W domu bywał gościem. Wodecki od syna usłyszał: Mamo, przyjechał ten pan, co śpiewa "Pszczółkę Maję"

Jego niezapomniane utwory, takie jak "Zacznij od Bacha", "Lubię wracać tam, gdzie byłem", "Z Tobą chcę oglądać świat" czy "Chałupy Welcome to" zna niemal każdy. Ale nie każdy wie, że uwielbiany przez publiczność wokalista, kompozytor i muzyk - prawdziwy człowiek orkiestra - miał też ciekawe życie prywatne.

"Był to artysta niezwykły, wspaniały kompozytor. Człowiek, który na scenie wskrzeszał, tworzył świat muzyki przez wielkie 'M'" - mówił krótko po śmierci muzyka Jacek Cygan, autor tekstów piosenek. Twórczość Zbigniewa Wodeckiego łączyła pokolenia. Starsi fani pokochali go za niezapomniane przeboje, takie jak "Chałupy welcome to" czy "Zacznij od Bacha", młodsi zachwycali się jego charyzmą jako jurora "Tańca z gwiazdami". Na jego koncerty przychodziły tłumy melomanów w każdym wieku, a kiedy siedem lat temu zmarł, płakała po nim cała Polska. Bo Zbigniew Wodecki był prawdziwą legendą polskiej sceny rozrywkowej. Ale choć dziennikarze cenili go za bezpośredniość i otwartość, rozmów na tematy prywatne artysta konsekwentnie unikał. Fani wiedzieli o wielkiej miłości muzyka do żony i trójki dzieci. Ale po śmierci Zbigniewa Wodeckiego na jaw wyszły też inne fakty.

Zobacz wideo Nie tylko Zbigniew Wodecki urodził się w rodzinie muzyków

Pierwsze skrzypce i miłość na całe życie

Urodzony 6 maja 1950 roku w Krakowie Zbigniew Wodecki od dziecka był muzykalny. Na skrzypcach zaczął grać już jako pięcioletni chłopiec. Talent odziedziczył po rodzicach - matka była sopranistką, ojciec z kolei trębaczem orkiestry symfonicznej Polskiego Radia i Telewizji w Krakowie. Mężczyzna został pierwszym nauczycielem syna, i to nauczycielem surowym. "Potrafił strzelić mnie po łapach, gdy sfałszowałem, nie mieściło mu się w głowie, że ktoś może nie grać czysto" - wspominał tamte czasy Zbigniew Wodecki w jednym z wywiadów. Następnie młody muzyk trafił do średniej szkoły muzycznej, do klasy Juliusza Webera, niekwestionowanego autorytetu znanego jednak z surowości i wysokich wymagań względem podopiecznych. Zbigniew Wodecki uzyskał u niego dyplom z wyróżnieniem.

Wielkie talenty często się przyciągają i nie inaczej było w przypadku Zbigniewa Wodeckiego i Marka Grechuty. W wieku siedemnastu lat młody skrzypek trafił do poszukującego wówczas muzyków zespołu Anawa. Następnie los zetknął go z inną wielką artystką - Ewą Demarczyk. Występował z nią w Piwnicy pod Baranami. Pewnego wieczoru koncertu z pierwszego rzędu słuchała piękna młoda dziewczyna. Zbigniew Wodecki natychmiast zwrócił na nią uwagę, a chcąc jej zaimponować, grał z taką pasją, że zerwał w skrzypcach wszystkie struny. "Tak to się wszystko zaczęło i potem chyba bardzo szybko potoczyło" - mówiła córka pary Katarzyna Wodecka-Stubbs w programie "Piosenki Na Wagę Złota". Istotnie - rok później Zbigniew i Krystyna powiedzieli sobie sakramentalne "tak" w jednym z krakowskich kościołów i bawiła się na weselu w mieszkaniu przy ulicy Kapucyńskiej. Oczywiście w towarzystwie śmietanki krakowskiej bohemy artystycznej - muzyków, literatów, aktorów, plastyków. Niewielkie, klimatyczne mieszkanko w starej kamienicy, z wejściem prowadzącym przez drewniany balkon i miłość młodej pary stały się potem inspiracją dla Wojciecha Młynarskiego, którego Zbigniew Wodecki poprosił o napisanie tekstu do piosenki "Lubię wracać tam, gdzie byłem".

Lubię wracać tam, gdzie byłem już/ Pod ten balkon pełen pnących róż/ Na uliczki te znajome tak/ Do znajomych drzwi/Pukać myśląc, czy /Czy nie stanie w nich czasami ta dziewczyna z warkoczami.

"Dziewczyna z warkoczami", czyli oczywiście Krystyna Wodecka, była wielką miłością Zbigniewa i kobietą, z którą pozostał związany do śmieci. Para doczekała się trójki dzieci - dwóch córek, Joanny i Katarzyny, oraz syna Pawła. Ale życie rodzinne było domeną Krystyny - ona i Zbigniew wspólnie ustalili, że w czasie, kiedy ona zajmie się domem i dziećmi, on będzie rozwijał karierę. A ta błyskawicznie nabrała rozpędu.

Zbyt popularny na romanse?

Obdarzony ciepłym, zmysłowym głosem Zbigniew Wodecki tak świetnie odnalazł się w roli piosenkarza, że szybko to właśnie śpiew stał się podstawą jego kariery. Do tego doszła charyzma, znakomity kontakt z publicznością, a także łatwo wpadające w ucho, choć jednocześnie reprezentujące wysoki poziom teksty piosenek. Nie bez znaczenia był też wizerunek artysty, który z bujnej fryzury i okularów uczynił swoje znaki rozpoznawcze. Zbigniewa Wodeckiego za sprawą przebojów takich jak "Z Tobą chcę oglądać świat", "Chałupy Welcome to" czy "Zacznij od Bacha" pokochała publiczność nie tylko w Polsce, ale i za granicą, w tym w USA czy Izraelu. To sprawiło, że muzyk bardzo często wyjeżdżał w trasę, a w domu był gościem. Jego syn Paweł skwitował to po latach zabawną, choć jednocześnie bardzo smutną anegdotą. Ponoć Zbigniew Wodecki pewnego razu po powrocie z koncertów zapukał do pokoju sześcioletniego syna, a ten go nie poznał. "Mamo, przyjechał ten pan, co śpiewa 'Pszczółkę Maję'" - zawołał chłopiec.

Córki artysty, choć przyznają, że w domu był gościem, dodają jednak, że kiedy Zbigniew Wodecki już do Krakowa zawitał, był ojcem niezwykle ciepłym i kochającym. "Takim zwykłym tatą nie był. Był raczej tatą kolegą i przyjacielem, a nie takim, który wraca do domu po pracy i trzeba mu się wyspowiadać ze szkoły. Nie mieliśmy takich problemów" - mówiła w rozmowie z Onetem Katarzyna Wodecka-Stubbs. A co z żoną? Ponieważ Krystyna Wodecka nie była artystką, a geolożką, nie uczestniczyła w pełnej splendoru i blasku fleszy części życia męża. Zresztą nigdy go nie chciała, wręcz stroniła od takich sytuacji. Ale w jednym z wywiadów Zbigniew Wodecki przekonywał, że właśnie dzięki temu, że nie byli oboje z żoną artystami, ich małżeństwo oparło się próbie czasu.

"Dwóch aktorów nie może być szczęśliwym małżeństwem, dwóch muzyków również. Za dużo pretensji. Jeśli żona źle ci wchodzi z Bachem przez dwadzieścia lat z rzędu, to można ją chyba zabić tą altówką. Miłość szlag trafia" - mówił w rozmowie z "Galą". Z kolei na łamach "Na żywo" dodawał, że związkowi pomagają również częste rozłąki. "Kiedyś z żoną doszliśmy do wniosku, że dzięki temu, iż tak często byłem nieobecny, nasz związek tak długo trwa. Gdyby nie tryb mojej pracy, pewnie byśmy się pozabijali, bo mamy zupełnie inne charaktery. A tak nie wchodzimy sobie w drogę i dzięki temu jesteśmy do dziś szczęśliwi" - przekonywał Zbigniew Wodecki.

Częste nieobecności i niekwestionowana charyzma artysty sprawiły, że przypisywano mu wiele romansów. Nazywano go Casanovą, łączono m.in. z aktorką Olgą Bończyk, dziennikarką Zofią Czernicką czy piosenkarką Renatą Zarębską. Żadna z tych relacji nie doczekała się jednak oficjalnego potwierdzenia od żadnej ze stron. Sam Zbigniew Wodecki, zapytany o rzekomo barwne życie uczuciowe, powiedział, że jest zbyt popularny, aby móc wdawać się w romanse, poza tym po prostu nie ma na nie czasu.

Czasami chciałaby dusza do raju, ale trzeba się liczyć z konsekwencjami. A tak poważnie, nie miałem czasu na romanse, bo po pierwsze byłem nieśmiały i zawsze zawstydzony w kontaktach z kobietami. Poza tym byłem skoncentrowany na robieniu kariery i zarabianiu na dom - skwitował w rozmowie z "Na Żywo".

Po koncercie

Zbigniew Wodecki dał się poznać nie tylko jako muzyk i wokalista, ale też jako gwiazda telewizji. W programie "Taniec z gwiazdami" był ulubionym jurorem sporej części widzów. Pełnił też rolę prowadzącego program TVN "Droga do gwiazd". Nie jest przesadą stwierdzenie, że koncertował i tworzył do samego końca. Kilka lat przed śmiercią podjął współpracę z zespołem Mitch&Mitch, z którym na nowo nagrał swój debiutancki album z 1976 roku. "Uwielbiał być popularny. Żartował, że dzień bez telefonu oznacza, że można już się wybierać na Rakowice (Cmentarz Rakowicki w Krakowie - red.). (…) Zatrzymywał się z każdym, kto chciał z nim porozmawiać czy zrobić zdjęcie" - mówiła po śmierci artysty Katarzyna Wodecka-Stubbs w rozmowie z TVN24.

Zbigniew Wodecki zmarł tuż po swoich 67 urodzinach - 22 maja 2017 roku. Przyczyną był rozległy udar, spowodowany prawdopodobnie wcześniejszą operacją wszczepienia bypassów. Ze względu na rozległe zmiany w mózgu, lekarze musieli wprowadzić go w stan śpiączki farmakologicznej. Niestety, nie udało się go uratować. Ale nawet o śmierci artysta kilka lat wcześniej mówił z właściwym sobie humorem. "Żeby nie bolało, jak już przyjdzie pora. I żeby po koncercie, bo przynajmniej zapłacą, a to rzecz w tym fachu podstawowa" - żartował Zbigniew Wodecki.

Kiedy odszedł, wiele osób opublikowało w mediach społecznościowych własne wspomnienia, kondolencje i wyrazy żalu. "On potrafił dawać innym uśmiech. Cały był muzyką. Wchodził we wszystkie możliwe przedsięwzięcia muzyczne nie dlatego, że chciał wszędzie wystąpić, chciał być najsłynniejszym artystą świata, tylko jak czuł, że coś jest dobre, że to jest dobra muzyka, to chciał przy tej muzyce być" - wspominał w rozmowie z TVN24 Artur Andrus.

Zbigniew Wodecki i Karol StrasburgerZbigniew Wodecki i Karol Strasburger KAPIF.pl

Więcej o:
Copyright © Gazeta.pl sp. z o.o.