Zagadkowa śmierć Patryka Palczyńskiego na morzu. Według śledczych sam się związał. Rodzina mówi o zbrodni

Ciało Patryka Palczyńskiego zostało wyłowione w lipcu 2010 roku. Dowody wskazywały na to, że doszło do morderstwa. Prokuratura uznała jednak jego śmierć za samobójstwo. Do dziś najbliżsi zmarłego walczą o sprawiedliwość.
Zagadkowa śmierć Patryka Palczyńskiego na morzu
Fot. YouTube/@Wyjaśnić-Niewyjaśnione, Dominik Werner / Agencja Wyborcza.pl,

Patryk Palczyński urodził się 3 czerwca 1985 r. w Gdyni. Był synem Julitty i Bogusława. Od wczesnego dzieciństwa był związany z Bałtykiem, a życie chciał poświęcić żeglarstwu, które było jego pasją. Już jako czterolatek spędzał czas na pokładzie jachtu. Planował studia na Akademii Morskiej, ale nie otwarto kierunku, który go interesował. Postanowił zatrudnić się na statkach, które wypływały w dalekie rejsy. Pierwsza z jego wypraw trwała półtora roku. Gdy jednak wrócił z Karaibów, najbliżsi zauważyli zmianę w jego zachowaniu. Z otwartej i wesołej osoby, stał się skryty i milczący. Unikał rozmów o ostatnim z rejsów. Spędzał dużo czasu przed komputerem i ukrywał korespondencje z tajemniczą osobą. Planował kolejną wyprawę, a najbliżsi nie wiedzieli, że więcej się z nim nie zobaczą.

Zobacz wideo Gdzie jest Karolina Wróbel? Przed zaginięciem zadała siostrze dziwne pytanie

Patryk Palczyński wypłynął w rejs. Nie dawał znaku życia, a jego mama odkryła coś niepokojącego

W 2010 roku Palczyński zaplanował kolejną podróż, choć nie chciał zdradzać szczegółów na jej temat. Wiadomo, że wymeldował się z urzędu, co było standardem w jego sytuacji. Jako nowe miejsce zamieszkania podał Nową Zelandię. Zadeklarował, że do Polski wróci w 2012 roku. 2 czerwca 2010 roku rodzina świętowała 25. urodziny Patryka. Tego dnia wypłynął również w rejs. Jego mama była jednak zdziwiona, gdy odprowadzając go do portu, syn zabrał niewiele rzeczy - kilka ubrań i kilkanaście lub też kilkadziesiąt euro i 50 dolarów. Tuż po rozstaniu z mamą Patryk wysłał jej pokrzepiającą wiadomość: "No dobra, już zaraz wyjazd. Będę musiał wyłączyć telefon. Pozdrawiam gorąco i głowa do góry".

Od tego czasu pani Julitta nie nawiązała kontaktu z synem, co zaczęło ją martwić. To spowodowało, że po trzech tygodniach udała się na policję. Funkcjonariusze ją jednak zbyli. Uznali, że dorosły syn mógł uciec od toksycznej matki. Pani Julitta postanowiła działać na własną rękę. Zaczęła od przeszukania komputera syna. Tam znalazła kilkanaście kont mailowych, z których regularnie korzystał Patryk. Jak się jednak okazało, wszystkie maile z ostatnich trzech lat zostały usunięte. 

Z Bałtyku wyłowiono zwłoki. Śledczy popełnili wiele błędów 

14 lipca, siedem kilometrów od portu w Gdańsku, wyłowiono zwłoki mężczyzny, który miał związane ręce, a do ciała przyczepione były dwie płyty chodnikowe - ważące po 20 kilogramów. Śledczy skontaktowali się z matką Patryka. Pani Julitta po okazaniu zwłok przyznała, że to ubrania Patryka, ale nie umiała potwierdzić, że to jej syn. Ze względu na zaawansowany rozkład identyfikacja była znacząco utrudniona. Dzięki badaniom DNA udało się potwierdzić, że znaleziony mężczyzna to Patryk Palczyński. Wiele wskazywało na to, że doszło tu do zbrodni.

Matka zmarłego zauważyła jednak niepokojącą rzecz - naszyjnik, którego nigdy u syna nie widziała, a jej słowa potwierdzili również jego znajomi. Na linach, które krępowały ręce Palczyńskiego, oprócz śladów śledczego (ten nie założył rękawiczek) pojawiły się ślady DNA dwóch nieznanych mężczyzn, których nie znaleziono w bazie danych. Patomorfolog rozciął węzły na sznurach, które krępowały ciało, zanim zrobiono im zdjęcia. Wyjaśnieniem tego miało być to, że w aparacie policyjnego fotografa skończył się film. Analiza mogła pomóc w rozpoznaniu, czy węzły wykonał amator czy żeglarz. Śledczy nie przeanalizowali również zegarka, który miał na sobie Patryk, choć matka o to zabiegała. Gadżet zatrzymywał się bowiem, gdy przestawał być noszony - wskazywał datę 8 czerwca. Analiza sygnału z zegarka wskazywała, że mężczyzna mógł być przetrzymywany w okolicach budynku Sea Towers w Gdyni. 

Na dodatek policja za późno wystąpiła o uzyskanie nagrania z kamer w porcie w Gdyni - tam właśnie Patryk wsiadł na pokład. Materiał został na zawsze utracony. Emocje wzbudził również fakt, że w kieszeni zmarłego znaleziono 20 dolarów - choć zapewniano, że Patryk wziął ze sobą banknot 50 dolarowy. Nie wiadomo, w jakich okolicznościach udało mu się tak szybko wymienić bądź wydać gotówkę. W dokumentach pojawiła się również rozbieżność co do opisu ułożenia rąk zmarłego. W jednych protokołach pojawiła się informacja, że dłonie miał związane z przodu, w innych, że z tyłu ciała. Ostatecznie śledczy uznali, że Patryk popełnił samobójstwo, co oburzyło jego rodzinę. 

Rodzina twierdzi, że Patryk Palczyński padł ofiarą przestępstwa

Do dziś rodzina nie może pogodzić się z tym, że sprawa Patryka została umorzona. Prokuratura uważa, że działania mężczyzny przed wypłynięciem w rejs były "zamknięciem rozdziału" - oddał dług znajomemu, wymeldował się z mieszkania oraz skasował maile. Bliscy uważają, że Palczyński zobaczył coś, czego nie powinien. W narracji rodziny pojawiają się takie wątki, jak przemyt narkotyków oraz handel ludźmi. Według nich w mailach mogła znajdować się korespondencja, która zawierała dowody szantażu. Do dziś nie udało się ustalić, co rzeczywiście się wydarzyło. 

Więcej o: