Dzieciństwo Kory było pełne smutku i cierpienia. "Nie miałyśmy imion. Byłam numerem osiem"

Była oryginalna, barwna, kontrowersyjna. Nigdy nie bała się głośno wyrażać swojej opinii i żyć tak, jak chciała. Nie bez powodu nazywano ją najbardziej charyzmatyczną artystką w historii polskiego rocka. Ale choć w życiu Olgi Jackowskiej - Kory - nie brakuje ciekawych momentów, było w nim też bardzo dużo smutku i cierpienia.

To, jaka była Kora, świetnie podsumowała przyjaciółka artystki - Hanna Bakuła. "Co ją różniło od innych ludzi? Wszystko. Poza tym, że miała dwie ręce, dwie nogi, głowę i tak dalej, w niczym nie przypominała nikogo. Była absolutnym unikatem. Doskonała w swojej urodzie, osobowości. Kiedy do mnie przychodziła,  zawsze ją malowałam. Bo szkoda mi było czasu". Kora błyszczała na scenie, a prywatnie nie bała się żyć po swojemu. Odważnie zabierała głos w ważnych sprawach. Nie dała się uciszyć nawet wtedy, kiedy zmagała się ze śmiertelną chorobą, domagając się refundacji ratującego życie leku. Swoją ostatnią walkę Kora niestety przegrała. Gdyby stało się inaczej, 8 czerwca obchodziłaby 70. urodziny.

Dzieciństwo pod znakiem koszmaru

Zanim stała się legendą polskiej muzyki, nazywała się Olga Aleksandra Ostrowska. Jej dzieciństwo nijak nie zapowiadało sławy i kariery scenicznej. Olga była piątym, najmłodszym dzieckiem Marcina Ostrowskiego i jego żony Emilii, z domu Siarkiewicz. Rodzice dziewczynki byli repatriantami ze Wschodu, pracowali jako urzędnicy. Siedmioosobowa rodzina zajmowała maleńkie, 30-metrowe mieszkanie w suterenie kamienicy przy ulicy Grottgera w Krakowie. Kiedy Olga miała 4 lata, u jej matki zdiagnozowano gruźlicę. Wówczas sytuacja materialna rodziny, już wcześniej ciężka, pogorszyła się tak bardzo, że Olgę i jej starszą siostrę oddano do prowadzonego przez siostry prezentki domu dziecka w Jordanowie. To, co się tam wydarzyło, Kora opisała w swojej autobiografii jako piekło na ziemi.

Prowadziły go zakonnice, były dla nas w patologiczny sposób okrutne. Biły, wykręcały uszy, kazały - jak w bajce - klęczeć na grochu, znęcały się psychicznie. Miałam tak powykręcane, naderwane uszy, że dosłownie zwisały mi z głowy. Pod koniec tygodnia gromadziły nas wszystkie i było publiczne pokazywanie rajstop. Miały być białe, ale przecież po tygodniu używania nie mogły być białe! I kara. Jeśli same nas nie biły, to starsze dziecko miało bić młodsze. Nie miałyśmy imion. Nikt nie wołał na mnie: Oleńko albo Gwiazdeczko, jak nazywała mnie mama. Byłam numerem osiem - wspominała traumatyczne przeżycia Kora.

Choć Olga trafiła do placówki z siostrą, dziewczynki rozdzielono, nie pozwalano im się widywać. Dzieci mogły wrócić do domu, gdy stan zdrowia ich matki uległ poprawie. Ale ich koszmar się nie skończył - wkrótce potem ojciec zmarł na zawał serca. W tym samym czasie mała Olga padła ofiarą molestowania seksualnego przez księdza, który pod pretekstem atrakcyjnego poczęstunku zwabił ją do swojego mieszkania.

On wykorzystywał dziewczynki seksualnie. Nie ją jedną, także jej koleżanki - wspominał wieloletni partner Kory, Kamil Sipowicz w rozmowie z portalem Wirtualna Polska.

Jakby tego było mało, u jej matki pojawił się nawrót choroby. Mała Olga trafiła więc do wujostwa do Jabłonowa Pomorskiego.

Ciężko chora, psychopatyczna, zrewidowana seksualnie żona wuja przez rok mnie katowała, co spowodowało u mnie całkowitą lukę w mojej pamięci - relacjonowała w autobiograficznej książce Kora.

KoraKora East News

Hippisowska młodość

Traumatyczne przeżycia z dzieciństwa popchnęły Olgę do prób samobójczych. Pierwszy raz targnęła się na swoje życie jeszcze jako mała dziewczynka. Zażyła wówczas wszystkie tabletki, jakie znalazła w domu i "popiła" śniegiem z podwórka. Kolejna próba samobójcza miała miejsce, gdy Olga - wówczas już Kora - była związana z ruchem hippisowskim. Nastoletnia dziewczyna w subkulturze odnalazła ludzi takich jako ona - oryginalnych, artystyczne dusze, niepasujących do szarej rzeczywistości PRL. Jednym z nich był Ryszard Terlecki, członek PiS i obecny wicemarszałek Sejmu. Wówczas mężczyzna znany był wśród hippisów pod pseudonimem Pies.

Byłam niewinną dziewczyną, aż pewnego razu w deszczu objawiło się mnie i chłopakowi o pseudonimie Pies, że się bardzo kochamy. Tak bardzo się wtedy zakochałam, że straciłam swoją osobowość. (..) Bardzo mnie dręczył. Nasz związek miał taki trochę sadomasochistyczny charakter. Stwierdziłam, że należy to zakończyć. Zdradziłam go na jego oczach - wspominała Kora w swojej autobiografii.
Zobacz wideo

Spotykając się z Terleckim, Kora zaczęła eksperymentować z narkotykami. Brała min. fenmetrazynę – jugosłowiański lek na odchudzanie podobny do amfetaminy. Mniej więcej w tym okresie Kora próbowała się zabić, podcinając sobie żyły. Znalazła ją i odratowała sąsiadka. Doświadczenie sprawiło, że młoda kobieta zrozumiała, iż pragnie żyć. Wyszła z depresji, rzuciła się wir życia artystycznego Krakowa. Była stałą bywalczynią miejsc takich jak Krzysztofory czy Piwnica pod Baranami. To właśnie tam poznała człowieka, który miał zmienić jej życie - to prywatne, bo został jej pierwszym mężem i ojcem syna, ale też zawodowe. Bo to właśnie razem z Markiem Jackowskim Kora przez lata tworzyła zespół Maanam.

Poczułam się nagle bardzo zmęczona i miałam wrażenie, jakbym dobiła do jakiejś przystani. Marek był tą przystanią - wspominała Kora.

Ona i Jackowski wzięli ślub w grudniu 1971 roku. Panna młoda była już wówczas w ciąży z pierwszym synem, Mateuszem. Drugi, Kamil, urodził się w 1976 roku. Ale choć Marek Jackowski był przekonany, że starsze dziecko jest jego, prawda była inna.

KoraKora Kolyga/REPORTER / MICHAL KOLYGA/REPORTER

Kora poznała Kamila Sipowicza, kiedy przeprowadziła się wraz z mężem i synem do Warszawy. Był ich sąsiadem, a pewnej nocy przyśnił się artystce.

Miałam dwadzieścia trzy lata, on dwadzieścia jeden. To był sen jasny, piękny, erotyczny, ale nie taką bezpośrednią erotyką, takich snów nie mam. Zaczęłam wtedy patrzeć na tego sąsiada z siódmego piętra inaczej. Tak to się zaczęło - wspominała Olga Jackowska w książce "Kora, Kora. A planety szaleją".

Wkrótce potem pomiędzy Korą i Sipowiczem nawiązał się romans. Artystka zaszła w ciążę, ale postanowiła wówczas nie wyjawiać prawdy o tym, kto jest ojcem dziecka. Prawdę ukrywała przez 10 lat. Po latach wspominała, że na drodze związku jej i Sipowicza stanęła wówczas matka mężczyzny, która nigdy jej nie lubiła. Po pewnym czasie para zamieszkała jednak wspólnie i pozostała razem do końca życia Kory.

Dwie linie życia

W 1976 roku Kora dołączyła do nowego zespołu Marka Jackowskiego - Maanamu. Początkowo zajmowała się pisaniem tekstów piosenek. Ale jej rola wkrótce miała się zmienić. Kiedy w 1980 roku Maanam wystąpił na festiwalu w Opolu, nikt nie miał wątpliwości, ze to śpiewająca utwór "Boskie Buenos" Kora jest na scenie najjaśniejszą gwiazdą. Od tamtej pory jej kariera potoczyła się błyskawicznie. Jej piosenki i sceniczna energia porywały tłumy. Fani dosłownie oszaleli na punkcie Kory. Kobiety kopiowały jej stylizacje, mężczyźni na drzwiach mieszkania pisali wyznania miłości. Jednocześnie Kora wychowywała dwójkę małych dzieci i prowadziła dom. Te dwie pełnione w tym samym czasie role nazwała w swojej autobiografii "dwoma liniami życia".

Jak często zdarzało się w przypadku gwiazd w czasach PRL-u, sukces na scenie i uwielbienie fanów wcale nie miało odzwierciedlenia w stanie konta.

Przez większość mojego życia nie miałam pieniędzy i uważam, że byłam bardzo szczęśliwa. Prowadziłam bardzo ciekawe życie i to, że nie miałam pieniędzy, nie umniejszało w ogóle mojej wartości jako człowieka - wspominała Kora.

W przypadku Kory problemy finansowe były w dużej mierze efektem jej bezkompromisowości. Artystka zawsze była antysystemowa, nie zgadzała się na wyjazdy na koncerty do ZSRR, ani na granie dla komunistycznej młodzieży. Kroplą, która przepełniła kielich goryczy, była odmowa występu na spotkaniu Komunistycznej Młodzieży z Polski i ZSRR w Sali Kongresowej warszawskiego Pałacu Kultury w 1984 roku. Na zlocie obecny był między innymi mający wkrótce zostać premierem Związku Radzieckiego Nikołaj Ryżkow. Konsekwencją był wydany przez władze PRL zakaz emisji utworów Maanamu w radiu i telewizji. Udało się go jednak ominąć. Notowane wysoko na liście przebojów radiowej Trójki utwory zespołu zastąpiono zapętloną partią samej perkusji - charakterystycznymi werblami z piosenki "To tylko tango". Tym sposobem utwór stał się sprzeciwem wobec władz, a partia perkusji ikoną dla innych artystów, którzy tak jak członkowie Maanamu nie godzili się na fundowaną przez władze rzeczywistość. Wreszcie władze zdjęły zakaz, jednak zespół w 1986 się rozpadł. Powrócił w latach 90. w wielkim stylu.

Pożegnanie ikony

Nowa rzeczywistość sprawiła, że Maanam mógł w pełni rozwinąć skrzydła. Choć Kora była już wówczas po rozwodzie z Markiem Jackowskim, tych dwoje potrafiło wówczas oddzielić życie prywatne od zawodowego. Wreszcie pojawiły się godne gwiazdy tak wielkiego formatu zarobki. Ale w wywiadzie dla programu "Uwaga" TVN Kora wyznała, że zbyt wiele poświęciła dla kariery.

Bardzo ciężko pracowałam, taką mam konstatację, że my za dużo pracujemy. Doprowadziłam się do wykończenia totalnego, za mało odpoczywałam, za mało korzystałam ze świata, za mało korzystałam z pieniędzy, które zarobiłam. Żyłam za mało luksusowo - przyznała artystka.

Kora, Kamil Sipowicz i Ramona na EFNI 2016Kora, Kamil Sipowicz i Ramona na EFNI 2016 Wojciech Strozyk/REPORTER / WOJCIECH STROZYK/REPORTER

Cena za wycieńczający tryb życia okazała się zbyt wysoka. W pewnym momencie Kora zaczęła się skarżyć na chroniczne zmęczenie. Lekarze przepisywali leki, ale nie zdiagnozowali właściwie choroby. Kiedy wreszcie jednemu z nich się to udało, było już za późno. U Olgi Jackowskiej zdiagnozowano nowotwór jajnika w czwartym stadium. Choć natychmiast ją operowano i zastosowano serie wycieńczających chemioterapii, choroba postępowała. Artystka była niezwykle dzielna. Kiedy okazało się, że lek, który może uratować jej życie, kosztuje ponad 20 tysięcy złotych dziennie, głośno żądała od państwa jego refundacji. Kora nie przestała też pracować, występowała nawet jako jurorka w programie "Must be the music". Kiedy nie miała już na to siły, program zniknął z anteny, bo jego twórcy i fani nie wyobrażali sobie, by ktokolwiek mógł Korę zastąpić.

KoraKora Tomasz Zukowski / Tomasz Zukowski/East News

Artystka zmagając się z chorobą musiała też walczyć z ogromnym zainteresowaniem mediów. Nie chciała udzielać wywiadów na temat swojego stanu zdrowia. Aby uciec przed wszechobecnymi paparazzi, zaszyła się w domu na Roztoczu wraz z Kamilem Sipowiczem, z którym w ostatnich latach życia wzięła ślub. Pisała teksty na nową płytę, którą planowała nagrać. Nie zdążyła. Odeszła nad ranem 28 lipca 2018 roku.