"Michael Jackson nie był typem artysty, który pojawia się raz na dekadę, pokolenie czy całe życie. Był jedyny w swoim rodzaju i wyjątkowy. Kierowały nim głód nauki, nieustanne prześciganie samego siebie, bycie najlepszym" - to słowa założyciela Motown Records, Berry'ego Gordy'ego, które pojawiają się w książkowej biografii króla popu. Ten mocny przekaz można zauważyć w historii, która została opowiedziana w najnowszym filmie o Michaelu Jacksonie. Nie da się ukryć, że biografia pokazała tę część życia artysty, której fani mogli nie znać. Niesamowicie odwzorowane sceny momentami zapierały dech. Gwiazdor został pokazany nie tylko od strony artystycznej, ale też od skomplikowanej kwestii rodzinnej. Krytycy jednak nie są zadowoleni. Dlaczego?
"Michael" od pierwszych zapowiedzi był projektem, który miał szansę stać się czymś więcej niż zwykłą biografią. I rzeczywiście, w wielu momentach przypomina raczej dwugodzinny, dopracowany w każdym detalu teledysk niż klasyczne kino. Twórcy prowadzą widza przez kolejne etapy kariery Jacksona, zaczynając od czasów The Jackson 5, kiedy młody artysta dorastał w cieniu surowego ojca i jego ogromnych oczekiwań. Te fragmenty są jednymi z najmocniejszych w całym filmie. Widać tu szczególnie dziecięcą wrażliwość Michaela, jego tęsknotę za normalnością, ale jednocześnie rodzący się geniusz.
Następnie film przyspiesza i zamienia się w kalejdoskop największych hitów: sceny studyjne, koncerty, kręcenie klipów - wszystko to robi ogromne wrażenie wizualne i dźwiękowe. Nie wypada nie wspomnieć genialnych kostiumów, które idealnie oddają klimat tamtych czasów.
Na szczególne wyróżnienie zasługuje Jaafar Jackson, bratanek Michaela Jacksona, który momentami dosłownie "znika" w roli - jego ruchy, mimika i energia sceniczna są tak przekonujące, że łatwo zapomnieć, iż oglądamy aktora. Film pokazuje też bardziej ludzką twarz artysty, jego ogromną empatię, potrzebę pomagania dzieciom, wizyty w szpitalach czy szczerą miłość do zwierząt, która była ważną częścią jego życia.
Widać, że twórcy unikają trudniejszych tematów i stawiają na bezpieczną narrację. Film pokazuje tylko pierwszą część życia gwiazdora. Ostatnie chwile produkcji to występ, gdzie bohater wykonuje piosenkę "Bad". Łatwo więc policzyć, że film kończy się pod koniec lat 80., gdy Michael miał ok. 30 lat.
W oczy rzuca się brak ważnych postaci, zwłaszcza Janet Jackson, której obecność w życiu Michaela była przecież niepodważalna. Niestety, producenci (z jej własnej woli) stworzyli obraz, w którym ukochana siostra Michaela nie istnieje. Równie głośnym echem odbiła się decyzja Paris Jackson, córki Michaela, która nie chciała mieć związku z filmem - szczególnie że stojący za John Branca produkcją jest z nią skonfliktowany. Paris sama przyznała, że jej sugestie nie zostały wzięte pod uwagę, więc odsunęła się od produkcji.
To wszystko sprawia, że trudno nie odnieść wrażenia, iż oglądamy historię opowiedzianą z bardzo konkretnej perspektywy. Do tego dochodzą uproszczenia, choćby wątek operacji nosa, który przedstawiono w sposób znacznie łagodniejszy i mniej skomplikowany niż w rzeczywistości. W filmie pojawia się też wiele nazwisk i postaci ze świata muzyki, jak Quincy Jones czy Berry Gordy, ale ich obecność często ogranicza się do krótkich scen i dialogów, które niewiele wnoszą do głębszego zrozumienia relacji. Zamiast tego dostajemy szybkie przejścia od jednego hitu do drugiego, co sprawia, że momentami fabuła traci spójność. Krytycy nie są zadowoleni. Peter Bradshaw z The Guardian stwierdził, że film jest zbyt banalny, a Nicholas Barber z BBC podkreślił, że biografia króla popu jest przesłodzona.
Największym zarzutem wobec filmu "Michael" pozostaje jego selektywność i brak odwagi w opowiadaniu pełnej historii. Film obejmuje ponad dwie dekady życia artysty, ale kończy się w momencie największej chwały. Pomijając tym samym ogromnie ważny okres jego późniejszego życia. W efekcie zamiast pełnokrwistej biografii dostajemy raczej wyidealizowany portret muzycznego wizjonera, który, choć imponujący, nie oddaje całej złożoności tej postaci.
Jednocześnie trudno odmówić produkcji dbałości o szczegóły. Przykładowo sceny nagrywania do krótkiego filmu (bo właśnie tak Michael mówił o teledyskach - to uwzględniono w produkcji) "Thriller" należą do najbardziej efektownych. Ciekawostką jest fakt, że realizowano je w tej samej lokalizacji, co oryginalny teledysk. Za serce chwyta też dbałość o inne elementy - słowa Michaela o chorobie - bielactwie, idealnie odwzorowane ruchy Jaafara, który na ekranie wręcz stawał się swoim wujkiem. Ponadto pokazano cały proces powstawania muzyki dokładnie tak, jak Michael opowiadał o tym za życia.
Mimo to po seansie pozostaje uczucie niedosytu - jakby drzwi do świata Michaela zostały jedynie lekko uchylone. To film, który zachwyca formą i muzyką, ale jednocześnie unika głębszej refleksji nad człowiekiem stojącym za legendą, jaką był Michael Jackson. ZOBACZ TEŻ: La Toya Jackson nie do poznania. Nowe zdjęcia zaskoczyły fanów.
Agata Młynarska składa Tuskowi refleksyjne życzenia. Doda przekazała trzy słowa
To już nie Basia z "M jak miłość". Raczyńska przefarbowała się, zniknęła z ekranów i wyjechała do USA. Tak dziś wygląda
To dlatego Edyta Górniak nie ma kontaktu z matką. Padły mocne słowa
Syn Rozenek zapytał, kim jest dla niego Majdan. Poruszające, co usłyszał w odpowiedzi
Tak mieszka Donald Tusk. Jego posiadłość nie ocieka luksusem
Drożyzna czy standard? Spytaliśmy ekspertki o cenę obozu Lewandowskiej. "Jestem w szoku"
Tego jeszcze nie było. Poszła do "Sanatorium miłości", a skończyła u boku... uczestnika "Rolnik szuka żony"
Ilona Felicjańska wprost o abstynencji. "Każdy kieliszek powoduje powolne wracanie do nałogu"
Koroniewska i Dowbor porzucili dom na rzecz dwupoziomowego apartamentu. Luksus bije po oczach