Amerykańska aktorka trafiła do szpitala. Świadkowie: Wykrzykiwała, że jej matka jest wiedźmą i że nadchodzi koniec świata

Mischa Barton trafiła do szpitala po tym jak na terenie swojego domu zachowywała się w bardzo niepokojący sposób. Takie informacje obiegły dziś zagraniczne media.

Mischa Barton w czwartek rano trafiła pod obserwację lekarzy. Jak podaje TMZ, powodem było jej dziwne zachowanie, które zaniepokoiło przyjaciół i sąsiadów. Aktorka w samej koszuli na tarasie swojego domu wykrzykiwała, że "jej matka jest wiedźmą, nadchodzi koniec świata", a także mówiła coś o swoim psie Ziggym Starduście.

O Boże, to koniec! Czuję to, to złość!

Zastępca szeryfa i pracownicy straży pożarnej przyjechali na miejsce zdarzenia po zawiadomieniu, że aktorka może stanowić zagrożenie dla samej siebie.

Służby porządkowe w rozmowie z TMZ przyznały, że Barton trafiła do szpitala, gdzie poddana została obserwacji. Na razie nie wiadomo, co ustalili lekarze i w jakiej jest kondycji psychicznej. Niedługo jednak po tym incydencie aktorka, która dwa dni temu skończyła 31 lat, podziękowała na Twitterze za wszystkie życzenia.

Dziękuję wszystkim za wiadomości i życzenia urodzinowe.

Post został już jednak skasowany.

To nie pierwszy raz, gdy Barton zmaga się z problemami natury psychicznej. W 2009 roku również została zatrzymana i trafiła pod opiekę specjalistów. Sklasyfikowano ją wówczas jako przypadek "5150", czyli osobę, która może bez dobrowolnej zgody zostać zatrzymana na 72-godzinną obserwację psychiatryczną. Wówczas powodem jej załamania były problemy z matką. Aktorka oskarżała ją o defraudację pieniędzy i nieruchomości, które należały także do niej. Barton miała też kłopoty finansowe i cierpiała z powodu załamania się jej obiecującej kariery. Wielkim powrotem miał być udział w "Tańcu z Gwiazdami", ale aktorka odpadła już po trzecim odcinku.

Mamy nadzieję, że Barton szybko powróci do formy.

AW