Chajzerowie zachwyceni, że zapewniają innym rozrywkę. O tym zapomnieli

Bianka i Filip Chajzerowie powrócili w trzecim odcinku swojego podcastu. Para twierdzi, że ludzie oglądają ich dla czystej rozrywki i "odmóżdżenia", co ma swoje potwierdzenie w komentarzach. Czy małżonkowie mają szanse zbić na tym kapitał?
Bianka i Filip Chajzerowie
Fot. YouTube/@filipchajzerpodcast

Bianka i Filip Chajzerowie opublikowali pierwszy odcinek wspólnego podcastu, a internet po prostu wybuchł. Teksty o "najpopularniejszej pizzy w Szwecji" czy "paznokciach Bianki Chajzer" stały się niemalże ikoniczne, a nie był to koniec. Przy okazji drugiej rozmowy usłyszeliśmy o "nosowym ą", "ciasnych pomieszczeniach" oraz to, że "Amsterdam jest trochę jak Kraków". To wciąż nie jest jednak koniec opowieści małżonków, gdyż doczekaliśmy się trzeciego odcinka ich podcastu. Tam przyznali, że znajomi czekają na ich program, by się zrelaksować. Internauci w komentarzach również nie ukrywają, że dzięki Chajzerom są w stanie się odprężyć i nie myśleć o niczym, zapewniając sobie w ten sposób rozrywkę. W rozmowie z Plotkiem o ich fenomenie opowiedziała Ewa Wójcikowska, strateg komunikacji PR, znana w sieci jako pocokomuPR. 

Zobacz wideo Klima o biznesach Friza i Chajzera. Tak ocenia poziom w restauracji Wachowicz

Bianka i Filip Chajzerowie przyciągnęli kontrowersją. Ekspertka ma jeden wniosek

Chajzerowie zauważyli, że ich rozmowy cały czas wzbudzają poruszenie, więc zdecydowali się kontynuować przygodę ze wspólnym podcastem. Stawiają na "odmóżdzające" treści, wplatając wątki, które mogą zaciekawić widzów i stać się viralami. Ekspertka od PR zauważyła, że para przyciągnęła uwagę tym, że internauci byli zaciekawieni postacią Blanki i kontrowersjami wokół ich związku. - Na początku niewątpliwie zadziałał efekt zaciekawienia nową osobą. Partnerka Filipa Chajzera najpierw pozostawała w cieniu, później została przedstawiona publiczności. Do tego doszły różnica wieku, kontrowersje wokół relacji i uroda Bianki. To wszystko przyciąga uwagę. Tyle że ciekawość ma swoją datę ważności. Sama w sobie nie wystarczy, żeby utrzymać zainteresowanie na dłużej - mówi nam na wstępie Ewa Wójcikowska. 

Specjalistka podkreśla w rozmowie z Plotkiem, że "oglądalności nie należy też utożsamiać z sympatią". -  Ludzie mogą oglądać, ponieważ kogoś lubią, ale również dlatego, że coś ich irytuje, wprawia w zakłopotanie albo dostarcza materiału do żartów. Cytowanie wypowiedzi czy tworzenie na ich podstawie rolek nie musi więc oznaczać uznania. Warto rozróżniać sytuację, w której publiczność śmieje się z nami, od tej, w której śmieje się z nas - zaznacza. - Nie sprowadzałabym jednak wszystkich krytycznych reakcji do poszukiwania rozrywki. Część odbiorców może po prostu nie akceptować prezentowanych zachowań, ponieważ są sprzeczne z ich wartościami, i chce to głośno powiedzieć. Inni wykorzystują popularność tematu do budowania własnych zasięgów. Jest też zwykła ludzka skłonność do podglądania i komentowania cudzej prywatności, zwłaszcza gdy wywołuje ona silne emocje - uważa ekspertka od PR. 

Filip Chajzer podjął medialne ryzyko. Rozpoznawalność może przerodzić się w śmieszność

Wójcikowska zaznaczyła, że Chajzer jest obecny w mediach od lat i ma na tym polu doświadczenie, więc "trudno zakładać, że nie rozumie tych mechanizmów". - W mojej ocenie ten sposób komunikacji mocno eksploatuje mniej szlachetne odruchy publiczności: podglądactwo, oburzenie czy przyjemność z wyśmiewania innych. Może to przynosić zasięgi, ale widzę tu ryzyko przesuwania się od rozpoznawalności w stronę śmieszności. A kiedy taki obraz utrwali się w świadomości odbiorców, trudno później odzyskać kontrolę nad własnym wizerunkiem - tłumaczy specjalistka. 

Ekspertka przyznaje jednak, że samo bycie bohaterem memów nie zawsze oznacza szkody wizerunkowe. - Są osoby i marki, które potrafią świadomie wykorzystać humor i dystans do siebie. Kluczowe jest jednak to, czy ten sposób obecności wspiera ich cele, czy zaczyna je ograniczać. Podobnie ze współpracami reklamowymi: część marek kieruje się przede wszystkim zasięgiem, czasem kosztem dopasowania i wiarygodności. Dlatego nie wykluczałabym zainteresowania reklamodawców. Pytanie brzmi, jakich i na jak długo - stwierdza. 

Czy strategia Chajzerów ma szansę długofalowo zadziałać? Okazuje się, że tak, ale są ku temu pewne warunki. - Podtrzymywanie zainteresowania opartego na kontrowersji często wymaga kolejnych, coraz silniejszych bodźców. To kosztowny wizerunkowo mechanizm. Z perspektywy komunikacji najważniejsze pytanie nie brzmi więc: "Czy ludzie nas oglądają?", tylko: "Z czym zostają po obejrzeniu i co to oznacza dla naszej przyszłości?". Można przyciągać uwagę, a jednocześnie tracić szacunek. Zasięg pokaże pierwsze. Nie zrekompensuje drugiego - skwitowała Wójcikowska. 

Więcej o: