Pomoc ma swoją cenę? O niewygodnych kulisach programów wolimy milczeć

Telewizja oferuje dziś szereg programów, do których zgłaszają się ludzie szukający wsparcia. Ale granica między niesieniem pomocy a robieniem rozrywki na osobistej historii potrafi być bardzo cienka.
'Kuchenne rewolucje', 'Nasz nowy dom', 'Ślub od pierwszego wejrzenia'
'Kuchenne rewolucje', 'Nasz nowy dom', 'Ślub od pierwszego wejrzenia', TVN, Polsat

"Kuchenne rewolucje" pomagają restauratorom, których lokale są o krok od upadku. Na podobnej zasadzie działa "Ostre cięcie", gdzie mogą zgłosić się właściciele salonów fryzjerskich. W "Naszym nowym domu" pomocy szukają osoby, które nie mają środków na samodzielne wyremontowanie domu czy mieszkania. Z kolei w "Ślubie od pierwszego wejrzenia" szukający miłości single są dobierani w pary przez ekspertów. Podobnych formatów jest wiele i choć niejednokrotnie rzeczywiście odmieniały życie ludzi, ich uczestnicy opowiadają w nich o bardzo osobistych doświadczeniach. Po emisji nierzadko muszą mierzyć się z krytyką widzów, którzy często zdają się zapominać, że przed kamerą siedzi drugi, równie prawdziwy człowiek. Pojawia się więc pytanie - czy jeśli ze swoich problemów trzeba zwierzyć się przed całą Polską i wystawiać na ocenę, to gra wciąż jest warta świeczki?

Zobacz wideo Co powiedziała o programie?

Uczestnicy mówią "stop"

Jednym z najpopularniejszych i najdłużej nadawanych programów tego typu pozostają "Kuchenne rewolucje". Przez 16 lat emisji przez show przewinęły się setki restauracji, których właściciele zwrócili się o pomoc do prowadzącej Magdy Gessler. Nie ulega wątpliwości, że format sporą część z nich wyciągnął z kryzysowej sytuacji, zapewniając nie tylko porady uznanej restauratorki, ale także oferując remont i rozgłos. Ale w trakcie emisji na światło dzienne wychodziły często skrywane rodzinne problemy, a na uczestników spadała lawina negatywnych komentarzy.

Niektórzy restauratorzy biorący udział w "Kuchennych rewolucjach" o swoich doświadczeniach postanowili opowiedzieć publicznie. W medialnych wypowiedziach skarżyli się m.in. na "magię" montażu. - Jesteś tak spięty, że musisz uważać na wszystko, co mówisz, a z drugiej strony, przez ten stres, po prostu palniesz coś, czego wcale nie chciałbyś powiedzieć - mówił w rozmowie z "Faktem" właściciel restauracji Cafe Elegancko, której historia została wyemitowana w 2022 roku. - Po emisji byłem zaskoczony, jak bardzo montaż wpłynął na obraz całej historii - na samym końcu to był po prostu mocny szok. To się potem przyczyniło do reakcji ludzi, których znałem i którzy widzieli program oraz moich relacji z nimi - dodał.

W podobnym tonie wypowiadał się także właściciel restauracji Pierwsza Polka, który brał udział w najnowszym sezonie programu. Odcinek wywołał ogromne kontrowersje, a na mężczyznę spadła bardzo duża krytyka. - Wystarczy jedno słowo, które jest wypowiedziane bez kontekstu zdania, całości. Ale takie jest prawo tego programu, umowa była podpisana. (...) Kto mnie zna osobiście, to wie, jaki jestem. Kto znał sytuację lokalu, wie, jak to się toczyło. A jak ktoś chce teraz w internecie wylewać swoje frustracje czy mnie hejtować, to takie jego prawo - komentował swoje zachowanie w rozmowie z "Gazetą Krakowską".

Z jeszcze większą oceną ze strony widzów mierzą się uczestnicy "Ślubu od pierwszego wejrzenia". Program, w którym dwoje nieznajomych staje na ślubnym kobiercu, w całości poświęcony jest pokazywaniu tworzącej się między nimi relacji i obserwowaniu ich zachowań w codziennym życiu. A z racji tego, że wcześniej nic o sobie nie wiedzieli, spięć nie brakuje. Uczestnicy show parokrotnie apelowali do widzów, że przedstawione w telewizji sytuacje z ich perspektywy wyglądały inaczej. 

- Nie chciałem nikogo urazić, tylko mówiłem wprost, jak to wszystko wygląda. Nie sądziłem, po prostu, że oni to tak zmontują. To wygląda, jakbyśmy w ogóle ze sobą nie rozmawiali i błędnie jest to odebrane przez widzów. Jak choćby wtedy, gdy Kaja coś do mnie mówiła, ja pisałem SMS-a i wyglądało to tak, jakbym ją lekceważył, a ja wtedy co chwilę dostawałem wiadomości od reżyserki ze wskazówkami, jak mam usiąść, czy gdzie stanąć - tłumaczył w rozmowie z "Faktem" Krystian, uczestnik 11 edycji formatu.

"Nasz nowy dom" pod lupą Rady Etyki Mediów

Ale problem montażu to nie wszystko. Niedawno głośno zrobiło się o fragmencie programu "Ostre cięcie", który oburzył również jego widzów. Zaproszona do programu Kinga Korta, znana z "Żon Hollywood", w obcesowy sposób skomentowała... zapach fryzjerki. Fani formatu niemal zgodnie stanęli po stronie uczestniczki show, stwierdzając, że zwrócenie w taki sposób uwagi w obecności kamer było grubą przesadą.

Sprzeciw widzów wzbudzają też znacznie poważniejsze kwestie. Choć "Nasz nowy dom" przez zdecydowaną większość osób jest chwalony za pomoc, którą niesie rodzinom w potrzebie, jesienią tego roku na program wpłynęła skarga do Rady Etyki Mediów. Widz formatu Jan Halbersztat w liście do REM nazwał wprost "skandaliczną" sytuację z odcinka, w którym babcia chłopca opowiadała o jego trudnym dzieciństwie i problemach zdrowotnych. Rada Etyki Mediów w odpowiedzi przyznała, że zarys sytuacji rodzinnej jest w konieczny, aby uzasadnić wybór domu, który remontuje ekipa "Naszego noweg domu".  "Natomiast nie rozumiemy, dlaczego prowadząca program aktorka Elżbieta Romanowska wyciąga z babci chłopca szczegóły jego trudnego dzieciństwa i stanu zdrowia" - przekazano. Organizacja stwierdziła również, że nie rozumie, dlaczego twórcy zamieścili rzeczone wypowiedzi w programie.

Psycholożka nie chce wrzucać wszystkich formatów do jednego worka. Ale dostrzega problemy 

I choć widzowie coraz częściej zwracają uwagę na problematyczne momenty w programach, wciąż nie wszyscy mają świadomość, jak działa magia ekranu. Krytyka to jedno, ale w komentarzach nadal można się natknąć na całą masę hejtu pod adresem uczestników. Uczestnik "Ślubu od pierwszego wejrzenia" wyznał, że zdarzało mu się dostawać nawet groźby i niepokojące telefony.

- Odpowiedzialność twórców nie powinna kończyć się na podpisanej przez uczestnika zgodzie. To produkcja decyduje, jakie sytuacje pokaże, jak je zmontuje i którym fragmentem będzie promować program. Powinna więc brać pod uwagę również to, co stanie się z człowiekiem po emisji. Czy będzie miał wsparcie, jak poradzi sobie z oceną, co ta historia może zmienić w jego relacjach - mówi w rozmowie z nami psycholożka Sylwia Sitkowska.

Ekspertka zwraca również uwagę, że szczególną ostrożność trzeba zachować zwłaszcza przy udziale dzieci w podobnych formatach. - Dziecko może chcieć wystąpić w telewizji, cieszyć się z obecności kamer, ale nie potrafi ocenić, co będzie dla niego oznaczała taka ekspozycja. W mojej ocenie jego trudności, rodzinne konflikty czy chwile bezradności nie powinny być materiałem rozrywkowym - podkreśla. - Zadałabym sobie proste pytanie: czy pokazanie tej sceny służy również temu dziecku? Sama zgoda rodzica nie zamyka tego tematu. Trochę brakuje mi takiej zwyklej empatii i społecznej odpowiedzialności mediów w pogoni za popularnością formatów - ocenia Sylwia Sitkowska.

Psycholożka przypomina także, że uczestnicy programów mogą wiedzieć, że będą oceniani, jednocześnie nie będąc przygotowanymi na skalę tej oceny. - Czym innym jest pomyśleć "ktoś może mnie skrytykować", a czym innym przeczytać setki komentarzy o sobie, swoim partnerze czy sposobie wychowywania dzieci. Do tego uczestnik zna całą sytuację, a widz zobaczy wybrany fragment i na tej podstawie może wyrobić sobie opinię o człowieku - tłumaczy.

Sylwia Sitkowska zauważa, że dla niektórych udział w formacie telewizyjnym może być ciekawym doświadczeniem, otwierającym nowe możliwości. Dla innych z kolei może nieść koszt większy, niż z początku zakładał. - Zachęcałabym tylko, żeby przed decyzją, obok pytania "co mogę zyskać?", postawić również pytanie "co mogę stracić i czy jestem gotowy ponieść ten koszt?". Warto też pamiętać, że konsekwencje mogą objąć bliskich, którzy sami do programu się nie zgłosili - przypomina psycholożka. 

Ekspertka uczula również na sytuacje, w których uczestnicy namawiani są do osobistych zwierzeń przed kamerą. - Jeżeli dana osoba już na początku czuję, że warunkiem udziału jest przekroczenie granic, których chcę bronić, warto potraktować tę wątpliwość poważnie - mówi nam Sylwia Sitkowska. - Przed nagraniami dobrze jest ustalić ze sobą, o czym chcę mówić, co zostawiam dla siebie i jakie historie dotyczą również innych osób. To, że jestem gotowa opowiedzieć o swoim związku, nie oznacza jeszcze, że mój partner jest gotowy na taką samą otwartość - zaznacza.

Psycholożka przypomina także o kwestiach formalnych. - Warto dokładnie przeczytać umowę, w razie potrzeby skonsultować ją niezależnie i dopytać, co w praktyce oznacza odmowa odpowiedzi, przerwanie nagrania czy wycofanie się z udziału. A sobie zadać pytanie: "czy nadal chcę to powiedzieć, jeśli ten fragment zobaczą moje dzieci, współpracownicy albo ktoś, kto zupełnie mnie nie zna?" - radzi. 

Sylwia Sitkowska nie chce jednak wrzucać wszystkich programów tego typu do jednego worka i dostrzega, że wiele z nich niesie pozytywny i potrzebny przekaz. - Pokazanie różnych sposobów życia i problemów, o których zwykle się milczy, może mieć wartość. Ktoś ogląda i myśli: "U nas też tak jest. Może warto o tym porozmawiać albo poszukać pomocy". To może być dobry początek - ocenia. Zdaniem psycholożki dużo zależy jednak od sposobu pokazania człowieka. - Czy widz ma szansę zrozumieć jego sytuację, czy dostaje przede wszystkim zaproszenie do oceniania i wyśmiewania? Czy uczestnik jest traktowany z szacunkiem także wtedy, gdy jest zagubiony, płacze albo robi coś, z czym się nie zgadzamy? - tłumaczy.

- Nie postulowałabym więc automatycznie o kończenie takich formatów. Oczekiwałabym jednak odpowiedzialnych zasad, ochrony dzieci i realnego wsparcia uczestników, również po emisji. Program się kończy, ale człowiek zostaje z tym, co zostało pokazane, i z reakcjami, które to wywołało - podsumowuje Sylwia Sitkowska w rozmowie z nami.

Więcej o: