Weronika Lato jest mistrzynią Polski w windsurfingu oraz wnuczką legendy futbolu - Grzegorza Laty. Gdy usłyszała diagnozę: rak kości, wydawało się, że jej sportowa droga dobiega końca. Wróciła jednak silniejsza niż kiedykolwiek, a niezwykłą drogę od choroby do zwycięstwa 25-latka pokazała w filmie dokumentalnym "Reborn on Water - The Second Life" w reżyserii Maxa Brinnicha. Produkcja zadebiutuje w sieci już 1 marca. W rozmowie z Norbertem Żyłą z redakcji Plotek.pl sportsmanka opowiedziała o swojej trudnej drodze oraz dorastaniu w cieniu legendy.
Weronika Lato: Dziadek zawsze był dziadkiem. W domu nie rozmawialiśmy raczej o piłce, choć pamiętam, że w tle na telewizorze zawsze leciał jakiś mecz. Dziadek zabierał mnie na kort tenisowy, spędzał ze mną czas, kupował lody tak, żeby rodzice nie widzieli, bo wnusia chciała. Dopiero z wiekiem zrozumiałam, jak wielkie są jego osiągnięcia i wtedy, oprócz kochającego dziadka, stał się też dla mnie ogromnym wzorem sportowym.
Bardzo dobrze wspominam swoje dzieciństwo. Moja rodzina od zawsze otaczała mnie ogromną miłością, wsparciem i zrozumieniem. Dawała mi poczucie bezpieczeństwa i otwierała przede mną każdą drogę, o jakiej marzyłam. Chciałam tańczyć - tańczyłam. Chciałam chodzić na balet - chodziłam. Moi rodzice inwestowali każdą, ostatnią złotówkę w moje marzenia. Za to będę im dozgonnie wdzięczna.
Dopiero w szkole podstawowej tak naprawdę uświadomiłam sobie, jak wielką postacią w świecie sportu jest mój dziadek i jak ogromne znaczenie ma jego nazwisko. Miłość i szacunek kibiców do jego osoby rozpierały mnie dumą, ale stały się też silną motywacją do ciężkiej pracy.
Pamiętam je bardzo dobrze. Nasze rozmowy były dla mnie bardzo cenne. Dziadek nigdy nie owijał w bawełnę, potrafił słuchać i dawał mi cenne rady, nie tylko dotyczące sportu, ale też życia. Uczył mnie pokory, konsekwencji i wiary w siebie. Do dziś mamy bliski kontakt - regularnie rozmawiamy, a on nadal jest dla mnie ogromnym autorytetem, ale w moim sercu zawsze będzie dziadkiem.
Tak, było to pewne wyzwanie, do dzisiaj jest, ale raczej motywujące niż przytłaczające. Od młodych lat miałam świadomość, z jak wielkim nazwiskiem jestem kojarzona, co wiązało się z oczekiwaniami. Ale zamiast presji czułam przede wszystkim inspirację - chciałam budować własną drogę, pozostając wierna wartościom, które wyniosłam z domu. Dziadek nigdy nie wywierał na mnie presji, wręcz przeciwnie, od początku mówił, jak ciężkim kawałkiem chleba do zgryzienia jest kariera sportowa.
Odpowiedź na to pytanie jest bardzo prosta. W swoim życiu próbowałam wielu sportów - trenowałam zawodowo taniec towarzyski, grałam w tenisa i ćwiczyłam gimnastykę artystyczną. Jednak tak naprawdę szczęśliwa czułam się tylko w wodzie. Windsurfingu spróbowałam po raz pierwszy we Francji, gdy miałam pięć lat. Dziś nie wyobrażam sobie bez niego życia - to nie tylko dyscyplina, ale część mnie.
Sport od najmłodszych lat kształtował mnie jako człowieka. Nauczył mnie dyscypliny, systematyczności i wytrwałości w dążeniu do celu. Dał mi pewność siebie, której na co dzień trochę mi brakowało, nauczył radzić sobie z porażkami i cieszyć się z małych sukcesów. Był też ogromną szkołą odpowiedzialności - nie raz i nie dwa musiałam poświęcić życie prywatne na rzecz sportu, przez co czułam się w szkole odizolowana od innych. Ale co najważniejsze, dawał mi poczucie wolności i radości, był przestrzenią, w której mogłam być sobą i realizować swoje pasje.
Przed diagnozą byłam przede wszystkim młodą dziewczyną, kochającą zwiedzać świat, realizującą się sportowo. Wyznaczałam sobie kolejno małe cele i stopniowo do nich dążyłam. Marzyłam o rozwoju sportowym, kolejnych sukcesach i o tym, by stale przekraczać własne granice. Patrzyłam w przyszłość z dużym optymizmem, wierząc, że ciężka praca pozwoli mi osiągnąć wszystko, co sobie zaplanuję.
Dziadek bardzo przejął się moją diagnozą - widziałam i czułam to, ale robił wszystko, żeby tego nie pokazać, by być dla mnie wsparciem psychicznym. Od samego początku byłam bardzo załamana i trudno mi było zrozumieć, co się dzieje. Grzesiu konsekwentnie powtarzał, że wszystko będzie dobrze, że jestem silna i sobie poradzę. W tamtym momencie trudno mi było w to uwierzyć, ale miał rację. Sportowcy mają mocną głowę, choć czasami zapominamy, jak wielką siłę to daje. Jestem ogromnie wdzięczna dziadkowi, że nigdy we mnie nie zwątpił i zawsze podnosił mnie na duchu. I nie tylko jemu. Moi rodzice dzień w dzień walczyli o to, żeby psychicznie przygotować mnie do tego, co będzie po operacji, żebym była świadoma, że jeśli dam z siebie wszystko, to na pewno mi się uda.
Tak, pamiętam ten dzień bardzo dokładnie. To dzień, o którym wolałabym zapomnieć. Byłam wtedy na wizycie z mamą. Weszłyśmy do gabinetu jako ostatnie - mój lekarz prowadzący celowo zostawił mnie na koniec, spodziewając się mojej reakcji. Z całej rozmowy dotarły do mnie tylko pojedyncze słowa: rak kości, złośliwy, radykalna resekcja, koniec windsurfingu. W jednej chwili osunęłam się na podłogę. Wpadłam w histerię, nie mogłam złapać oddechu, dusiłam się od natłoku emocji. Lekarz i mama próbowali mnie uspokoić, ale ja miałam wrażenie, że całe życie przelatuje mi przed oczami.
W tamtym momencie wypowiedziałam słowa, które wiem, że bardzo zraniły moją rodzinę: że nie chcę żadnej operacji, że wolę wiedzieć, ile mam czasu, i spędzić każdą ostatnią minutę na desce. To było okrutne i samolubne, ale wtedy - szczere. Nie potrafiłam wyobrazić sobie życia bez windsurfingu. Gdy wyszłyśmy z gabinetu, zaczęłam wymiotować na korytarzu. Nie byłam w stanie udźwignąć diagnozy, którą właśnie usłyszałam. Patrząc na to teraz, rozumiem, że w tamtej chwili walczyłam nie tylko o życie, ale też o swoją pasję i to, kim jestem.
Najtrudniejsze było dla mnie zrozumienie, że takie rzeczy po prostu się zdarzają. Dzień w dzień zadawałam sobie pytania: dlaczego ja? Czy jestem złym człowiekiem? Czy na to zasłużyłam? W takich sytuacjach myślę, że to największe wyzwanie, z jakim trzeba się zmierzyć - pogodzić się z tym, że w życiu wiele rzeczy jest losowych. Życie nie jest proste, jest nieprzewidywalne i często to właśnie ta świadomość okazuje się trudniejsza niż sam ból fizyczny czy choroba. Z czasem zrozumiałam jednak, że takim myśleniem niczego nie osiągnę. Jeśli chcę iść do przodu, pierwszym krokiem musiało być zajęcie się swoją głową i wzmocnienie jej.
Tak, zdecydowanie był taki moment. Pierwszy miesiąc po operacji to był ból nie do opisania. Poruszenie jakąkolwiek częścią ciała, nawet o milimetr, wydawało się niemożliwe. Dla osoby wysportowanej, samodzielnej i przyzwyczajonej do pełnej kontroli nad własnym ciałem był to ogromny szok. Nagle nie byłam w stanie sama pójść do łazienki, ubrać się, usiąść ani nawet wygodnie się położyć. W takich chwilach naprawdę myślałam, że wszystko jest stracone i że już nigdy nie wrócę do pełnej sprawności.
Przede wszystkim wsparcie mojej rodziny, przyjaciół, bliskich i mojego chłopaka. Ich obecność, rozmowy i wiara we mnie dawały mi siłę wtedy, gdy sama jej nie miałam. Ogromną motywacją było też udowodnienie wszystkim, którzy we mnie nie wierzyli, że się mylili - że wyjdę z tego silniejsza niż kiedykolwiek wcześniej. Wiele osób odsunęło się po diagnozie - może ze strachu, a może czekali, aż "będzie łatwiej". To tylko rozpaliło we mnie jeszcze większą determinację. Nie wiedzieli nawet, jak bardzo jestem im za to wdzięczna, bo każdy taki moment utwierdzał mnie w tym, że nic mnie nie złamie.
Oj, tak. Po niecałych czterech miesiącach, kiedy praktycznie nie byłam w stanie nic zrobić, stanęłam znowu na desce. I nie tylko stanęłam - przepracowałam całe cztery miesiące sezonu windsurfingowego w Grecji. Bolało, było ciężko i wymagało konsekwentnej rehabilitacji, ale czułam, że znowu żyję, że znów jestem naprawdę szczęśliwa i spełniona. Było to uczucie nie do opisania.
Przede wszystkim zrozumiałam, jak niesamowite jest ludzkie ciało. Po wyjściu ze szpitala zdecydowałam się zrezygnować z leków przeciwbólowych. Dziesięć dni po operacji, mimo przeszywającego bólu, odstawiłam wszystkie medykamenty. Chciałam czuć, jak komórka po komórce mój organizm się rekonstruuje. Było to jedno z najciekawszych i najtrudniejszych doświadczeń, jakie przeżyłam - ale było warto. Zrozumienie własnego ciała, tego, jak działa i funkcjonuje, okazało się niesamowite. Musiałam też pogodzić się z tym, że będę miała ogromną bliznę na plecach do końca życia. Ale będę ją nosić z dumą. Blizn nie można się wstydzić - są świadectwem naszej siły, wytrwałości i walk, które przetrwaliśmy. I zrozumiałam, że nie chodzi o to, by wyglądać idealnie, ale o to, by poprzez takie doświadczenia pokazać swoją najszczerszą, najsilniejszą stronę.
"Wygrałam życie" - to znaczy, że stoczyłam najtrudniejszą walkę, jaką każdy z nas toczy z samym sobą, i wygrałam. Dziś jestem w miejscu, w którym chcę być. Rozwijam się sportowo, jestem zdrowa i, co najważniejsze, naprawdę ŻYJĘ.
Powiem szczerze - tak. Czuję się w pewien sposób zobowiązana do opowiadania swojej historii i dzielenia się nią. W internecie codziennie ludzie dzielą się rzeczami, które w gruncie rzeczy są nieistotne. Dlaczego więc nie wykorzystać platform, którymi się otaczamy, do szerzenia dobra i niesienia pomocy? Niby oczywiste, a jednak tak rzadko się to robi.
Prywatnie marzę o tym, żeby w życiu otaczać się miłością i szczerością - zarówno od innych, jak i od samej siebie. Sportowo? Planuję za kilka miesięcy wystartować w zawodach windsurfingowych w kategorii freestyle. Przede mną jeszcze ogrom pracy, ale jestem zdeterminowana, żeby świat o mnie usłyszał.
Mój chirurg, dr n. med. Bartłomiej Szostakowski, podczas wywiadu do filmu powiedział jedno zdanie, które na zawsze pozostanie w mojej pamięci i które każdy powinien usłyszeć: "W medycynie jest jak w kinie - wszystko jest możliwe".
Olejnik zapytała Owsiaka o jego wynagrodzenie. Lider WOŚP mówi wprost
Syn Bachledy-Curuś nie umie polskiego. Aktorka tłumaczy, dlaczego
Miał być kinowy hit, a wyszedł kit? Tak sprzedają się bilety na film o Melanii Trump
Gwiazdy błyszczały na premierze. Boczarska w czerni, Kręglicka w różu, Stenka z pazurem
Miller mieszka luksusowo, ale wnętrza nie są z katalogów. Ogród robi wrażenie
Była ikoną telewizji, dziś niemal nie wychodzi z domu. "Jestem sama jak palec"
Gwiazda "Alternatywy 4" ma problemy ze zdrowiem. Trafiła do szpitalnej części w domu opieki
Hładki wyjaśnia, czemu TVN odpuszcza walkę o sylwestra. "Tu się liczy Excel"
Małysz wspiera WOŚP. Rok temu zagotował się, gdy usłyszał, co o nim napisali dziennikarze