Rola uczyniła z niego legendę polskiego kina, choć jej nienawidził. Sławny profesor, który chciał być bokserem

Jest uważany za jednego z najwybitniejszych polskich aktorów wszech czasów. Widzowie pokochali go jako Bogumiła Niechcica w filmie "Noce i dnie" czy Profesora Wilczura w "Znachorze". Mało jednak brakowało, a rolę, która uczyniła go sławnym, Jerzy Bińczycki przez wrodzoną skromność i nieśmiałość byłby odrzucił.

Sam mówił o sobie, że jest przede wszystkim aktorem teatralnym, ale największą popularność zapewnił mu udział w filmach. Jednak choć rola Bogumiła Niechcica w ekranizacji powieści Marii Dąbrowskiej "Noce i Dnie" zapewniła mu nieśmiertelność, Jerzy Bińczycki nie był z niej zadowolony. Najpierw był bliski odrzucenia propozycji reżysera Jerzego Antczaka, potem już w trakcie zdjęć chciał się wycofać, wreszcie po latach stwierdził, że przez rolę Bogumiła został zaszufladkowany. Jerzy Bińczycki zachwycił też w roli profesora Rafała Wilczura w filmie "Znachor", a pod koniec życia pełnił funkcję dyrektora Teatru Starego w Krakowie. Ale powodzenie zawodowe przez lata nie przekładało się na szczęście w miłości. Tego wybitny aktor zaznał dopiero po czterdziestce.

Pół "Bagnetu na broń" i złamane serce

Niewiele brakowało, by Jerzy Bińczycki, zamiast znakomitym aktorem, został architektem. Urodzony w podkrakowskich Witkowicach od dziecka przejawiał talent plastyczny i nauczyciele zachęcali go do wyboru właśnie takiej drogi zawodowej. Jerzy długo się wahał, rozważał nawet karierę sportowca – trenował boks, walczył w wadze półciężkiej. Jednocześnie w liceum udzielał się w szkolnym kabarecie. A kiedy jego kolega, Marek Walczewski wybierał się na egzamin do szkoły teatralnej, postanowił pójść z nim, by dotrzymać mu towarzystwa. Bińczycki nie był nawet w pełni przygotowany do egzaminu, zdążył się nauczyć jedynie połowy wiersza Władysława Broniewskiego "Bagnet na broń". Ponoć stając przed komisją Bińczycki modlił się w duchu, aby recytację przerwano mu, zanim zdąży się skompromitować nieznajomością całości utworu. Tak też się stało. Co więcej, młody mężczyzna recytował wiersz z taką pasją i nienaganną dykcją, że komisja postanowiła przyjąć go do grona studentów. Ostatecznie na studia dostali się obaj koledzy.

Więcej historii o legendach polskiego kina znajdziesz na Gazeta.pl.

Jerzy Bińczycki był zdolny, ale... nieśmiały. Z nieśmiałością zmagał się przed każdym wyjściem na scenę, nie pozbył się zresztą tremy do końca życia. Co ciekawe, wśród kolegów i koleżanek Jerzy był duszą towarzystwa – robił psikusy, a wieczory spędzał, grając z kolegami w karty.

Binio na zewnątrz wydawał się spokojny, ale wewnątrz szalał. Miewał dziwne pomysły. Rozrabiali razem z moim byłym mężem Markiem Walczewskim. Takie dwa wariaty – wspominała przyjaciela w magazynie "Dobry Tydzień" aktorka Anna Polony.

Na uczelni Jerzego Bińczyckiego spotkał pierwszy poważny zawód miłosny. Młody aktor zakochał się bez pamięci w atrakcyjnej koleżance, Aleksandrze Górskiej. By być blisko niej, po otrzymaniu dyplomu przeniósł się nawet do Katowic. Ale ukochana nie odwzajemniała jego uczuć. Złamała Bińczyckiemu serce, wychodząc za mąż za innego. Lekarstwem na zawód okazał się kolejny związek – z aktorką, Elżbietą Will. Kobieta przyjęła oświadczyny Bińczyckiego, wkrótce na świat przyszła córka pary, Magdalena. Mimo to związek nie przetrwał próby czasu.

Nie wierzę w aktorskie małżeństwa, tego typu związki mają małe szanse na przetrwanie – tłumaczył później Jerzy Bińczycki.

Raz Bogumił, zawsze Bogumił

Jerzy Bińczycki mówił o sobie, że jest "niefilmowym" aktorem. Ale wbrew jego słowom, kamera go pokochała. Po raz pierwszy na ekranie pojawił się w 1962 roku w filmie "Drugi brzeg". W kolejnych latach grywał głównie czarne charaktery. Ale przełom był tuż za rogiem. W 1975 roku reżyser Jerzy Antczak, zachęcony przez żonę, Jadwigę Barańską, przygotowywał się do ekranizacji powieści Marii Dąbrowskiej "Noce i dnie". O ile wybór odtwórczyni głównej roli kobiecej był od początku przesądzony – nie było innej możliwości, Barbarę musiała zagrać Barańska – o tyle z postacią Bogumiła miał problem. Antczak widział w tej roli Stanisława Jasiukiewicza. Ale aktor zmagał się wówczas z chorobą nowotworową i z przejmującą szczerością powiedział, że nie może przyjąć roli, ponieważ nie wie, czy dożyje końca zdjęć. Istotnie, Jasiukiewicz zmarł w dniu, gdy kręcono słynną scenę z nenufarami.

Jerzy Antkowiak musiał więc szukać dalej. W misję znalezienia idealnego Bogumiła zaangażowali się znajomi reżysera.

Basia Ptak, kostiumolog, powiedziała mi, że zna jednego aktora, który ma dwa metry wzrostu, okrągłą twarz i nazywa się Bińczycki — wspominał po latach Jerzy Antczak.

Jednak Bińczycki początkowo na propozycję reżysera odpowiedział, że chyba jest samobójcą, chcąc mu powierzyć tę rolę. Argumentował, że kamera go nie lubi. Po długich naleganiach zgodził się spróbować. I już po pierwszym dniu zdjęć był przekonany, że wypadł tak źle, że chciał oddać Antczakowi pieniądze za wykorzystaną taśmę filmową. Antczak uspokoił aktora i Bińczycki kontynuował zdjęcia. A ich efekt przerósł oczekiwania wszystkich.

(...) zrealizował w 'Nocach i dniach' pewien ideał aktorski. Grając dla wielomilionowej widowni, nawiązał kontakt z 'pojedynczym widzem'. Jego oszczędne, kameralne aktorstwo stworzyło zniewalający nastrój intymności, w którym zwłaszcza małżeńskie upokorzenia Bogumiła znalazły niebanalny wyraz. Subtelnie ukazał skryty dramat miłosnego niespełnienia Niechcica, który chciał i potrafił kochać namiętnie, lecz przez długie lata skazany był na lekceważenie ze strony Barbary, wspominającej swój młodzieńczy ideał – pisał o roli Jerzego Bińczyckiego krytyk Krzysztof Demidowicz.

Dziś nikt nie jest sobie w stanie wyobrazić, by Bogumiła miał zagrać ktoś inny. Ale aktor nigdy nie polubił tej roli. Film został co prawda znakomicie przyjęty, doczekał się nominacji do Oscara w kategorii najlepszy film nieanglojęzyczny, ale Bińczycki twierdził, że po roli Bogumiła został zaszufladkowany.

Kolejną istotną rolą w dorobku aktora jest profesor Rafał Wilczur w filmie Jerzego Hoffmana "Znachor". Choć krytyka nie oceniła dobrze tej produkcji, widzowie mieli inne zdanie. Sale kinowe dosłownie pękały w szwach, film do dziś jest często powtarzany przez stacje telewizyjne i cieszy się sympatią odbiorców. Jego siłą jest właśnie aktorstwo Bińczyckiego — oszczędne, intymne, poruszające do głębi.

"W teatrze się pracuje, kocha się żonę"

Pomimo filmowych sukcesów, teatr pozostał wielką pasją Jerzego Bińczyckiego. Również na scenie aktor błyszczał. Jednocześnie po latach samotności udało mu się znaleźć szczęście również w życiu prywatnym. Wszystko za sprawą o 17 lat młodszej teatrolożki. Elżbieta była fanką talentu Bińczyckiego, pamiętała go ze spektakli, na które przychodziła jako młoda dziewczyna. Pewnego dnia spotkała się z podziwianym aktorem, aby zrobić z nim wywiad.

"Tak nawiązaliśmy poważny kontakt (..) Z czasem przerodził się w znajomość, potem w sympatię, w konsekwencji w małżeństwo. Takiej kobiety szukałem. Zarówno mnie jak i jej zależało na tym, żeby mieć prawdziwy dom, rodzinę. Tego nam brakowało. Mimo różnych temperamentów i rytmów wewnętrznych nasze marzenia i wyobrażenia o domu gdzieś się spotkały. To układanie wspólnego życia było dla mnie czasem wielkiego renesansu. Zaczęło się coś na nowo w mojej biografii, co zmieniło sens mojego życia" – wyznawał aktor tygodnikowi "Na żywo".

Elżbieta została drugą żoną Jerzego Bińczyckiego. Pomimo sporej różnicy wieku uchodzili za małżeństwo idealne. W 1982 roku powitali na świecie syna Jana.

Zobaczyłam męża pierwszy raz po porodzie. Ten duży mężczyzna w długim czarnym płaszczu stał i po prostu płakał – wspominała wzruszający moment Elżbieta Bińczycka.

Po tym, jak urodziło mu się drugie dziecko, Jerzy Bińczycki łączył pracę z życiem rodzinnym. Na nowo odkrył w sobie pasję do architektury. Zbudował dom letniskowy nad morzem, pomagał też projektować domy znajomym. Kochał pracę w ogrodzie. "Miał w sobie coś z rolnika, gospodarza" – wspominał jego kolega, Jan Nowicki. "W komponowaniu ogrodu widać było jego poczucie estetyki, tak samo w domu nad morzem, który sam wymyślił i dużo rzeczy sam zrobił. Tam też był ogród, z warzywnikiem skomponowanym kolorystycznie. W Krakowie były kwiaty wiosenne i jesienne, a letnie – nad morzem" – mówiła w wywiadzie dla "Gazety Wyborczej" Elżbieta Bińczycka.

Zobacz wideo

Jerzy Bińczycki pod koniec życia został dyrektorem Teatru Starego w Krakowie. Ale choć bardzo doceniał to wyróżnienie, mówił, że w teatrze się pracuje, a kocha się żonę. Tymczasem znajomi aktora martwili się, że tak odpowiedzialne stanowisko może być zbyt dużym obciążeniem dla jego słabego serca. Bińczycki bagatelizował zagrożenie, aż było już za późno. Ostatni raz wystąpił publicznie we wrześniu 1998 roku podczas obchodów dziesięciolecia pierwszej w Krakowie transplantacji serca. Wyrecytował wtedy utwór Wisławy Szymborskiej "Do serca w niedzielę": "Dziękuję ci, serce moje, że nie marudzisz, że się uwijasz, bez pochlebstw, bez nagrody, z wrodzonej pilności".

Wkrótce potem serce odmówiło Jerzemu Bińczyckiemu posłuszeństwa. Aktor zmarł na zawał 2 października 1998 roku w szpitalu im. Gabriela Narutowicza w Krakowie. Spoczął w Alei Zasłużonych Cmentarza Rakowickiego.

Więcej o: