Kiedy pierwszy raz zabił, miał 17 lat. "Wampir z Krakowa" twierdził, że "zadawanie bólu jest dziełem sztuki"

Zadawał ból dla czystej przyjemności. A podczas rozprawy o swoich czynach mówił bez cienia skruchy, wręcz z dumą. Kim był Karol Kot, który w latach 60. otrzymał przydomek "Wampira z Krakowa"?
Kiedy pierwszy raz zabił, miał 17 lat. 'Wampir z Krakowa' twierdził, że 'zadawanie bólu jest dziełem sztuki'
Fot. East News, Patryk Ogorzałek / Agencja Wyborcza.pl

- Cierpienie jest pięknem, a zadawanie komuś bólu jest prawdziwym dziełem sztuki. Nie każdy jest do tego zdolny. Ja byłem - mówił Karol Kot. I dodawał, że cierpienie ofiar dawało mu zadowolenie. - Po zabiciu natychmiast się uspokajałem, lepiej spałem i przez jakiś czas nie czułem już potrzeby znalezienia nowej ofiary, jednak później pragnienie zadawania cierpienia do mnie wracało. Czułem, że znów muszę zabijać i pić krew ofiar, niszczyć ludzi i ich majątek - wyznał Karol Kot. Kim był nazywany "Wampirem z Krakowa" mężczyzna, który w latach 60. siał postrach w całym mieście? Kogo wybierał na swoje ofiary? Dlaczego policji zajęło niemal dwa lata, aby go wytropić? I co sprawiło, że urodzony w dobrej, krakowskiej rodzinie maturzysta stał się pozbawionym skrupułów mordercą?

Zobacz wideo O tym serialu było bardzo głośno

Inteligencki dom i chora pasja

Karol Kot urodził się 18 grudnia 1946 roku w Krakowie. Pochodził z inteligenckiej, dobrze sytuowanej rodziny, wraz z matką i ojcem mieszkał w dzielnicy Kazimierz, w zabytkowej kamienicy przy ulicy Meiselsa. Sprawiał wrażenie spokojnego chłopca, nigdy nie wdawał się w bójki i nie stwarzał problemów wychowawczych. Ale miał hobby, które świadczyło o tym, iż we wnętrzu grzecznego z pozorów chłopaka działo się coś niedobrego. Bo Karol już w czasach dzieciństwa zaczął interesować się bronią, w szczególności nożami. Szybko zgromadził pokaźną ich kolekcję. Samo w sobie być może nie byłoby to jeszcze tak niepokojące, gdyby nie fakt, że fascynował się też krwią.

Podczas policyjnego przesłuchania Karol Kot przyznał się do swojej chorej fascynacji i wyznał, że swoje początki miała ona podczas rodzinnych wakacji w Pcimiu. Chłopak nudził się w małej miejscowości, znalazł sobie więc "rozrywkę" polegającą na asystowaniu przy zabijaniu zwierząt w rzeźni. Kot wyznał, że widok ich zarzynania sprawiał mu przyjemność, więc w kolejnych latach odwiedzał też rzeźnię w Krakowie. Lubił także zabawy z ogniem. Mimo to rodzice Karola nie mieli wobec syna żadnych podejrzeń - uważali, że kolekcjonowanie noży to normalne hobby dorastającego nastolatka. Zresztą Kot był też członkiem młodzieżowego klubu strzeleckiego. Za to podczas przygotowań do świąt odmawiał zabicia karpia. Martwił ich jedynie nieco fakt, że syn nie interesował się dziewczynami. O tym, że Karol jest samotnikiem i nie ma nie tylko koleżanek, ale też kolegów, nie wiedzieli.

Dwie ofiary śmiertelne i dwa lata terroru

Karol Kot pierwszy raz zaatakował w wieku niespełna 18 lat. 48-letnia Helena pewnego jesiennego dnia 1964 roku modliła się w przedsionku kościoła sióstr sercanek. Morderca zaskoczył ją od tyłu i zadał jej kilka ciosów nożem w plecy, a następnie uciekł. Pani Helena odniosła obrażenia, ale przeżyła atak, nie zdołała jednak zidentyfikować sprawcy. Zeznała jedynie, że był to szatyn. Z kolei 78-letnią Franciszkę L. upatrzył sobie w tramwaju, a następnie szedł za nią, aby zaatakować kobietę w kamienicy przy ulicy Skawińskiej. Ona też na szczęście przeżyła pomimo zadanych nożem w plecy ciosów. Zdołała też dostrzec, że napastnik miał na ramieniu tarczę wskazującą na to, iż był on uczniem Technikum Energetycznego. Trzecia z kobiet miała już niestety mniej szczęścia - ciało 86-letniej Marii P. znaleziono 29 września 1964 w kościele Sióstr Prezentek pod wezwaniem św. Jana Chrzciciela i św. Jana Ewangelisty, nieopodal Rynku Głównego. Została dźgnięta nożem prosto w serce.

Trzy ataki na kobiety w krótkim odstępie czasu, w tym jeden ze skutkiem śmiertelnym, zaowocowały wybuchem prawdziwej psychozy strachu. Warto wspomnieć, że Kraków w latach 60. był zupełnie innym miejscem niż dziś, dużo spokojniejszym, a każda sprawa kryminalna budziła postrach. W przypadku Karola Kota znaczenie miał też fakt, że atakował on bezbronne kobiety. Wkrótce w obawie przed napaścią wiele Krakowianek zaczęło wiec nosić na plecach przytwierdzone sznurkiem pokrywki od garnków, mające chronić je od ciosu. Tymczasem milicja nie wykazała się zbytnio - uznano, że uczeń technikum nie mógł się dopuścić krwawego mordu, a tarcza była jedynie mającym zmylić pościg rekwizytem. W efekcie śledztwo szybko utknęło w martwym punkcie i w końcu zostało umorzone. Ale po pewnym czasie Karol Kot zaatakował ponownie.

Zanim znów zabił, Karol Kot podjął próbę z nowym narzędziem zbrodni. Tym razem próbował dać upust swej żądzy zabijania za pomocą arsenianu sodu. Młody chłopak wsypał truciznę najpierw do piwa, które podrzucił w bramach kamienic na ulicach Wawrzyńca i Bożego Ciała. Na szczęście nikt alkoholu nie wypił. Następnie Kot podrzucił zatrute piwo koleżance, ale i ona go nie ruszyła. Podobny los spotkał przyprawioną arsenianem sodu oranżadę, podrzuconą w Barze Sielanka. Ale Karol nie zniechęcał się. W przerwie pomiędzy atakami na ludzi zaczął podpalać domy, na szczęście z marnym skutkiem. W lutym 1966 roku znów zaatakował nożem. Tym razem ofiarą padł 11-letni Leszek C. Chłopiec wybrał się na zawody saneczkarskie na Kopiec Kościuszki, gdzie Kot dopadł go i zadał mu 11 ciosów nożem. Dziecko nie przeżyło. Następnie Karol zaczaił się na siedmioletnią Małgosię, którą dopadł przy skrzynce na listy. Na szczęście jednak w dokończeniu dzieła przeszkodziła mu inna dziewczynka. Karol Kot zbiegł, a Małgosia wyszła ze zdarzenia cało.

Kolejna niedoszła ofiara Karola była studentką ASP i jego koleżanką z klubu strzeleckiego. Bo wbrew temu, co sądzili jego rodzice, interesował się dziewczynami, nigdy jednak nie udało mu się z żadną nawiązać bliższej znajomości. Być może dlatego, że patrząc na przykład Danki, wspomnianej studentki, zabierał się do tego w mocno kontrowersyjny sposób - próbował jej zaimponować opowieściami o swoich zbrodniach. Z czasem zaczął też jej się zwierzać, że z jego głową jest źle. Danka wówczas zrozumiała, że makabryczne opowieści Karola mogą być prawdą. Poprosiła go, aby udał się po pomoc do psychiatry, Wandy Półtawskiej, która zasłynęła potem za sprawą znajomości z Karolem Wojtyłą. Pani doktor porozmawiała z chłopakiem, a następnie przepisała mu witaminę B i poleciła na następną wizytę stawić się w towarzystwie matki. To jednak nigdy się nie wydarzyło. Bo Karol zaatakował również Dankę. Najpierw podczas treningu wycelował w głowę koleżanki i chybił o włos. Następnie podczas spaceru opowiadał, jak mógłby ją zabić, pozorując samobójstwo. Przeszedł potem od słów do czynów i próbował ją zadźgać nożem. Wówczas młoda kobieta postanowiła poinformować o swoich podejrzeniach milicję.

Maturzysta, Wampir z Krakowa, skazaniec

Karol Kot był dobrym, niestwarzającym większych problemów uczniem. Po maturze planował wstąpić do szkoły oficerskiej, a od 1965 roku był nawet członkiem ORMO. Stało się jednak inaczej. Kiedy Danuta poszła na milicję złożyć zeznania, okazało się, że funkcjonariusze od pewnego czasu inwigilują zarówno Karola, jak i ją. Bo po tym, jak doktor Wanda Półtawska przeczytała w gazecie o ataku na małą Małgosię, przypomniała sobie o pacjencie zafascynowanym nożami i cierpieniem, o którym opowiadał bez emocji. To ona naprowadziła milicję na trop Karola, a zeznania Danki oraz kolekcja noży skonfiskowana podczas przeszukania w mieszkaniu chłopaka potwierdziły ich podejrzenia, że to on jest mordercą. Ze względu na fascynację krwią nadano mu przydomek "Wampir z Krakowa". Zgadzał się rysopis oraz rozmiar noży. Mimo to milicjanci aresztowali Karola dopiero po maturze. Woleli poczekać, ponieważ istniało ryzyko, że sprawca będzie próbował uniknąć kary, powołując się na niepoczytalność. Ale kogoś, kto pomyślnie zdał egzamin dojrzałości, trudno uznać za osobę nie w pełni władz umysłowych. Oddali więc Kotowi noże, czym uśpili jego czujność.

Plan milicji się powiódł i Karol Kot uznał, że jest bezpieczny. Ale milicjanci nie ustali w swych działaniach, stopniowo gromadząc poszlaki. Stworzyli profil, zbierali zeznania świadków - w tym kolegów, którym Karol proponował założenie spółki zabójców. Wreszcie 1 czerwca uznali, że materiał dowodowy jest wystarczający. Z samego rana uzbrojeni funkcjonariusze zapukali do drzwi mieszkania przy Meiselsa. Podczas przeszukania Karol twierdził, że nie ma nic do ukrycia, na wszystko miał gotową odpowiedź. Mówił, że spieszy się na egzamin wstępny do szkoły oficerskiej. Zamiast na niego Kot trafił jednak do aresztu. Początkowo chłopak wszystkiego się wyparł. Jednak 1 lipca do aresztu sprowadzono dwie kobiety - niedoszłe ofiary Karola. Zorganizowano okazanie, podczas którego pierwsza z nich, Helena, bezbłędnie rozpoznała sprawcę. Wówczas milicjant oznajmił Karolowi, że jeśli pozostałe ofiary również wskażą na niego, sąd skaże go na śmierć. Ten zabieg odebrał chłopakowi pewność siebie. A kiedy druga kobieta również wskazała go jako mordercę, pękł. Zaczął grozić kobiecie, a następnie poprosił o przesłuchanie. Wówczas przyznał się do wszystkich zbrodni.

Karola Kota poddano badaniom psychiatrycznym, ale opinie biegłych były sprzeczne. Przeważyły jednak te, w których uznano, że sprawca był na tyle zdrowy, iż mógł odpowiadać za swoje czyny. Proces rozpoczął się w maju 1967 roku i był szeroko opisywany w krakowskich dziennikach. Podczas rozprawy Kot był arogancki, szydził ze świadków, uśmiechał się do dziennikarzy i mówił, że współczuje tylko sobie. Ludzie zbulwersowani zarówno czynami Kota, jak i jego brakiem skruchy, domagali się kary śmierci. Karola Kota skazano na śmierć przez powieszenie. - Zbrodnicze czyny, które oskarżony popełnił, wskazują jasno, że jest on groźniejszy od dzikiej bestii, ponieważ obdarzony jest rozumem (…). Oskarżony urodził się na nieszczęście ludzi, swoje własne i swoich bliskich - mówił w uzasadnieniu wyroku sędzia. Wyrok wykonano 16 maja 1968 roku.

Więcej o: