Robert Kubica w 2011 roku przeżył tragiczny wypadek podczas rajdu Ronde di Andora. Polski kierowca rajdowy prowadził Skodę Fabię S2000, która wypadła z trasy i z ogromną prędkością uderzyła w barierę. Pojazd został dosłownie zmiażdżony. Trzeba było rozcinać karoserię, żeby móc wydostać kierowcę z wnętrza auta. Robert Kubica cudem uniknął śmierci. Obrażenia były bardzo poważne, a do teraz jego prawa ręka jest nie do końca sprawna. W rozmowie z Radiem Zet Kubica przyznał, że miał bardzo złe przeczucia przed wypadkiem. W ostatniej chwili chciał się wycofać.
Robert Kubica po wypadku znajdował się w stanie krytycznym, zagrażającym jego życiu. Stracił pięć litrów krwi. Miał liczne złamania prawej ręki i nogi. Wielu myślało, że to koniec jego kariery. Żeby uratować rękę kierowcy, potrzebna była niezwykle skomplikowana operacja, trwająca siedem godzin. Po latach Kubica w rozmowie z Radiem Zet powiedział, że z nieznanych mu powodów, nie chciał brać udziału w rajdzie. Miał złe przeczucia.
To miał być ostatni rajd. Budzę się rano i mówię: Nie chcę tam jechać. Nie wiem czemu. Przeczucie? Zadzwoniłem do właściciela zespołu, z którym miałem jechać, z myślą "nie jadę". Ale tak naprawdę nie miałem wystarczająco dużo jaj, ponieważ jak odebrał i zaczął mi opowiadać, że zorganizował już drogę do testów, że rozmawiał z Pirelli i przywiozą nam opony, był taki pełen entuzjazmu. (...) Stało się, jak się stało. Historia napisała scenariusz - wyjawił.
Robert Kubica jednak dzięki ciężkiej pracy i wytrwałości już półtora roku później wsiadł za kierownicę. Zaczął od rajdów, jednak nie porzucił marzeń o Formule 1. W 2018 roku został rezerwowym kierowcą rozwojowym zespołu Williams. Rok później potwierdzono, że znalazł się w tym samym zespole jako kierowca wyścigowy na sezon 2019. W 2020 roku występował jako rezerwowy kierowca Alfa Romeo Racing w ramach współpracy Orlenu. Obecnie reprezentuje barwy belgijskiego zespołu WRT.