Mariusz Pujszo: Sukces odnosi nie ten, kto wcześnie rano wstaje, ale ten, kto wstaje uśmiechnięty

Mariusz Pujszo robił karierę we Francji, ale postanowił wrócić do Polski. Tutaj również udało mu się rozwinąć skrzydła.

Jak wyglądały początki pańskiego zafascynowania światem artystycznym?

Kiedy chodziłem do liceum, interesowałem się historią sztuki i poszukiwaniem skarbów. Wszystko zmieniło się w trzeciej klasie, kiedy wygrałem casting do serialu "Wakacje" z 1976 roku. Zdjęcia trwały osiem miesięcy i spodobało mi się to na tyle, że zapragnąłem zostać aktorem. Powstało wówczas studium aktorskie przy Teatrze Wybrzeże w Gdańsku na wzór międzywojennych szkół aktorskich, gdzie uczono ne tylko gry aktorskiej, ale także oferowano pracę. Kilka lat spędzonych w Teatrze Wybrzeże oraz na planach zdjęciowych sprawiło, że postanowiłem spróbować swoich sił we Francji. Stało się to w 1981 roku.

Dlaczego Francja?

Paryż był stolicą europejskiej kultury, tam się robiło najwięcej filmów. Początki nie były łatwe. Żeby się utrzymać, musiałem zbierać pomidory czy winogrona. Później statystowałem na planach zdjęciowych i szybko zacząłem grywać w filmach. Zrobiłem ich ponad 200. Wcielałem się w Polaków czy Czechów, marzyłem o zagraniu głównej roli. Kiedy ludzie to słyszeli, żartowali ze mnie i mówili, że to niemożliwe, ale to jeszcze bardziej mnie mobilizowało. Stwierdziłem, że jak mi roli nikt nie da, to sam ją sobie napiszę. I tak na bazie jednej z przygód stworzyłem scenariusz do filmu "Królowie życia", obsadzając w głównej roli właśnie siebie. 10 lat upłynęło, zanim ktoś uznał, że jest to ciekawy materiał na film.

Mariusz PujszoMariusz Pujszo mat. prasowe

Wytrwałość w dążeniu do celu się opłaciła, bo produkcja "Królowie życia" z panem w roli głównej okazała się wielkim hitem.

Tak, a historia jest bardzo ciekawa, do wszystkiego doszło w bardzo śmieszny sposób. Pewien niemiecki aktor wygadał się mi, że szukają Rosjanina do serialu. Poprosiłem, by powiedział producentom, że ja jestem Rosjaninem. Przybyłem na casting, zacząłem mówić po rosyjsku, ale okazało się, że nikt mnie nie rozumie. Zacząłem mówić więc po polsku z rosyjskim akcentem. Szczegółów nie pamiętam, ale ostatecznie dostałem tę rolę. Byłem wniebowzięty, ale do czasu, bo pewnego dnia kręciliśmy scenę z Rosjanami, którzy byli w Paryżu. Mieliśmy improwizować dobrą zabawę i śpiewać po rosyjsku. Kiedy rodowici Rosjanie wykonywali pieśni, ja jedynie udawałem, że to robię, bo zwyczajnie nie znałem tych utworów. Nagle reżyser poprosił o przerwę i spytał, czemu nie śpiewam jak inni. Przyznałem się, że jestem Polakiem. Mieliśmy rozmowę za kulisami i wyznałem mu, że podałbym się nawet za Chińczyka, żeby dostać rolę. A poza tym - dla Francuza Polak czy Rosjanin, to to samo. Skorzystałem z sytuacji i wręczyłem swój scenariusz. Zadzwonili do mnie o pierwszej w nocy, bym wszystko zostawił i jutro podpisał umowę.

Rozumiem, że okres życia we Francji wspomina pan w samych superlatywach? W końcu jest pan jednym Polakiem, który wówczas zagrał w dwóch zagranicznych produkcjach wysokobudżetowych?

Tak, to był piękny czas. Chciałem być jak Sylvester Stalonne, zresztą we francuskiej telewizji mnie do niego porównywano. Nikomu nieznany aktor - obcokrajowiec - pisze scenariusze i gra główne role. Tego we Francji nie było. Zamiast grać ciągle u kogoś, napisałem scenariusz i w głównej roli obsadziłem siebie. Pobyt w Paryżu dodał mi jeszcze więcej pewności siebie i utwierdził, że warto być optymistą i tworzyć coś, co się czuje, bez względu na sytuację. Warto dodać, że prawa do remake'u mojego filmu "Królowie życia" wykupił sam Steven Spielberg.

Jak pan ocenia tamtejszą kulturę?

Kultura we Francji zawsze była na wysokim poziomie. Charakteryzuje się otwartością na nowe, bardzo nieoczywiste pomysły. Ta sztuka mocno ewoluowała, więc to było idealne miejsce dla mnie. Przyznaję jednak, że ciężko jest się wybić, biorąc pod uwagę chociażby fakt, że było tam więcej wykształconych aktorów niż w Polsce. W Paryżu na castingi przychodziło wówczas po tysiąc osób do jednej roli, ale co to dla takiego optymisty jak ja!

Można powiedzieć, że jest pan człowiekiem renesansu? W końcu działa pan na różnych płaszczyznach.

Fakt, zawsze było mnie wszędzie pełno, ale aktorstwo i robienie filmów to moja pasja. Nie da się też ukryć, że kontakty w tym biznesie są istotne. Zdawałem sobie z tego sprawę od zawsze i nieco na wzór amerykański starałem się obracać w towarzystwie, a z czasem sam organizować specjalne eventy. Przez 20 lat organizowałem w Polsce imprezy Art & Business Party, które łączyły środowiska artystyczne i biznesowe. Potem zająłem się organizacją Luksusowej Marki Roku, podczas której nagradzamy firmy i usługi z całego świata. To są gale połączone z targami, wernisażami, wystawami, a nawet ze spektaklami teatralnymi. To duże wydarzenia, bo gości na nich zazwyczaj ok. 500 osób z całego świata.

Julia Wieniawa, Mariusz Pujszo, Edyta HerbuśJulia Wieniawa, Mariusz Pujszo, Edyta Herbuś mat. prasowe

Jest pan również pomysłodawcą i organizatorem Gali Osobowości i Sukcesy Roku oraz Gali Polska Noc w Cannes.

Podczas festiwalu filmowego w Cannes w najbardziej prestiżowym hotelu Carton organizowałem wielkie gale. Przybywało na nie ok. tysiąca gości, w tym laureaci Oscarów. Te gale były transmitowane przez Fashion TV, Variety TV oraz FR3. Co do Gali Osobowości i Sukcesy Roku... Na tej również nagradzane są marki, które odnoszą sukcesy, ale przede wszystkim wspaniałe osobowości, lekarze, sportowcy, biznesmeni, dziennikarze, artyści. Ostatnio organizowałem również Galę Optymista Roku. Najważniejszą rzeczą na moich imprezach są jej goście. Zależy mi, by atmosfera była przyjacielska i spontaniczna, bez zadęcia. Często słyszę, że na tych galach goście czują się jak na najlepszych domówkach jak za dawnych czasów. Sprawia mi to naprawdę mnóstwo satysfakcji. Z pełną odpowiedzialnością mogę powiedzieć, że jestem osobą, która po prostu lubi to, co robi.

Mariusz PujszoMariusz Pujszo mat. prasowe

Od lat prężnie działa pan w branży - gra w filmach, reżyseruje je. W którym momencie swojego życia zaczął pan myśleć o sobie w kategoriach artysty?

Artystą stałem się, kiedy zauważyłem, że mam odbiorców, ludzi, którzy doceniają to, co robię, to, w jaki sposób bawię się tym wszystkim oraz, że mam dystans do wszystkiego. Oczywiście są również hejterzy, ale oni będą zawsze. Za dużo mamy uprzedzeń. Boimy się nowości, eksperymentów. Lubimy to, co znamy, a ja zawsze powtarzałem, że w tak dużym kraju jak Polska jest miejsce dla każdego artysty. Liczy się różnorodność, która nadaje życiu sens i po prostu nie jest nudno. Musi być kolorowo! Tutaj jest miejsce dla każdego, kto znajdzie swoich odbiorców, nawet, jeżeli ich nie będzie za dużo. Na tym polega sztuka. Prawie wszyscy najwięksi artyści na początku mieli duże problemy ze zrozumieniem i często byli odrzucani, ale takie jest życie.

Stąd pomysł na "Polisz kicz projekt"?

Tak, dokładnie. "Polityka" porównała go nawet do "Rejsu" i widownia chciała go oglądać na całym świecie. Sprzedałem go we Francji, a nawet w Chinach. W Stanach Zjednoczonych był najchętniej wypożyczaną komedią obcojęzyczną. Mimo nagród i wspaniałego odbioru na świecie w Polsce spotkałem spotkałem się z krytyką. Śmiem twierdzić, że gdyby w tamtych czasach organizowane były "Złote Węże", to pseudojury prawdopodobnie dałoby mi mnóstwo nominacji za tę produkcję.

Właśnie, kilka nominacji do "Złotych Węży" zgarnął pan w tym roku za "Ściemę po polsku".

Ten film nie miał nieograniczonego budżetu, a na pewno nie tak wielkiego jak inne produkcje nominowane w tym roku. Uważam, że jest to nieco niesprawiedliwe, by oceniać coś, porównywać do czegoś, co było produkowane w zupełnie innych warunkach, na innych zasadach. Pieniądze to oczywiście nie wszystko, ale są istotne. Zawsze jednak powtarzam, że najważniejszy jest pomysł. Ten akurat nie spodobał się sporej części, ale gwarantuję, że są odbiorcy, którzy go doceniają. Mam naprawdę dużo dystansu do samego siebie. Poza tym uważam, że to najważniejsza nagroda w Polsce, bo jest wręczana w kraju, w którym ludzie się cieszą, gdy komuś coś nie wyszło. Ubolewam nad tym, że jest to nagroda, która polega na dokopaniu komuś. Apelowałbym, by zmienić ją na jakąś, która wynagradza za dystans. Prawda jest też taka, że ma się reklamę za damo. Widząc ilość informacji w Internecie o tych nominacjach, jestem przekonany, że teraz każdy będzie miał okazję obejrzeć "Ściemę po Polsku" i ją ocenić.

Wspomniał pan o organizacji Gal Osobowości. Co według pana znaczy mieć osobowość? 

Dla mnie to coś, co nas różni od innych. Nie bójmy się być inni. Walczmy o siebie, o swoje pomysły, o to, co czujemy. Każdy jest w pewnym sensie indywidualnością, ale w Polsce jest ona nieco tłamszona. Ja zawsze byłem inny, wychodziłem przed szereg. Zdawałem sobie sprawę, że mam charyzmę i ta pewność siebie, chęć wyróżniania się z tłumu, zaprowadzi mnie bardzo wysoko. Nie możemy się bać tego, kim jesteśmy. Nie możemy bać się wyrażać poglądów. To jest bardzo istotne. Warto o tym pamiętać.

Alicja Węgorzewska, Mariusz Pujszo, Ewa MingeAlicja Węgorzewska, Mariusz Pujszo, Ewa Minge mat. prasowe

Stąd pomysł na stworzenie Światowego Dnia Optymizmu?

Na świecie jest tak wiele dziwnych świąt, niepotrzebnych, które nic nie wnoszą. Pomyślałem, że warto zrobić coś pozytywnego i założyłem Fundację Jestem Optymistą oraz stworzyłem Światowy Dzień Optymisty. Uważam, że warto poznawać i doceniać ludzi, którzy mają wiarę w siebie, w innych i często mimo trudnych sytuacji wierzą w lepsze jutro. To jest niesamowicie ważne. Każdy ma momenty zwątpienia, każdy czasem jest na skraju, ale musimy stawać przed lustrem i mówić sobie, że jutro też jest dzień i będzie to dobry, lepszy dzień. Wszystko zależy od nas, wszystko jest w naszych rękach. Dlatego właśnie założyłem też Fundację Jestem Optymistą i z okazji Światowego Dnia Optymisty 21 sierpnia organizujemy galę.

Powstanie Alei Optymistów to również pana zasługa.

Stworzyłem Festiwal Optymizmu oraz Aleję Optymistów, gdzie odciski swoich dłoni zostawi wspaniali ludzie, wielu z nich już nie ma wśród nas, ale cieszę się, że miałem okazję ich poznać. To był zaszczyt. Aleksander Dobra czy chociażby Jurek Gruza.

Gdzie się pan regeneruje? Jest jakieś miejsce?

Kiedyś były to Mazury, miałem pensjonat, ale teraz są to moje ukochane Pujszany na Zamojszczyźnie. Swego rodzaju, jak to mówią, agroturystyka artystyczna.

Mariusz PujszoMariusz Pujszo mat. praswe

Cechuje pana różnorodność, robi pan bardzo specyficzne filmy, wręcz kontrowersyjne, ale udziela się pan też na TikToku i gdzieś w tym wszystkim te wydarzenia, na które przybywają ludzie z absolutnie różnych środowisk.

Cieszę się, że znajduję czas na to wszystko. Kiedy muszę być artystą, jestem nim, ale od strony biznesowej również się spełniam. Może to ta moja różnorodność i pozytywne spojrzenie na świat przyciągają do mnie wiele wspaniałych osób. Podczas moich gal ludzie się poznają, bawią, załatwiają interesy. Po prostu żyją.

Czy magazyn "Osobowości i Sukcesy", który pan wydaje, również jest różnorodny?

Zdecydowanie. Można tam znaleźć mnóstwo materiałów - o lotnictwie, epoce napoleońskiej, która jest mi bardzo blisko czy poszukiwaniu skarbów. Są relacje z moich gal, wywiady ze niesamowitymi osobami i to wszystko na najwyższym poziomie. Stworzyłem coś, co sam z chęcią bym czytał i cieszę się, że "Osobowości i Sukcesy" znalazło swoich licznych odbiorców. I podobnie jak w przypadku moich filmów - są ludzie, którzy bardzo sobie cenią moje gale, mój magazyn oraz to, że wyróżniają się z tłumu.

Jakie jest pana motto życiowe?

Sukces odnosi nie ten, kto wcześnie rano wstaje, ale ten… kto wstaje uśmiechnięty!

Więcej o: