"Promienny chłopiec" miał być polskim Jamesem Deanem. Zginął w wieku 25 lat. Mówiono o fatum

Miał zaledwie 25 lat, a krytycy już porównywali go do Jamesa Deana. Andrzej Nardelli zachwycał talentem, urokiem osobistym i niezwykłą wrażliwością. Jego karierę przerwała tragedia, która wydarzyła się tuż przed ważnym występem w Opolu.
Andrzej Nardelli
Fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe

Andrzej Nardelli, nazywany "promiennym chłopcem", miał wszystko, by stać się jedną z największych gwiazd polskiej sceny. Zachwycał talentem, wrażliwością i niezwykłą charyzmą, a po przełomowej roli w Kordianie porównywano go nawet do Jamesa Deana. Z powodzeniem próbował swoich sił nie tylko w teatrze i filmie, lecz także w muzyce. Wraz z Magdą Umer planował występ na festiwalu w Opolu, a przed nim otwierały się kolejne możliwości. Niestety, obiecującą karierę przerwała tragedia. 11 czerwca 1972 roku 25-letni aktor utonął w Narwi. Choć wszystko wskazywało na nieszczęśliwy wypadek, okoliczności jego śmierci przez lata budziły wątpliwości. Pojawiały się nawet przypuszczenia, że młody artysta sam odebrał sobie życie. Nie zabrakło również opowieści o tajemniczym fatum, które miało ciążyć nad jego otoczeniem.

Zobacz wideo Chłopiec tonął na środku zatłoczonego basenu. Wokół spokojnie pływali inni ludzie

Kordian z Mysłowic

Andrzej Nardelli przyszedł na świat 7 kwietnia 1947 roku w Mysłowicach jako trzecie dziecko Stefanii i Waleriana Nardellich. W sumie rodzeństwa była siódemka, a oryginalne nazwisko zawdzięczali pochodzącemu z Włoch dziadkowi ojca. Rodzina miała artystyczne tradycje - wuj Zdzisław reżyserował słuchowiska radiowe, m.in. słynny cykl "Matysiakowie", a stryjeczny brat Piotr był słynnym baletmistrzem i pedagogiem tańca klasycznego. Również w Andrzeju oryginalne było nie tylko jego obco brzmiące nazwisko. Chłopiec od najmłodszych lat wyróżniał się na tle rówieśników niezwykłą wrażliwością artystyczną i ogromnym spokojem. "Był bardzo grzeczny. Za grzeczny jak na chłopca" - wspominała po latach siostra Andrzeja, Joanna.

Mama rodzeństwa, Stefania Nardelli, nauczycielka wychowania fizycznego w liceum, po śmierci męża pracowała na trzech etatach, aby utrzymać rodzinę. Znajdowała jednak czas na to, aby zaszczepić w dzieciach miłość do sztuki. Szczególnie podatni okazali się na to Andrzej i jego starsza o dwa lata siostra Maria, którzy trzy razy w tygodniu jeździli do szkoły muzycznej w Katowicach. On grał na skrzypcach, ona na fortepianie. Ale Andrzej nie tylko uwielbiał grać, śpiewać i tańczyć - od dziecka chciał zostać aktorem. Namawiał też rodzeństwo do odgrywania baśni braci Grimm i marzył o roli w musicalu, występował w szkolnych akademiach. "Nic im nie narzucałam. Wybierali, co chcieli. Andrzej nie miał usposobienia sportowego. On był romantykiem. Na tych akademiach był gwiazdą numer jeden" - wspominała matka aktora, Stefania Nardelli w filmie dokumentalnym w reżyserii Magdy Umer "Andrzej. Wspomnienie o Andrzeju Nardellim". A jego siostra Joanna dodawała: "Dyrektorka szkoły Maria Apollo siadała na akademiach w pierwszym rzędzie i prawie płakała, gdy Andrzej deklamował. My się z niej śmialiśmy, ale to ona widocznie pierwsza odkryła w Andrzeju talent".

Talent Andrzeja Nardellego dostrzegła też komisja rekrutacyjna Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej w Warszawie - dostał się za pierwszym razem. Ale na pierwszym roku koledzy mieli go za dziwaka. "Miał dużo zębów, był nadwrażliwy, nadruchliwy, o bardzo dziwnym ruchu, jakichś wygiętych do tyłu plecach. Wszyscy bardzo go lubili, bo był przewspaniałym kolegą, ale tak zawodowo nikt nie rokował mu większych nadziei" - opowiadał w filmie Magdy Umer Maciej Englert. Okazało się jednak, że w niepozornym młodzieńcu tkwił wielki potencjał. Jako pierwszy uwierzył w niego Adam Hanuszkiewicz, który w 1970 roku powierzył 23-letniemu wówczas Nardellemu rolę Kordiana. To był przełom w karierze młodego aktora. Powiedzieć, że świetnie wypadł, to mało, ponieważ po premierze dramatu Słowackiego krytycy orzekli, że Polska doczekała się swojego Jamesa Deana. Niestety, tak jak amerykański aktor, Nardelli nie miał okazji w pełni rozwinąć swojego potencjału.

"Promienna para"

Andrzej Nardelli był obdarzony nie tylko talentem aktorskim, ale i wokalnym. Występował w "Piwnicy" Wandy Warskiej i Andrzeja Kurylewicza - śpiewał tam poezję Norwida. Dobrze wychodziły mu też takie przeboje, jak "Wakacje z blondynką". Zagrał w kilku filmach, w tym w takich hitach jak "Nie lubię poniedziałku" i "Przygody psa Cywila". Jednak muzyka miała szczególne miejsce w jego sercu. Przez to chętnie brał udział w związanych z nią projektach, takich jak widowisko muzyczne "Jest czy się śni". Kręcono je wiosną 1972 roku w Bieszczadach. To właśnie wówczas Andrzej Nardelli poznał swoją bratnią duszę - Magdę Umer. "Pierwszy dzień zdjęciowy wypadał 7 kwietnia. To był dzień urodzin Andrzeja. Kończył 25 lat. Przyjechał do hotelu pociągiem i przywiózł taki wymiętoszony, zmęczony tort. Obiecywał, że w przyszłym roku będzie ten tort wypoczęty i będzie na nim 26 świeczek" - opowiadała Umer w swoim filmie dokumentalnym.

Tych dwoje wkrótce stało się niemal nierozłącznych - mieszkali zresztą niedaleko siebie. Połączyły ich jednak przede wszystkim zamiłowanie do muzyki i wspólne projekty artystyczne. "Błyszczał, promieniował miłością do świata i wiarą w Boga. Był bardzo religijny, ale nikomu tej religii nie narzucał. Nie mówił po śląsku, ale nigdy się nie wstydził, że jest ze Śląska. Nie wtopił się w Warszawę. On był obywatelem świata…" - mówiła o przyjacielu Magda Umer. "To był chłopiec we mgle. Gibki, lekki, cały płynął" - dodawała. Artystka nie skomentowała jednak plotek - ani o tym, jakoby miała ją z Nardellim połączyć romantyczna miłość (Stefania Nardelli mówiła, że jej syn chciał się ożenić z Magdą Umer, ale jego siostra kategorycznie temu zaprzeczyła), ani o rzekomym homoseksualizmie przyjaciela. "Czuło się u niego jakieś rozdwojenie. Andrzej nie mówił otwarcie, o co mu chodzi, a my mieliśmy taką zasadę, że nikt nie wchodził w butach do czyjegoś życia" - powiedziała tylko. Andrzej Nardelli i Magda Umer mieli wspólnie wystąpić podczas festiwalu w Opolu, wykonując piosenkę o "Niebieskim, pachnącym groszku". Niestety artystka na scenie stanęła sama, roniąc gorzkie łzy.

Niewyjaśniona tragedia

Krótko przed planowanym występem w Opolu, 11 czerwca 1972 roku, Andrzej Nardelli wybrał się do daczy wuja Zdzisława, położonej w miejscowości Orzechówek nad Narwią. Pomagał tam w pracach remontowych, a że czerwcowy dzień był upalny, po skończonej pracy orzeźwiająca kąpiel w rzece jawiła się jako świetny pomysł. Niestety, właśnie tego dnia otworzono śluzę, co spowodowało wielką falę. Najprawdopodobniej Nardelli nie usłyszał ostrzegającej o tym syreny, został porwany przez rwący nurt i utonął.

Andrzeja Nardellego pochowano w czarnym aksamitnym garniturze, w którym miał wystąpić na festiwalu w Opolu. Są jednak tacy, którzy nie wierzą w oficjalną wersję wydarzeń. Sprawą utonięcia zajęła się zresztą policja, która zbadała trop potencjalnego samobójstwa aktora, jednak okazała się ona być ślepą uliczką. Zwolennikiem tej teorii był natomiast Adam Hanuszkiewicz. Jego zdaniem Andrzej Nardelli miał targnąć się na własne życie, ponieważ nie potrafił pogodzić się ze swoją orientacją. Inną teorię na temat śmierci Nardellego miał Ludwik Sempoliński. Jego zdaniem za tragedię odpowiadało fatum ciążące na roczniku, do którego należał Andrzej. Wcześniej zmarły tragicznie trzy inne osoby z tego samego roku: Krzysztof Banachowicz wypadł z kajaka, miał atak serca i utonął, a Andrzej Krajewski wypadł z szóstego piętra. Tragicznie zakończyło się też życie Barbary Grabowskiej. W swojej książce "Druga połowa życia" Sempoliński określił ten ciąg tragedii jako "niepokojącą serię dziwnych wypadków".

Andrzejowi Nardellemu nie było dane w pełni rozwinąć swojego potencjału. Ale jego talent został doceniony i upamiętniony. Od 1999 roku Sekcja Krytyków Teatralnych Związku Artystów Scen Polskich przyznaje Nagrodę im. Andrzeja Nardellego za najlepszy debiut aktorski na scenach polskich teatrów dramatycznych. Do tej pory otrzymali ją m.in.: Barbara Kałużna, Anna Piróg, Marcin Hycnar, Patrycja Soliman i Marieta Żukowska, Mikołaj Roznerski, Tomasz Schuchardt, Matylda Baczyńska i Bartosz Gelner.

Potrzebujesz pomocy?

Jeśli przeżywasz trudności i myślisz o odebraniu sobie życia lub chcesz pomóc osobie zagrożonej samobójstwem, pamiętaj, że możesz skorzystać z bezpłatnych numerów pomocowych: Centrum Wsparcia dla osób dorosłych w kryzysie psychicznym: 800-70-2222; Telefon zaufania dla Dzieci i Młodzieży: 116 111; Telefon wsparcia emocjonalnego dla dorosłych: 116 123

Pod tym linkiem znajdziesz więcej informacji, jak pomóc sobie lub innym, oraz kontakty do organizacji pomagających osobom w kryzysie i ich bliskim. Jeśli w związku z myślami samobójczymi lub próbą samobójczą występuje zagrożenie życia, w celu natychmiastowej interwencji kryzysowej, zadzwoń na policję pod numer 112 lub udaj się na oddział pogotowia do miejscowego szpitala psychiatrycznego.

Więcej o: