Ewa Minge jest ciężko chora. Gdy napiła się alkoholu, mocno tego pożałowała. "Dwa miesiące umierałam"

Ewa Minge kilka lat temu wyznała, że zmaga się z wrodzonym niedorozwojem wątroby, który wpływa nie tylko na jej samopoczucie, ale odbija się również na wyglądzie. Projektantka przyznała, że każdorazowa konieczność przyjęcia leków to dla jej organizmu ogromne wyzwanie.

Ewa Minge dawniej ukrywała problemy zdrowotne i nie zwierzała się z nich publicznie. O tym, że rozpoznano u niej przewlekłą białaczkę limfocytową, opowiedziała dopiero po kilku latach od postawienia diagnozy. Dziś projektantka otwarcie mówi o chorobach, z którymi się zmaga. Zwłaszcza że ich wpływ widoczny jest na jej twarzy, a ona sama od lat podejrzewana jest o poddawanie się operacjom plastycznym. Minge niedawno opublikowała zdjęcie pokazujące, w jaki sposób jej skóra reaguje na przyjmowane leki. Projektantka udzieliła też wywiadu dla "Wprost", w którym opowiedziała o trudnej diagnozie i początkach leczenia.

Zobacz wideo Ewa Minge pokazuje codzienną pielęgnację

Ewa Minge opowiada o zmaganiach z chorobą

O tym, że jej wątroba nie funkcjonuje tak, jak powinna, Ewa Minge dowiedziała się w liceum. Pierwszy raz spróbowała wówczas alkoholu, co okazało się fatalne w skutkach.

Zrobiłam to, a potem przez dwa miesiące umierałam. Dwa miesiące! Zrobiłam badania. Miałam mocno powiększoną wątrobę, a poziom bilirubiny przekroczony o 400 proc. - opowiada.

Minge tłumaczy, że jej wątroba nie przerabia toksyn, a problem nawraca przy każdej okazji, gdy jest chora i wymaga leczenia.

Przychodzi np. taki moment, kiedy jedynym wyjściem jest wzięcie antybiotyku, który okazuje się trudny do przerobienia, czego wynikiem jest wysypka: drobniutka, piekąca i prawie niezauważalna, dopóki skóra nie zacznie pękać - mówi w rozmowie z "Wprost".

Projektantka przyznaje, że dolegliwości powracają nieregularnie i nie jest w stanie ich przewidzieć. Z ich powodu miała też kilka przykrych sytuacji, gdy jej niekorzystne zdjęcia obiegły internet.

Musiałam iść na radę miasta u mnie w Zielonej Górze i przedstawić tam projekt mojej fundacji. Na tej radzie był miejscowy fotograf. Następnego dnia internet zalały moje drastyczne zdjęcia, były wszędzie. (...) Nie zależało mu na tym, by powiedzieć, że byłam tam z tematem ratowania ludzi onkologicznie chorych. Nie chodziło o treść i prawdziwy problem, a mój wygląd - relacjonuje gorzko Minge.

Ewa Minge od wielu lat posądzana jest o poddawanie się operacjom plastycznym. Projektantka dawno przyznała już, że przeszła zabieg plastyki piersi, jednak konsekwentnie zaprzecza, jakoby jej twarz poddawana była interwencji chirurga. Przyznaje jednak, że chętnie korzysta z medycyny estetycznej i jak na razie w zupełności jej to wystarcza.

Jeżeli ludzie mówią o starzeniu się z godnością, to ja się bardzo godnie starzeję. Moja godność to możliwość korzystania właśnie z dobrodziejstw medycyny estetycznej. Ważne, żeby zabiegi były przeprowadzane u prawdziwych lekarzy-fachowców - tłumaczy.

Minge nie ukrywa, że krytyczne komentarze dotyczące wyglądu są dla niej bolesne, jednak przez lata nauczyła się sobie z nimi radzić. Podobnie jak z niekorzystnymi zdjęciami, które ilustrują artykuły na jej temat.

Ja po prostu mam te swoje trochę inne rysy i wielokrotnie, żeby portale plotkarskie miały z czego żyć, wybierano moje najgorsze zdjęcia. Oglądanie siebie w takim wydaniu jest trudne, ale z drugiej strony, będąc często bitą w jedno miejsce, mam już w tym miejscu bliznowiec i tracę tam czucie - dodaje.

Ewa Minge nie reaguje na hejt, jednak nie oznacza to, że nie przyjmuje konstruktywnej krytyki. Niedawno w rozmowie z Plotkiem przyznała, że choć nie czyta komentarzy na swój temat pod artykułami, ceni uwagi i różnice zdań z osobami, które szanuje.

Więcej o:
Copyright © Gazeta.pl sp. z o.o.