Racewicz trzy razy była w ciąży. Tylko jedną donosiła. W szpitalu przeżyła szok. "Pogarda, lekceważenie"

Sytuacja zmarłej Doroty z Bochni spowodowała, że do Joanny Racewicz powróciły tragiczne wspomienia związane z ciążą. Dwukrotnie poroniła, a w szpitalu potraktowano ją okropnie.

Życie Joanny Racewicz nie zawsze było usłane różami. W 2010 pożegnała ukochanego Pawła Janeczka. Dwa lata wcześniej para powitała na świecie syna Igora, który stał się ich oczkiem w głowie. Dziś dziennikarka jest samodzielną mamą, która ma za sobą ciężkie doświadczenia związane z ciążą. Dwukrotnie poroniła. W szpitalu nie potraktowano jej dobrze.

Zobacz wideo Dlaczego Joanna Racewicz zdecydowała się na książkę o przemocy? "Nikt mnie nigdy nie uderzył"

Joanna Racewicz dwukrotnie poroniła

Joanna Racewicz obecnie działa jako dziennikarka, autorka książek oraz udziela się w mediach społecznościowych. To tam od czasu do czasu dzieli się chwilami z synem i opowiada o codziennym życiu. Tym razem podjęła temat ciąż, których nie miała szczęścia donosić i tego, jak potraktowano ją w szpitalu. Lekarz, który ją zdiagnozował, niemal od razu zniknął i w bezduszny sposób kazał jednej z pracownic posprzątać "coś, co się naświniło". Była to krew jej i dziecka.

Bilans: trzy ciąże. Jedno dziecko. "Beznadziejny przypadek" - znam to na pamięć. Takie "położnicze esperanto", szpitalny slang. Nie ma w nim szacunku ani do kobiety. Nie było go także wtedy, gdy do izby przyjęć na Karowej weszła pani salowa z mokrą ścierką. Chciała posprzątać krew z podłogi. Moją i dziecka. Lekarz zniknął. Tuż po diagnozie: poronienie. Słyszałam, jak mówił na głos na korytarzu: "Pani Lidziu, trzeba wytrzeć, tam naświnione" - wspominała traumatyczne chwile Joanna Racewicz w nowym poście na Instagramie.
 

Joanna Racewicz o sytuacji Doroty z Bochni

Kilka dni temu media obiegła informacja o śmierci kolejnej kobiety, która padła ofiarą zaostrzonego prawa aborcyjnego. Dorota z Bochni trafiła do szpitala w piątym miesiącu ciąży po odpłynięciu wód płodowych. Lekarze kazali jej leżeć z uniesionymi nogami, co miało doprowadzić do napłynięcia wód płodowych, aby donosiła ciążę. Dziecko jednak już nie żyło. Kiedy zdecydowano o aborcji, było już za późno. Kobieta doznała wstrząsu septycznego i niewydolności wielonarządowej. Ta sytuacja przypomniała Joannie Racewicz o tym, jak bolesnym przeżyciem było poronienie.

Scena, jak z koszmaru. Do bólu prawdziwa. Wróciła po strasznej historii Doroty z Bochni. Za mnie zdecydowała biologia, za nią - lekarze. Ja - żyję. Ona - nie. Jestem szczęściarą, prawda? Brak szacunku, pogarda, lekceważenie. Norma. Pamiętacie akcję "Rodzić po ludzku"? Lata temu. Co się zmieniło? Może nie ma już "taśmy", już nie słychać krzyku innej rodzącej zza kotary, ale lekarska wyższość to wciąż chleb powszedni - pisała dziennikarka.

Joanna Racewicz jest oburzona stanem obecnego prawa aborcyjnego w Polsce. Uzasadnianie nieudzielenia pomocy medycznej poglądami religijnymi uważa za oburzające. "Teraz jeszcze presja, strach, asekuranctwo Zasłanianie się 'klauzulą sumienia' i krzyżem. Nie chcę 'wrzucać lekarzy do jednego worka'. Na swojej drodze spotkałam wielu wspaniałych. Niestety w Polsce ciąża to stan wysokiego ryzyka, Zawód: położnik - to zawód szczególnej odwagi. Chciałabym, żebyście ją wszyscy w sobie znaleźli, panie i panowie lekarze, bo inaczej bez końca będziemy krzyczeć: 'ani jednej więcej!'. I nic się nie zmieni" - dodała.

Więcej o:
Copyright © Gazeta.pl sp. z o.o.