Daniel Olbrychski: Helenka Englert jest jedną z NAJWYBITNIEJSZYCH aktorek swojego pokolenia w Europie

Daniel Olbrychski, prawdziwa ikona polskiego kina, teatru i telewizji, zgodził się wziąć udział w nietypowym projekcie. Aktor zaszczycił swoją obecnością program kabaretowy Polsatu. Kabaret K2 zaprosił Olbrychskiego i jego małżonkę do udziału w odcinku, w którym pozwolili z siebie żartować. Czy Daniel Olbrychski nie obawiał się wyśmiania? Komu kibicuje w "Tańcu z gwiazdami"? Jak na jego list zareagował Donald Tusk? Na te i inne pytania aktor odpowiedział w ekskluzywnej rozmowie z Plotkiem.
Daniel Olbrychski
Fot. Dawid Żuchowicz / Agencja Wyborcza.pl

Aleksandra Pajewska-Klucznik: - Czy myśli pan, że ma dość duży dystans do siebie i dość dużo poczucia humoru na własny temat, żeby brać udział w takich skeczach improwizowanych?

Daniel Olbrychski: - Szczerze? Nie, nie sądzę (śmiech). Nie jest to moja najmocniejsza strona i zazdroszczę takim ludziom, którzy naprawdę mają poczucie humoru. Natomiast lubię, jak się ludzie ze mnie śmieją! To lubię. Ale najbardziej lubię, jak się śmieją, gdy gram komedię. A czy lubię, żeby się ze mnie śmiali? Trochę tak, a trochę nie. Nie jestem mistrzem autoironii. Ale zazdroszczę tym, którzy są.

- Tutaj zgodził się pan na udział, nie znając scenariusza do końca, nie wiedząc, z czego będą żartować. Czy miał pan jakąś obawę, jakiś temat, który wolałby pan, żeby nie był poruszony?

- Ja zawsze wychodzę naprzeciw takim zadaniom. Ostatni raz jak tu byłem, też nie bardzo wiedziałem, czego ode mnie chcieli, ale to się skończyło fajnie, bo coś groziłem świeżo wybranemu prezydentowi, że go będę pilnował (śmiech).

Zobacz wideo Niecodzienna sytuacja na spotkaniu z Trzaskowskim. Daniel Olbrychski z żoną Krystyną zrobili show

- À propos. Ostatnio miał pan interwencję u premiera Tuska. Napisał pan do niego list pełen oburzenia. No i ten list poskutkował...

- Tak, poskutkował! Ale trochę za późno. To było tak: najpierw mnie zaproszono do udziału w jury gdyńskiego festiwalu. To był jedyny festiwal i dalej jest to jedyny festiwal w Europie, który mnie od półwiecza nigdy nie zapraszał.

I gdy nowy przewodniczący Stowarzyszenia Filmowców Polskich zaproponował mi, to oczywiście powiedziałem: "No dobrze, skoro tak, no to będę". I raptem jakiś trzeciorzędny urzędnik w Ministerstwie Kultury, które jest jakby moim ministerstwem, bo ja na tę koalicję głosowałem, powiedział, że nie, że nigdy ja nie będę w jury, bo skrytykowałem poprzednią panią minister.

No to ja się wściekłem, przywróciłem przedstawienia, które odwołałem, żeby znaleźć czas na ten festiwal... Ale nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło, bo dzięki temu, że nie ma mnie w Gdyni w tej chwili, to mogę rozmawiać z wami (śmiech). Premier Tusk, rzeczywiście, po moim liście, huknął na ministerstwo i chcieli mnie przywrócić, ale ja już nie mogłem, bo przywróciłem przedstawienia i inne obowiązki. Nie jestem w jury. Zastąpił mnie Krzyś Zanussi.

- My się oczywiście cieszymy, że pan może być z nami, ale to nie jest pana pierwsze spięcie z władzą, bo z poprzednią władzą z kolei nieustająco pan miał na pieńku...

- A to możemy sięgnąć nawet jeszcze dalej, aż do czasów Gierka! Z tamtymi władzami miałem tak, że miałem szlaban w telewizji przez cztery lata, gdy podpisywałem listy KOR-u (Komitet Obrony Robotników - przyp. red.) w obronie robotników, a potem jeszcze zdążyłem podpisać list przeciwko generałowi Jaruzelskiemu w stanie wojennym. Potem, dzięki interwencji prezydenta Francji Françoisa Mitterranda wyciągnięto mnie w stanie wojennym do Francji, gdzie zagrałem w filmie Josepha Loseya ("Pstrąg" z 1982 roku - przyp. red.), bo on z kolei ładnie się zachował i powiedział, że nie zacznie filmu, jeśli się mnie nie wyciągnie. Ale przedtem zdążyłem narozrabiać jeszcze w Polsce, mam na myśli list przeciwko stanowi wojennemu oraz regularne występy poetycko-polityczne w kościele Jurka Popiełuszki...

- Właśnie o to chciałam zapytać, bo rozumiem, że ani teraz, ani nigdy pan nie myślał o tym, że to może zaszkodzić pana karierze i pracy, tylko jednak pan szedł za tym głosem buntowniczym w środku.

- No może się tak złożyło, rzeczywiście. Ale to w końcu jakoś wychodziło, wie pani, o dziwo, na dobre (śmiech). Bo przez to, że tyle protestowałem przeciwko władzom za czasów Gierka, to w momencie, gdy nastąpiło odsłonięcie pomnika stoczniowców w roku 1980, to Lech Wałęsa zaprosił mnie do czytania Apelu Poległych. Nie tylko dlatego, że mam dobrą dykcję, ale powiedział, że "zawsze byłeś Danek z nami i ty masz prawo to czytać". To była jedna z najważniejszych ról, jakie w życiu zagrałem - czytanie Apelu Poległych.

- À propos tych ikonicznych postaci, ale też najważniejszych ról. Mamy rok 2026, czyli rok Andrzeja Wajdy, pana, można powiedzieć, nauczyciela czy protektora. Zagrał pan w jego największych dziełach. Czy mógłby pan powiedzieć od drugiej strony, tak po ludzku, po przyjacielsku, w jakich chwilach panu brakuje mistrza albo czego najbardziej brakuje po odejściu pana Andrzeja Wajdy?

- To już tak do końca mojego życia będzie mi go brakowało. Pocieszam się tylko tym, że my z Andrzejem Wajdą jesteśmy rekordzistami świata w konkurencji wybitny reżyser i jego ulubiony aktor. Nakręciliśmy 13 filmów razem. Dziesięć razy grałem role główne, trzy razy ważne epizody. I to nie zdarzyło się u nikogo innego. Nas jak dotąd jeszcze żadna para nie przebiła! Bo i to Toshirō Mifune, wielki japoński aktor, u Kurosawy zagrał mniej, poniżej dziesięciu filmów. Marcello Mastroianni z Federico Fellinim zagrali mniej. W tej chwili goni nas amerykańska para, wspaniała - Martin Scorsese i Robert De Niro, ale jeszcze do dziesiątki się nie zbliżyli. Na razie w "deblu" reżyser i aktor - my z Wajdą jesteśmy na pierwszym miejscu.

Nie tylko mnie będzie brakowało Andrzeja Wajdy, ale chyba całej Polsce, bo w tej chwili nawet już oczyma wyobraźni go widzę, jakie by filmy dalej kręcił. Miał 90 lat, jak odszedł. W tym roku mija dziesięć lat od jego śmierci, a sto lat od urodzin. 14. rola, jaką gram dzięki Wajdzie, to ojciec chrzestny - jego jedynej córki, którą ma z Beatą Tyszkiewicz (Karolina Wajda - przyp. red.).

- To chyba najważniejsza z tych wszystkich ról?

- Być może, tak. Staram się ją grać jak najlepiej.

- Pana syn też jest oczywiście aktorem.

- On jest raczej muzykiem, choć sześć razy ładnie zagrał w sześciu chyba filmach i nawet za debiut dostał, za "Rozmowy z człowiekiem z szafy" nagrodę (w 1993 roku - przyp. red.). Zagrał pierwszy raz w filmie i dostał nagrodę imienia Zbyszka Cybulskiego, którą ja jako pierwszy dostałem w 1969 roku.

- Czyli jednak aktorem też jest...

- Fajnie zagrał parę ról.

- Teraz przewija się w mediach temat tak zwanych "nepo babies", między innymi, à propos córki Jana Englerta. Czy dzieciom aktorów jest faktycznie łatwiej iść w ich ślady?

- Nie, odwrotnie! Odwrotnie, bo raz, że poprzeczka jest postawiona wysoko, a dwa, to przecież Helenkę Englert spotyka rodzaj hejtu również, czego dowiedziałem się nie tylko od jej rodziców, ale co widać również w internecie. To nazwisko pomaga jej? Nie, nazwisko jest tu przeszkodą.

Młodego człowieka noszącego to [znane - red.] nazwisko, bo zawsze jest odwoływanie do dokonań rodziców, spotyka hejt, że działa dzięki nazwisku rodziców. O Rafale trudniej mi mówić, ale Helenka - co już wiele lat temu powiedziałem jej rodzicom, z którymi się przyjaźnię - jest wybitnie zdolną młodą dziewczyną.

W tej chwili mogę śmiało powiedzieć, że jest jedną z najwybitniejszych aktorek europejskich swojego pokolenia, a w tej chwili, w "Tańcu z gwiazdami" jest rewelacyjna zupełnie, co jej powiedziałem poprzedniej niedzieli. Potem to potwierdziła - zatańczyła do "Sing sing", piosenki Maryli Rodowicz, rewelacyjnie! Trzymam za nią kciuki.

Więcej o: