Vera Renczi popijała wino ze wszystkimi kochankami jednocześnie. W jej domu znaleziono 35 trumien

Do domu Very Renczi zapukali policjanci, którzy chcieli przeszukać pomieszczenia. Choć nie sądzili, że samotna wdowa będzie w stanie ich czymś zaskoczyć, bardzo się zdziwili. W piwnicy znaleźli liczne trumny, wokół których leżały puste butelki po alkoholu. Rumuńska morderczyni czerpała przyjemność z bycia z kochankami - nawet po ich śmierci.

Na liście zamordowanych przez Verę Renczi był także własny syn, dlatego motyw zbrodni nie wydawał się aż tak oczywisty. A jednak - jak przyznała przed sądem, kierowała nią zazdrość. Policja prawdopodobnie wpadła na trop tak późno, bo Vera działała w określony sposób, który sprawił, że nikt nie podejrzewał, że zabijała. Wzbudzała raczej inne uczucie - współczucie, bo pierwszy mąż miał zginąć w wypadku, a drugi ją zostawić. Okazało się jednak, że zarówno oni, jak i 33 innych mężczyzn, spoczywa w jednym wnętrzu - ciemnej piwnicy Very. 

Zobacz wideo Kogo Mrs. Lillyy chciałaby zobaczyć na golasa? [Lista Plotka]

Poczucie pustki, którą wypełniali mężczyźni 

Według niektórych relacji Renczi urodziła się w zamożnej rodzinie w Bukareszcie w 1903 roku. Wiadomo, że jej matka zmarła, gdy dziewczyna miała 13 lat i po tym Vera przeprowadziła się z ojcem do Becicherecu Mare, czyli dzisiejszego miasta Zrenjanin w Serbii, ojciec zdecydował się wysłać ją do szkoły z internatem. Niektóre źródła wskazują, że to właśnie wtedy zaczęły się problemy Very, która nie mogła pogodzić się ze stratą matki i odrzuceniem ojca i zaczęła szukać akceptacji w relacjach nie tylko z rówieśnikami, ale też dużo starszymi mężczyznami. Przyjaciele z wczesnego dzieciństwa opisywali Renczi jako posiadającą patologiczną potrzebę męskiego towarzystwa. 

Tak Verę Renczi przedstawiały ówczesne mediaTak Verę Renczi przedstawiały ówczesne media Źródło: The Pittsburgh Press, 1925 rok

Zabić z miłości 

Chwilę przed ukończeniem dwudziestu lat Vera weszła w związek z zamożnym austriackim bankierem, o wiele lat starszym od niej Karlem Schickiem. Mieli syna o imieniu Lorenzo. Mąż pracował, a ona zostawała w domu i opiekowała się dzieckiem. Właśnie wtedy w jej głowie musiała zrodzić się myśl o tym, by po raz pierwszy zabić. Nie mogła poradzić sobie z gonitwą myśli, gdy Karl wychodził z domu, a ona nie wiedziała, z kim mąż przebywa i co dokładnie robi. W końcu mężczyzna zapadł się pod ziemię, a Vera rozpowiadała znajomym, że ukochany ją zostawił i uciekł.

W międzyczasie w jej życiu pojawił się następny mężczyzna, Josef Renczi, w którym widziała kandydata na kolejnego męża. Jako że wciąż była jednak zamężna, zaczęła rozpowiadać, że otrzymała list, z którego wynikało, że pierwszy mąż zginął w wypadku. I tym sposobem stała się wdową, a niedługo potem żoną Josefa. Okazało się, że Vera nie ulokowała uczuć dobrze - związek był burzliwy i Renczi ponownie nękało podejrzenie, że jej nowy mąż ma romanse pozamałżeńskie. Po zaledwie kilku miesiącach mężczyzna zniknął, a Renczi powiedziała wtedy przyjaciołom i rodzinie, że ją porzucił. Po upływie roku twierdziła, że otrzymała list od męża, w którym napisał jej, że nigdy do niej nie wróci. 

Podobno po klęsce drugiego małżeństwa Vera stwierdziła, że nie chce się z nikim formalnie wiązać. Wikłała się za to w liczne romanse. Wszyscy kochankowie znikali i - jak się potem okazało - po kolei spoczywali w piwnicy domu Very.

Błąd, który zniszczył wszystko 

Jak to możliwe, że nikt się nie zorientował? Otóż Renczi miała dwa kryteria przy wyborze kochanków - nie mogli być z jej okolicy i żonaci. Wiedziała, że jest mniejsza szansa, że ktoś zainteresuje się poszukiwaniem kawalerów. Vera popełniła jednak błąd, którego konsekwencji nie mogła przewidzieć - spotykała się z Sergiejem Miloradem. Nie wspomniał jej jednak o tym, że ma żonę, która dowiedziała się o romansie męża z listów znalezionych w ich domu. Gdy zniknął, podejrzenia od razu padły na kochankę. Żona Milorada zażądała od policji wszczęcia dochodzenia, a oni postanowili przesłuchać Verę. Udali się do jej domu i zaczęli go przeszukiwać. Podobno musieli sforsować trzy pary stalowych drzwi, by dostać się do piwnicy. Gdy się udało, ich oczom ukazało się 35 trumien. Pośrodku stał pokryty czerwonym welurem fotel, na którym zasiadała Vera, aby porozmawiać ze swoimi ofiarami. Obok stał stolik z licznymi pustymi butelkami po alkoholu, głównie szampanie. 

"Dlaczego ich zabiłaś?" - pytali śledczy. Vera przyznała, że nie mogła znieść myśli, że kochankowie mogą znaleźć się w ramionach innych kobiet. Gdy zauważała, że ich zaangażowanie w relację słabnie, częstowała ich arszenikiem. Renczi przyznała się również do zamordowania swoich dwóch mężów i syna Lorenzo. Powiedziała policji, że gdy pewnego dnia syn przyszedł ją odwiedzić, przypadkowo odkrył trumny w piwnicy i zaczął grozić ujawnieniem sprawy, dlatego jego też otruła. Obawiała się zresztą, że wkrótce zacznie poświęcać więcej uwagi innej kobiecie niż ona i znowu poczuje odrzucenie, którego nie mogłaby znieść. 

Czy Vera Renczi istniała naprawdę? 

W 2005 roku w programie "Kobiety, które niosły śmierć" na kanale Discovery Channel wyemitowano odcinek poświęcony Verze Renczi. Autorzy starali się uszeregować zdarzenia z życia kobiety i uzupełnili je komentarzami agentów FBI, autorki profili kryminalnych i patologa sądowego. W dokumencie pojawiła się informacja, że Vera zabijała w latach 30. XX wieku, co zresztą tylko udowadnia, jak wiele jest wersji dotyczących tego, kiedy dokładnie żyła Renczi. Najczęściej pojawiającą się jest jednak ta, że urodziła się w 1903 roku, a zmarła w 1925. Trudno jednak wyobrazić sobie, że w wieku 22 lat miała na tyle dorosłego syna, że był w stanie szantażować ją, że ujawni jej zbrodnie. Autorzy artykułu na portalu The Lineup sugerują, że ktoś taki jak Vera Renczi nigdy nie istniał. A to dlatego, że wszystkie doniesienia o sprawie sprowadzają się do jednego źródła z tamtego okresu. 

Artykuł z 1925 roku, który rozsławił historię o Verze RencziArtykuł z 1925 roku, który rozsławił historię o Verze Renczi Źródło: Danville Bee

Zobacz też: Zabijał, bo tak "kazał mu pies sąsiada". David Berkowitz był postrachem Nowego Jorku

Więcej o:
Copyright © Gazeta.pl sp. z o.o.