Sandra Drzymalska popłakała się po pokazie filmu. Syn Violetty Villas ocenił jej rolę

Sandra Drzymalska wcieliła się w Violettę Villas w najnowszym filmie poświęconym życiu artystki. Podczas spotkania po premierowym pokazie aktorka nie potrafiła ukryć wzruszenia. Na temat jej roli wypowiedział się również syn Violetty Villas, Krzysztof Gospodarek.
Sandra Drzymalska
facebook.com/people/Violetta-Villas

Sandra Drzymalska stanęła przed wyjątkowo trudnym zadaniem. W najnowszym filmie wcieliła się w Violettę Villas, jedną z najbardziej charakterystycznych postaci polskiej sceny muzycznej. Podczas pierwszego publicznego pokazu produkcji aktorka nie kryła emocji. Po projekcji, w czasie rozmowy z dziennikarzami i widzami, wzruszyła się do łez. Na sali obecny był także syn artystki, Krzysztof Gospodarek, który podzielił się swoją opinią na temat kreacji Drzymalskiej.

Zobacz wideo Sandra Drzymalska zagrała Simonę Kossak. "Zżyłam się ze zwierzętami. Po zdjęciach tęskniłam za sarnami"

Syn Violetty Villas ocenił Sandrę Drzymalską. Po pokazie filmu aktorka nie kryła łez

Sandra Drzymalska podczas konferencji podkreśliła, że największym wyzwaniem podczas prac nad filmem nie było samo przygotowanie warsztatowe. Najtrudniejsze okazało się zbudowanie emocjonalnej relacji z graną przez siebie bohaterką. - Na początku bardzo się bałam. Nie byłam pewna, czy ta rola jest dla mnie. To była ogromna osobowość. Czułam wewnętrzną walkę ze sobą i ze swoją postacią - mówiła po pokazie filmu "Violetta Villas". Z czasem podejście aktorki do Violetty Villas zaczęło się zmieniać. Drzymalska mówiła, że coraz lepiej rozumiała swoją bohaterkę i patrzyła na nią z większą czułością. W pewnym momencie miała nawet poczuć, że nawiązała z nią szczególną więź.

Praca nad filmem okazała się dla niej bardzo intensywnym doświadczeniem. Dopiero po zakończeniu zdjęć aktorka w pełni uświadomiła sobie, jak wiele kosztowało ją wcielenie się w legendarną piosenkarkę. Podczas spotkania, po projekcji emocje wróciły. Drzymalska na chwilę zamilkła, a następnie polały się łzy - Wzruszam się, ponieważ jakoś tak bardzo się do niej... - powiedziała, nie kończąc zdania. Prowadząca spotkanie pozwoliła jej ochłonąć, a publiczność odpowiedziała brawami.

Jedną z osób, które zobaczyły film, był Krzysztof Gospodarek, syn Violetty Villas. Jego opinia dotycząca aktorskiej interpretacji matki miała szczególne znaczenie. Gospodarek zaznaczył, że nie chodziło o stworzenie idealnej kopii wyglądu jego mamy. Jego zdaniem Drzymalska dobrze oddała natomiast jej charakter, sposób poruszania się i głos.

Czy ja widziałem fizyczną postać identyczną z moją mamą? Nie. Ale jeżeli chodzi o postać typu charakter, ruch, głos to tak. Sandra spełniła tutaj rolę i to świetnie

- podkreślał.

Sandra Drzymalska jako Violetta Villas. Tak przygotowywała się do roli. "12-godzinna maseczka"

Jak opowiadała Sandra Drzymalska podczas spotkania wokół filmu, jej historia z Violettą Villas rozpoczęła się już dziewięć lat temu. Aktorka wzięła wówczas udział w castingu, jednak uznała, że nie jest jeszcze odpowiednio przygotowana, by zmierzyć się z tak wymagającą postacią. Projekt po pewnym czasie powrócił - już z nowym scenariuszem i producentem. Drzymalska poczuła wtedy, że jest gotowa, by podjąć wyzwanie.

Praca nad rolą wymagała od niej wielomiesięcznych przygotowań. Aktorka sięgała po archiwalne materiały z udziałem Violetty Villas, poznawała szczegóły jej biografii i ćwiczyła charakterystyczny sposób poruszania się oraz zachowania. Szczególnie dużo uwagi poświęciła również śpiewowi. Pomagała jej w tym Agnieszka Hekiert, wokalistka i trenerka wokalna. Ważnym elementem przemiany Drzymalskiej była charakteryzacja. Aktorka musiała nie tylko pracować nad fryzurą, ale także przez wiele godzin nosić specjalne elementy protetyczne nakładane na twarz i szyję. Jak przyznała, właśnie ta część przygotowań okazała się szczególnie uciążliwa.

Włosy nie były dla mnie największym problemem, bo dość szybko się do nich przyzwyczaiłam. Znacznie trudniejsze okazały się protetyki naklejane na twarz. Miałam sztuczny nos, modelowane policzki, a także silikonowe elementy pokrywające szyję od tyłu aż po dekolt. (...) 

- wyjaśniła. - Ostatecznie chyba się udało, bo wszystko było wykonane bardzo profesjonalnie i wyglądało świetnie. Nie zmienia to jednak faktu, że bywało mi w tym po prostu gorąco i zwyczajnie niewygodnie. Można więc powiedzieć, że przez wiele dni nosiłam na twarzy coś w rodzaju 12-godzinnej maseczki. Tyle że nie dało się jej zdjąć po kilkunastu minutach - opowiadała Sandra Drzymalska.

Więcej o: