Weronika Marczuk: Cała masa Rosjan ma kompletnie sprane mózgi. Jej rodzina nie opuściła Kijowa

Weronika Marczuk urodziła się w Kijowie, ale już od wielu lat mieszka w Polsce. Jej rodzina jednak została w kraju okupowanym przez rosyjskiego agresora. W rozmowie z Plotkiem opowiedziała, jak zmieniła się jej codzienność.

Jest pani prezeską "Towarzystwa Przyjaciół Ukrainy" w momencie historycznym dla Ukrainy i całej Europy. Jak radzi pani sobie z taką odpowiedzialnością?

Z jednej strony jest dla mnie bardzo bolesne, że organizacja, którą tworzyliśmy w celach kulturalnych, edukacyjnych i pokojowych dzisiaj się przeobraziła w wojenny sztab kryzysowy. Niemniej wierzę, że ta misja była mi pisana. Nie mam wątpliwości, że te narzędzia były mi wcześniej dane po to, by dzisiaj ich użyć, gdy są najbardziej potrzebne. Czasami żałuję, że się wplątałam w to 24h/7. Mam małe dziecko, o którym od dawna marzyłam. Przysięgałam sobie, że jak już będzie mi dane je mieć, to będę mu poświęcać swój cały czas wolny. Ale dzisiaj nie mogłabym robić nic innego. Zadawałam sobie pytanie, co by się stało, gdybym się spakowała i wyjechała gdzieś daleko, albo chociaż wróciła do swoich wcześniejszych obowiązków. Nie dałabym rady. Nie mogłabym tak. Dlatego doceniam to, że mogę pomagać. Dzięki temu czuję się potrzebna.

Jest pani bardziej zmęczona fizycznie czy psychicznie?

W nas wszystkich jest ogromna złość i potrzeba działania. Teraz nie myślimy o zmęczeniu, chociaż wiem, że ono do mnie wróci ze zdwojoną siłą. Miałam w życiu sytuacje, kiedy musiałam się maksymalnie mobilizować i adrenalina rządziła moim życiem. Za każdym razem jednak, kiedy dopadają mnie myśli, jak mi jest źle, przypominam sobie o ludziach, którzy są w Ukrainie. Kiedy dzwonią do mnie znajomi ze schronów i piwnic, przestaję myśleć o zmęczeniu. Moja przyjaciółka powiedziała mi, że nie może przyjechać do Polski, bo prowadzi jedyny otwarty sklep w okolicy, a zapewnienie jedzenia okolicznym mieszkańcom stało się jej misją. Mój brak snu nie ma przy tym żadnego znaczenia.

Zobacz wideo Pieśń ukraińskich żołnierzy: Jesteśmy na naszej ziemi!

Jest pani w stanie cieszyć się życiem?

Tak, oczywiście. Moja córka jest dla mnie błogosławieństwem. Obiecałam sobie, że ona nigdy po mnie nie zobaczy czegoś, co zniszczyłoby jej dzieciństwo. Do tej pory udaje mi się to koncertowo. Wchodzę do domu, widzę jej uśmiech i momentalnie się przełączam. Faktem jest, że nie poświęcam jej teraz dużo czasu, ale kiedy już jesteśmy razem, nie ma wojny, jest tylko uśmiech i miłość.

Czy to jest w porządku, gdy ludzie chodzą na imprezy, bawią się, a tuż obok trwa wojna?

Żyć trzeba normalnie. Nie mogę odpowiadać za każdego. Ja nie wymagam, by wszyscy zmieniali teraz swoje życie. Myślę, że ludzie sami wyczuwają, co jest stosowne, a co jest przekroczeniem pewnej granicy. Dobrym pomysłem jest wyjście gdzieś z Ukraińcami, po to, by pokazać im miasto, uścisnąć dłoń, pośmiać się razem. Oni też potrzebują normalności.

A jak powinniśmy rozmawiać z dziećmi?

Ja w to głęboko wierzę. Po pierwsze te dzieci, gdy już tutaj są, powinny spędzać jak najwięcej czasu z rówieśnikami. Nie bójmy się z nimi rozmawiać o trudnych przejściach. Nie udawajmy, że nic się nie dzieje. W tych wszystkich schronach, przemówienia Zełenskiego przepełniają ludzi wiarą, że wszystko będzie dobrze. Dajmy dzieciom nadzieję i poczucie bezpieczeństwa.

W jakiej części Ukrainy mieszka pani rodzina?

Moja rodzina jest rozrzucona po całej Ukrainie. Największa część mieszka w Kijowie i okolicach, ale wielu moich bliskich żyje również w obwodzie chmielnickim w zachodniej Ukrainie. Niektórzy mają swoje domy również na południu, ale oni ewakuowali się do Lwowa.

Pani najbliżsi są bezpieczni?

Stosunkowo tak. Chociaż Kijów jest bombardowany bez przerwy. Moi bliscy powiedzieli mi, jednak że nie wyobrażają sobie teraz gdziekolwiek wyjeżdżać i tułać się po świecie. Z mojej najbliższej rodziny Ukrainę opuściła tylko moja kuzynka. Cała reszta nie zamierza się nigdzie ruszać. Mówią, że ktoś musi zostać w kraju i go bronić. Wszyscy wierzą, że my tę wojnę wygramy. Nawet zwykli ludzie są przydatni. Moi krewni mają sady i ogrody, o które zawsze dbali i chcą to robić nadal. Bardzo wielu Ukraińców jest nierozerwalnie związanych ze swoim krajem i domem. Nigdy wcześniej nie chcieli wyjeżdżać i teraz to się nie zmieniło.

Weronika MarczukWeronika Marczuk KAPiF

Cały świat patrzy z podziwem na ukraińskich żołnierzy. Skąd bierze się ich heroiczna postawa?

W genach Ukraińców jest zakodowana walka o przetrwanie. Jak tylko pojawia się zagrożenie zniszczenia nacji, w nas budzi się instynkt naszych przodków. My od zawsze walczymy i wygrywamy. Pomimo tego, że państwowość Ukrainy istniała tylko epizodycznie, to nasz naród i przywiązanie do dziedzictwa kulturowego zawsze były bardzo silne. Nikt nie nosi dzisiaj w Polsce tradycyjnych, wyszywanych koszul. My tak i lubimy się z tym obnosić. Nikt nie doświadczył tylu cierpień, głodu i bestialstwa. Czcimy tę pamięć. Mój tata zawsze powtarzał - "W niewoli żyć nie będziemy. W gó**ie też żyć nie będziemy". Gdy chcą nas zniszczyć, wiemy, że musimy walczyć do końca. Ja to w sobie czuję i wiem, że chłopcy na froncie myślą tak samo.

Czy postawa ludzi w Ukrainie zmieniła się od początku wojny?

Tak, po miesiącu wojny Ukraińcy opowiadają mi inne rzeczy niż na początku. Gdy ludzie przeżyli już najgorsze, czyli widzieli wybuchające bomby i ludzi, których rozstrzeliwują, przychodzi pogodzenie się z sytuacją. Nie ma żadnego odwrotu. Pojawia się jeden cel - pokonać wroga swoją postawą. To się udaje. Rosjanie są w szoku.

W Moskwie, na stadionie, zorganizowany został wiec poparcia dla wojny. Pojawiło się tysiące ludzi. Ukraińcy są dzisiaj wkurzeni na Putina czy na Rosjan?

Dzisiaj już też na Rosjan. Oczywiście szanujemy tych, którzy się postawili. Natomiast, cała masa ludzi ma kompletnie sprane mózgi. Rozumiem, że każdy ma prawo do swoich poglądów, ale są Rosjanie, którzy nawołują do wojny, chcą, by dalej mordować i niszczyć Ukrainę. Tego nie możemy zaakceptować. Nie jestem zwolenniczką nagonki na cały naród, ale w dzisiejszej sytuacji nie ma półśrodków. Nie możemy teraz ważyć win, to nie jest odpowiedni czas.

Gazeta.pl uruchomiła serwis Ukrayina.pl, który prezentuje najnowsze informacje w języku ukraińskim. Co pani sądzi o tym przedsięwzięciu?

Uważam, że wszystko, co dzisiaj jest ukłonem w stronę Ukraińców, ma ogromną wartość. Bariera językowa to poważny problem dla przyjeżdżających tu uchodźców, więc jestem bardzo wdzięczna, że taki portal powstał. Chętnie podzielę się nim w swoich mediach społecznościowych.

Więcej o:
Copyright © Gazeta.pl sp. z o.o.