwracał uwagę od tego, co w programie powinno być najważniejsze, czyli od gotowania i gastronomii 

- zauważył. Jednocześnie zdaje sobie sprawę, że właśnie ten element mógł być jednym z powodów, dla których widzowie chętnie zasiadali przed telewizorami. - Oczywiście dla części widzów mogło to być atutem, ale ja zdecydowanie bardziej cenię programy, w których na pierwszym planie są kuchnia, produkt i przekazywana wiedza - ocenił.

Z kolei Jan Kuroń patrzy na ten format znacznie przychylniej. Jak podkreślił, przed rozmową przypomniał sobie fragmenty programu i utwierdził się w przekonaniu, że Adam Gessler był właściwą osobą na właściwym miejscu. - Jestem generalnie fanem Adama Gesslera jako znawcy kuchni i osobowości medialnej. Moim zdaniem prowadził program interesująco, dużo opowiadał i potrafił robić to w ciekawy sposób. Pokazywał tajniki prowadzenia restauracji, ciekawe przepisy, często oparte na polskich produktach. Mówił też o tym, co dziś określamy hasłem "z pola na stoły", czyli o lokalności i sezonowości tego, co ląduje na talerzu - mówił.

Według Kuronia wybór Adama Gesslera jako prowadzącego był strzałem w dziesiątkę. - Czy taka nie powinna być właśnie osobowość medialna? Wyrazista, ale także mająca coś do powiedzenia? W formacie "Wściekłe Gary" był charyzmatycznym, inteligentnym, znającym się na produktach, smaku, kulinariach prowadzącym - przyznał. 

Myślę, że był idealnie dobrany do formatu

- dodał Jan Kuroń.

15 lat po premierze "Wściekłych garów". Adam Gessler wciąż wywołuje skrajne emocje

Po obejrzeniu wszystkich odcinków trudno jednoznacznie odpowiedzieć na pytanie, czy Adam Gessler był przede wszystkim kulinarnym autorytetem, czy raczej telewizyjnym showmanem. Prawdopodobnie właśnie połączenie tych dwóch ról sprawiło, że "Wściekłe gary" do dziś pozostają w pamięci widzów.

Po piętnastu latach program odbiera się zupełnie inaczej niż w chwili premiery. Najbardziej interesujące okazało się dla mnie pytanie, czy format ten należy odczytywać przede wszystkim jako zapis realiów ówczesnej gastronomii i telewizji, która chętnie stawiała na wyrazistych prowadzących oraz mocno przerysowane formy - czy też należy spojrzeć na niego jako na produkcję, która momentami ocierała się o absurd.

Z jednej strony pretensjonalny styl Adama Gesslera i charakterystyczny sposób bycia mogą sprawiać, że współczesny widz odbierze niektóre sceny jako przesadzone, a nawet dziwne. Z drugiej strony właśnie ta wyrazistość doskonale wpisywała się w realia telewizji tamtego okresu - pełnej charyzmatycznych osobowości, mocnych opinii i programów, w których równie ważne jak przekazywana wiedza było wywoływanie emocji.

"Wściekłe gary" pokazują, że kulinarna telewizja nie musiała ograniczać się wyłącznie do prezentowania przepisów czy oceniania potraw. Mogła być jednocześnie formą rozrywki, edukacji i kontrowersji. Adam Gessler z pewnością nie był postacią obojętną - jednych irytował, innych fascynował, ale trudno odmówić mu charyzmy, doświadczenia i ogromnej wiedzy o jedzeniu. Być może właśnie połączenie autorytetu, dysproporcji i telewizyjnej ekspresji sprawia, że program mimo upływu lat wciąż budzi emocje i pozostaje interesującym zapisem ówczesnych czasów.

Adam Gessler i jego problemy finansowe

Warto przypomnieć, że choć Adam Gessler od lat pozostaje jedną z najbardziej kontrowersyjnych postaci polskiej gastronomii, jego nazwisko w ostatnich latach kojarzy się w dużej mierze z licznymi problemami finansowymi, zadłużeniami i sporami sądowymi. Mimo tych kontrowersji restaurator nadal pojawia się w mediach i firmuje swoim nazwiskiem kolejne lokale.

Według medialnych doniesień, Gessler przez lata miał nie regulować części zobowiązań wobec dostawców, pracowników, właścicieli lokali oraz instytucji publicznych. Zarzucano mu m.in. zaległości podatkowe, problemy z czynszami oraz utratę wiarygodności biznesowej.

Jednym z najgłośniejszych sporów pozostaje konflikt z Warszawą. Restaurator miał być winny miastu kilkadziesiąt milionów złotych, głównie z powodu zaległości czynszowych i odsetek. Sam Gessler przedstawia jednak inną wersję wydarzeń - twierdzi, że to miasto nie rozliczyło się z nim za remonty lokali, w które miał zainwestować własne pieniądze. Urzędnicy odpowiadali, że nie udowodnił swoich racji przed sądem.

Więcej o: