Wywiad

Wnuczka legendy sportu usłyszała wstrząsającą diagnozę. Przeszła przez piekło bólu i strachu

Norbert Żyła
Weronika Lato, wnuczka Grzegorza Laty, w jednej chwili dowiedziała się, że choroba może odebrać jej wszystko. Dziś wróciła do sportu i mówi wprost, że wygrała życie. W rozmowie z Plotkiem opowiedziała o swojej trudnej drodze i relacjach ze znanym dziadkiem.
Wnuczka Grzegorza Laty dorastała w cieniu legendy. Największą walkę musiała stoczyć z chorobą
Instagram @__lato__ / Grzegorz Celejewski / Agencja Wyborcza.pl

Weronika Lato jest mistrzynią Polski w windsurfingu oraz wnuczką legendy futbolu - Grzegorza Laty. Gdy usłyszała diagnozę: rak kości, wydawało się, że jej sportowa droga dobiega końca. Wróciła jednak silniejsza niż kiedykolwiek, a niezwykłą drogę od choroby do zwycięstwa 25-latka pokazała w filmie dokumentalnym "Reborn on Water - The Second Life" w reżyserii Maxa Brinnicha. Produkcja zadebiutuje w sieci już 1 marca. W rozmowie z Norbertem Żyłą z redakcji Plotek.pl sportsmanka opowiedziała o swojej trudnej drodze oraz dorastaniu w cieniu legendy.

Zobacz wideo Znany komentator dowiedział się, że ma nowotwór. "Dość dziwny ból"

Norbert Żyła, Plotek.pl: Kim dla ciebie prywatnie jest Grzegorz Lato - bardziej dziadkiem czy ikoną?

Weronika Lato: Dziadek zawsze był dziadkiem. W domu nie rozmawialiśmy raczej o piłce, choć pamiętam, że w tle na telewizorze zawsze leciał jakiś mecz. Dziadek zabierał mnie na kort tenisowy, spędzał ze mną czas, kupował lody tak, żeby rodzice nie widzieli, bo wnusia chciała. Dopiero z wiekiem zrozumiałam, jak wielkie są jego osiągnięcia i wtedy, oprócz kochającego dziadka, stał się też dla mnie ogromnym wzorem sportowym.

Jak wspominasz swoje dzieciństwo? Czy pamiętasz moment, w którym zrozumiałaś, kim naprawdę jest twój dziadek dla kibiców?

Bardzo dobrze wspominam swoje dzieciństwo. Moja rodzina od zawsze otaczała mnie ogromną miłością, wsparciem i zrozumieniem. Dawała mi poczucie bezpieczeństwa i otwierała przede mną każdą drogę, o jakiej marzyłam. Chciałam tańczyć - tańczyłam. Chciałam chodzić na balet - chodziłam. Moi rodzice inwestowali każdą, ostatnią złotówkę w moje marzenia. Za to będę im dozgonnie wdzięczna.

Dopiero w szkole podstawowej tak naprawdę uświadomiłam sobie, jak wielką postacią w świecie sportu jest mój dziadek i jak ogromne znaczenie ma jego nazwisko. Miłość i szacunek kibiców do jego osoby rozpierały mnie dumą, ale stały się też silną motywacją do ciężkiej pracy.

Czy pamiętasz rozmowy z dziadkiem? Jakie one były? Jaki macie aktualnie kontakt?

Pamiętam je bardzo dobrze. Nasze rozmowy były dla mnie bardzo cenne. Dziadek nigdy nie owijał w bawełnę, potrafił słuchać i dawał mi cenne rady, nie tylko dotyczące sportu, ale też życia. Uczył mnie pokory, konsekwencji i wiary w siebie. Do dziś mamy bliski kontakt - regularnie rozmawiamy, a on nadal jest dla mnie ogromnym autorytetem, ale w moim sercu zawsze będzie dziadkiem.

Czy dorastanie w cieniu sportowej legendy było dla ciebie wyzwaniem?

Tak, było to pewne wyzwanie, do dzisiaj jest, ale raczej motywujące niż przytłaczające. Od młodych lat miałam świadomość, z jak wielkim nazwiskiem jestem kojarzona, co wiązało się z oczekiwaniami. Ale zamiast presji czułam przede wszystkim inspirację - chciałam budować własną drogę, pozostając wierna wartościom, które wyniosłam z domu. Dziadek nigdy nie wywierał na mnie presji, wręcz przeciwnie, od początku mówił, jak ciężkim kawałkiem chleba do zgryzienia jest kariera sportowa.

Dlaczego wybrałaś windsurfing, a nie piłkę nożną czy inny sport?

Odpowiedź na to pytanie jest bardzo prosta. W swoim życiu próbowałam wielu sportów - trenowałam zawodowo taniec towarzyski, grałam w tenisa i ćwiczyłam gimnastykę artystyczną. Jednak tak naprawdę szczęśliwa czułam się tylko w wodzie. Windsurfingu spróbowałam po raz pierwszy we Francji, gdy miałam pięć lat. Dziś nie wyobrażam sobie bez niego życia - to nie tylko dyscyplina, ale część mnie.

Co dał ci sport, jeszcze zanim pojawiła się choroba?

Sport od najmłodszych lat kształtował mnie jako człowieka. Nauczył mnie dyscypliny, systematyczności i wytrwałości w dążeniu do celu. Dał mi pewność siebie, której na co dzień trochę mi brakowało, nauczył radzić sobie z porażkami i cieszyć się z małych sukcesów. Był też ogromną szkołą odpowiedzialności - nie raz i nie dwa musiałam poświęcić życie prywatne na rzecz sportu, przez co czułam się w szkole odizolowana od innych. Ale co najważniejsze, dawał mi poczucie wolności i radości, był przestrzenią, w której mogłam być sobą i realizować swoje pasje.

Kim była Weronika Lato przed diagnozą? O czym wtedy marzyłaś?

Przed diagnozą byłam przede wszystkim młodą dziewczyną, kochającą zwiedzać świat, realizującą się sportowo. Wyznaczałam sobie kolejno małe cele i stopniowo do nich dążyłam. Marzyłam o rozwoju sportowym, kolejnych sukcesach i o tym, by stale przekraczać własne granice. Patrzyłam w przyszłość z dużym optymizmem, wierząc, że ciężka praca pozwoli mi osiągnąć wszystko, co sobie zaplanuję.

Jak dziadek zareagował, gdy dowiedział się o twojej chorobie?

Dziadek bardzo przejął się moją diagnozą - widziałam i czułam to, ale robił wszystko, żeby tego nie pokazać, by być dla mnie wsparciem psychicznym. Od samego początku byłam bardzo załamana i trudno mi było zrozumieć, co się dzieje. Grzesiu konsekwentnie powtarzał, że wszystko będzie dobrze, że jestem silna i sobie poradzę. W tamtym momencie trudno mi było w to uwierzyć, ale miał rację. Sportowcy mają mocną głowę, choć czasami zapominamy, jak wielką siłę to daje. Jestem ogromnie wdzięczna dziadkowi, że nigdy we mnie nie zwątpił i zawsze podnosił mnie na duchu. I nie tylko jemu. Moi rodzice dzień w dzień walczyli o to, żeby psychicznie przygotować mnie do tego, co będzie po operacji, żebym była świadoma, że jeśli dam z siebie wszystko, to na pewno mi się uda.

Pamiętasz dokładnie dzień, w którym usłyszałaś diagnozę?

Tak, pamiętam ten dzień bardzo dokładnie. To dzień, o którym wolałabym zapomnieć. Byłam wtedy na wizycie z mamą. Weszłyśmy do gabinetu jako ostatnie - mój lekarz prowadzący celowo zostawił mnie na koniec, spodziewając się mojej reakcji. Z całej rozmowy dotarły do mnie tylko pojedyncze słowa: rak kości, złośliwy, radykalna resekcja, koniec windsurfingu. W jednej chwili osunęłam się na podłogę. Wpadłam w histerię, nie mogłam złapać oddechu, dusiłam się od natłoku emocji. Lekarz i mama próbowali mnie uspokoić, ale ja miałam wrażenie, że całe życie przelatuje mi przed oczami.

W tamtym momencie wypowiedziałam słowa, które wiem, że bardzo zraniły moją rodzinę: że nie chcę żadnej operacji, że wolę wiedzieć, ile mam czasu, i spędzić każdą ostatnią minutę na desce. To było okrutne i samolubne, ale wtedy - szczere. Nie potrafiłam wyobrazić sobie życia bez windsurfingu. Gdy wyszłyśmy z gabinetu, zaczęłam wymiotować na korytarzu. Nie byłam w stanie udźwignąć diagnozy, którą właśnie usłyszałam. Patrząc na to teraz, rozumiem, że w tamtej chwili walczyłam nie tylko o życie, ale też o swoją pasję i to, kim jestem.

Co w tamtym momencie było dla ciebie najtrudniejsze?

Najtrudniejsze było dla mnie zrozumienie, że takie rzeczy po prostu się zdarzają. Dzień w dzień zadawałam sobie pytania: dlaczego ja? Czy jestem złym człowiekiem? Czy na to zasłużyłam? W takich sytuacjach myślę, że to największe wyzwanie, z jakim trzeba się zmierzyć - pogodzić się z tym, że w życiu wiele rzeczy jest losowych. Życie nie jest proste, jest nieprzewidywalne i często to właśnie ta świadomość okazuje się trudniejsza niż sam ból fizyczny czy choroba. Z czasem zrozumiałam jednak, że takim myśleniem niczego nie osiągnę. Jeśli chcę iść do przodu, pierwszym krokiem musiało być zajęcie się swoją głową i wzmocnienie jej.

Czy był moment, w którym bałaś się, że nie wrócisz do normalnego życia?

Tak, zdecydowanie był taki moment. Pierwszy miesiąc po operacji to był ból nie do opisania. Poruszenie jakąkolwiek częścią ciała, nawet o milimetr, wydawało się niemożliwe. Dla osoby wysportowanej, samodzielnej i przyzwyczajonej do pełnej kontroli nad własnym ciałem był to ogromny szok. Nagle nie byłam w stanie sama pójść do łazienki, ubrać się, usiąść ani nawet wygodnie się położyć. W takich chwilach naprawdę myślałam, że wszystko jest stracone i że już nigdy nie wrócę do pełnej sprawności.

Co pomagało w tych najciemniejszych momentach?

Przede wszystkim wsparcie mojej rodziny, przyjaciół, bliskich i mojego chłopaka. Ich obecność, rozmowy i wiara we mnie dawały mi siłę wtedy, gdy sama jej nie miałam. Ogromną motywacją było też udowodnienie wszystkim, którzy we mnie nie wierzyli, że się mylili - że wyjdę z tego silniejsza niż kiedykolwiek wcześniej. Wiele osób odsunęło się po diagnozie - może ze strachu, a może czekali, aż "będzie łatwiej". To tylko rozpaliło we mnie jeszcze większą determinację. Nie wiedzieli nawet, jak bardzo jestem im za to wdzięczna, bo każdy taki moment utwierdzał mnie w tym, że nic mnie nie złamie.

Czy pamiętasz chwilę, w której poczułaś: "znowu żyję"?

Oj, tak. Po niecałych czterech miesiącach, kiedy praktycznie nie byłam w stanie nic zrobić, stanęłam znowu na desce. I nie tylko stanęłam - przepracowałam całe cztery miesiące sezonu windsurfingowego w Grecji. Bolało, było ciężko i wymagało konsekwentnej rehabilitacji, ale czułam, że znowu żyję, że znów jestem naprawdę szczęśliwa i spełniona. Było to uczucie nie do opisania.

Jak choroba zmieniła twoje podejście do własnego ciała i jego granic?

Przede wszystkim zrozumiałam, jak niesamowite jest ludzkie ciało. Po wyjściu ze szpitala zdecydowałam się zrezygnować z leków przeciwbólowych. Dziesięć dni po operacji, mimo przeszywającego bólu, odstawiłam wszystkie medykamenty. Chciałam czuć, jak komórka po komórce mój organizm się rekonstruuje. Było to jedno z najciekawszych i najtrudniejszych doświadczeń, jakie przeżyłam - ale było warto. Zrozumienie własnego ciała, tego, jak działa i funkcjonuje, okazało się niesamowite. Musiałam też pogodzić się z tym, że będę miała ogromną bliznę na plecach do końca życia. Ale będę ją nosić z dumą. Blizn nie można się wstydzić - są świadectwem naszej siły, wytrwałości i walk, które przetrwaliśmy. I zrozumiałam, że nie chodzi o to, by wyglądać idealnie, ale o to, by poprzez takie doświadczenia pokazać swoją najszczerszą, najsilniejszą stronę.

Co dziś znaczy dla ciebie zdanie: "wygrałam życie"?

"Wygrałam życie" - to znaczy, że stoczyłam najtrudniejszą walkę, jaką każdy z nas toczy z samym sobą, i wygrałam. Dziś jestem w miejscu, w którym chcę być. Rozwijam się sportowo, jestem zdrowa i, co najważniejsze, naprawdę ŻYJĘ.

Czy czujesz w sobie misję, by mówić o tym, że można przejść najgorsze?

Powiem szczerze - tak. Czuję się w pewien sposób zobowiązana do opowiadania swojej historii i dzielenia się nią. W internecie codziennie ludzie dzielą się rzeczami, które w gruncie rzeczy są nieistotne. Dlaczego więc nie wykorzystać platform, którymi się otaczamy, do szerzenia dobra i niesienia pomocy? Niby oczywiste, a jednak tak rzadko się to robi.

O czym dziś marzysz najbardziej - prywatnie i sportowo?

Prywatnie marzę o tym, żeby w życiu otaczać się miłością i szczerością - zarówno od innych, jak i od samej siebie. Sportowo? Planuję za kilka miesięcy wystartować w zawodach windsurfingowych w kategorii freestyle. Przede mną jeszcze ogrom pracy, ale jestem zdeterminowana, żeby świat o mnie usłyszał.

Gdybyś mogła powiedzieć jedno zdanie osobie, która właśnie usłyszała diagnozę - jakie by to było?

Mój chirurg, dr n. med. Bartłomiej Szostakowski, podczas wywiadu do filmu powiedział jedno zdanie, które na zawsze pozostanie w mojej pamięci i które każdy powinien usłyszeć: "W medycynie jest jak w kinie - wszystko jest możliwe".

Norbert Żyła
Więcej o: