Do Holoubka miał powiedzieć: Inteligencja, wy...dalać! Tyle anegdot nie powstało o żadnym polskim artyście

Książę naturszczyków, najpopularniejszy aktor-amator czasów PRL-u. Kamieniarz i alkoholik, który pisał książki oraz scenariusze i potrafił rozbawić tłumy po prostu będąc sobą. Jan Himilsbach to człowiek o fascynującej biografii, w której nic nie jest pewne - nawet data narodzin i śmierci.

Udzielił ponad 700 wywiadów, a w każdym mówił co innego. Anegdoty z jego udziałem, najczęściej o alkoholowym zabarwieniu i okraszone wulgaryzmami, są powtarzane do dziś w różnych formach. "Książę naturszczyków", jak go nazywano, był mistrzem ciętej riposty. Ale też alkoholikiem i nałogowym palaczem, przez co dorobił się charakterystycznej chrypki. Żonę doprowadzał do szału, wynajdując graniczące z magicznymi sztuczkami sposoby na to, jak zorganizować sobie alkohol będąc zamkniętym na cztery spusty w mieszkaniu. Ale jednocześnie "Basica", jak pieszczotliwie nazywał małżonkę Himilsbach, była jego najlepszą przyjaciółką. Oczywiście zaraz po poznanym na planie "Rejsu" Zdzisławie Maklakiewiczu, z którym Jan Himilsbach tworzył nierozłączny duet w życiu i na planie filmowym. Himilsbach wystąpił w ponad 70 filmach: w kultowym "Rejsie", a także produkcjach takich jak "Wniebowzięci", "Przepraszam, czy tu biją?" czy "Jak to się robi".

Życie jak anegdota

Himilsbach wywiadów udzielał zwykle przy stawianej mu przez dziennikarza wódce. I za każdym razem, odpowiadając na zadawane mu pytania, przedstawiał inną wersję swojego życiorysu. Jeśli dziennikarz dobrze się do wywiadu przygotował, znał inną wersję i zwrócił na to Himilsbachowi uwagę, ten miał bezbłędną odpowiedź:

No bo ile razy można pieprzyć wciąż jedno i to samo?

I dodawał, że nie chce, by dziennikarzowi zarzucono plagiat, więc aby temu zapobiec, podaje za każdym razem inną wersję zdarzeń. Przez to "plątanie się w zeznaniach" nie jest pewna nawet data urodzin Jana Himilsbacha. Najbardziej rozpowszechniona wersja mówi o 1 lub 3 maja 1931 roku. Ale w dokumentach figurowała data 31 listopada — niemożliwa, ponieważ ten miesiąc ma dni 30.

Jeden dzień w tę czy w tamtą, co za różnica — miał to podsumowywać sam zainteresowany.

W kwestii dzieciństwa Jana Himilsbacha również nie ma jasności. Najbardziej rozpowszechnione są dwie wersje. Obie mówią o tym, że ojciec aktora i literata nie figurował w akcie urodzenia. Sam Himilsbach mówił najczęściej że jego tato był oficerem 7 Pułku Ułanów Lubelskich. W pierwszej wersji matka chłopca, Marianna, była Rosjanką znad Bajkału i zmarła kiedy syn, urodzony jako Iwan, miał 11 lat. Następnie dzieckiem miała się zaopiekować prostytutka, Mańka Pędzel. Ponoć kobieta biła chłopca i to właśnie ona zmieniła mu imię na Jan. Ale druga wersja mówi o tym, że Himilsbachowie byli Żydami i zginęli w getcie w czasie wojny. Janek miał się wówczas ukryć na cmentarzu, a resztę wojny przeczekać u sióstr zakonnych w Laskach pod Warszawą. Jak było naprawdę, wiedział tylko Jan Himilsbach. I tak jest też z kolejnymi latami jego życia. Z pewnością w 1947 roku za drobne kradzieże trafił do zakładu poprawczego, gdzie nauczono go zawodu kamieniarza. Ale Himilsbach przyznawał się też do praktyki u gajowego, ślusarza i piekarza oraz bycia uczniem Uniwersyteckiego Studium Przygotowawczego i Wieczorowego Uniwersytetu Marksizmu-Leninizmu przy Komitecie Wojewódzkim PZPR w Warszawie.

Jan Himilsbach, Warszawa, 15.06.1983.Jan Himilsbach, Warszawa, 15.06.1983. Fot. Andrzej Marzec / East News

Dwóch z "Rejsu"

Aktorem Jan Himilsbach został trochę z przypadku. Swoją pierwszą i zarazem najbardziej kultową rolę dostał po znajomości. Zaproponował mu ją reżyser filmu, Marek Piwowski. Później Himilsbach mówił, że to on zachęcił Piwowskiego do wybrania się na studia reżyserskie na łódzkiej PWST, więc to nie reżyser odkrył jego, a odwrotnie. Pewne jest jedno — po "Rejsie" Polacy pokochali Jana Himilsbacha tak bardzo, że tego roku nagrodą dla najpopularniejszego aktora musiał się z nim podzielić gwiazdor pierwszej klasy, Daniel Olbrychski. I trudno się dziwić, bo mistrzowski występ Himilsbacha jako Sidorowskiego, uczestnika tytułowego rejsu bawi do łez, a cytaty z jego rozmów z inżynierem Mamoniem weszły na stałe do języka.

Zdzisława Maklakiewicza i Jana Himilsbacha kochano, bo im nie zazdroszczono. Dla zmęczonego i sfrustrowanego narodu stanowili dowód, że nie trzeba wyglądać jak Beata Tyszkiewicz, żeby zrobić karierę. I że nie ma się o co bić, bo z tej kariery nic nie wynika. Artyści - i na ekranie, i w życiu - byli jak większość narodu. Napici, dosyć obdarci i pożyczali pieniądze" - wyjaśniał popularność Himilsbacha Janusz Głowacki w książce "Ścieki, zlepy, karaluchy".

"Rejs" nie tylko zapewnił Himilsbachowi sławę, ale też dał mu najlepszego przyjaciela na dobre i na złe. Mowa o Zdzisławie Maklakiewiczu. Tych dwóch wkrótce stało się nierozłącznych. Wiecznie na rauszu, byli znani w całej Warszawie. Ich przyjaźń miała też odzwierciedlenie na ekranie. Panowie wystąpili razem m.in. w filmie "Wniebowzięci" — komedii o losach dwóch "niebieskich ptaków" i o tym, że spełnione marzenie nie czyni ludzi ani lepszymi, ani szczęśliwszymi. Pomaga za to akceptować własny los. Niestety, finał znajomości Himilsbacha i Maklakiewicza był bardzo smutny — przyjaźń zakończyła tragiczna śmierć pana Zdzisława. Jan Himilsbach długo nie mógł się z nią pogodzić. Jedna z anegdot mówi o tym, jak kilka dni po pogrzebie zadzwonił do matki Maklakiewicza z pytaniem, czy jest Zdzisiek. Zapłakana kobieta odpowiedziała, że przecież Jasio wie dobrze, że Zdzisio nie żyje. Himilsbach miał to skwitować:

Wiem, przepraszam, ale nie mogę w to k..wa uwierzyć.

Jan HimilsbachJan Himilsbach EAST NEWS/INPLUS

Element baśniowy

Jan Himilsbach w filmach nikogo nie grał — po prostu był sobą. Być może dlatego nie chciał nigdy wystąpić w teatrze. Na propozycję zagrania w Hamlecie miał odpowiedzieć, że "Hamlet to nudna rola, a Ofelia to zwykła szmata". Ponoć mawiał też, że teatr ogląda tylko w telewizji, bo "jeśli mam być szczery, to przed telewizorem mogę siedzieć w slipach". W żadnym razie nie uważał się za intelektualistę — wszyscy słyszeli opowieść, że Himilsbach wparował do SPATIF-u z okrzykiem: "inteligencja, wy...dalać", no co Gustaw Holoubek wstał i powiedział spokojnie: "Nie wiem, jak państwo, ale ja wy...dalam”.

Jan Himilsbach był też pisarzem, któremu nie można odmówić kunsztu w opisywaniu życia ludzi z nizin społecznych. Wydał za życia tylko trzy tomy opowiadań: "Monidło", "Przepychanka" i "Łzy sołtysa". Ale pośmiertnie bardziej doceniono jego twórczość i wydano kolejne książki, w większości zawierające wcześniej niepublikowane teksty.

Himilsbach twierdził, że pisał zawsze na trzeźwo. Z perspektywy czasu trudno w to uwierzyć, bo artysta bez alkoholu obywał się niezwykle rzadko. Jego powiedzenie, że "picie to wprowadzanie elementu baśniowego do rzeczywistości" weszło na stałe do języka. Znana jest też anegdota, jak Himilsbach po dłuższej libacji zasnął pod drzewem, z głową w kałuży. Tak zobaczyła go przechodząca obok mama z kilkuletnim synem, która na przykładzie pijaka postanowiła pokazać dziecku, co dzieje się z tymi, którzy źle się zachowują. „Widzisz synku, jak się nie będziesz uczył, to tak skończysz” — powiedziała. Na co oburzony chłopiec odparł: „Ależ mamo, przecież to nasz wspaniały aktor i literat Jan Himilsbach!”. Aktor przebudził się na dźwięk swojego nazwiska, wynurzył się z kałuży i swoim charakterystycznym zachrypniętym głosem krzyknął do kobiety:  "I co, k…o, głupio ci teraz!?".

Problem alkoholowy Jana Himilsbacha był nieustannym źródłem zmartwień jego żony, Barbary. Nikt zresztą nie mógł zrozumieć, co stateczna pani kartograf widzi w takim pijaku i hulace.

Nie kwapiłam się początkowo, żeby umówić się z nim na kawę. Ale Jasio zakochał się we mnie od pierwszego wejrzenia i nie zamierzał łatwo rezygnować. Przychodził pod GUS, wtedy, kiedy wychodziłam z pracy, z... orkiestrą cygańską. Koledzy wyglądali z okien, a tu takie powitanie. I Jaś. To było urocze, kolorowe, niespotykane w tamtych czasach, a poza tym Jasio miał dużo wrodzonego wdzięku. Więc w końcu uległam. Zaczęliśmy się spotykać. Miałam 25 lat, on był o cztery lata starszy – wspominała Barbara Himilsbach w książce Anny Poppek "Rejs na krzywy ryj. Jan Himilsbach i jego czasy".

Jan Himilsbach 1981 r.Jan Himilsbach 1981 r. EAST NEWS/INPLUS

Jan Hmiillsbach nazywał żonę pieszczotliwie „Basicą” i jak wspominała kobieta, był dobrym mężem, ale za dużo pił. Kobieta ze wszystkich sił próbowała temu zaradzić. Posunęła się nawet do tego, że po drobiazgowym przeszukaniu mieszkania i pozbyciu się każdej kropli alkoholu, na czas, kiedy wychodziła do pracy, zamykała męża w domu na klucz. A po powrocie i tak zastawała go zalanego w sztok. Po pewnym czasie tajemnica wyszła na jaw. Otóż Jan Himilsbach przez okno wołał przechodniów, zrzucał im pieniądze i prosił, by kupili za nie wódkę i przynieśli mu pod drzwi. Następnie spożywał alkohol przez wężyk, który przez dziurkę od klucza doprowadzał alkohol z butelki do jego przełyku.

Taki tryb życia musiał go zniszczyć. Co prawda w pewnym momencie aktor na chwilę przestał pić, ale nie wytrzymał długo w swoim postanowieniu. Jeden z warszawskich lekarzy, którego poznał w SPATiF-ie, wiedząc, że nie namówi go na zupełną abstynencję, wyznaczył artyście dzienni limit —100 gramów alkoholu. Krótko potem zobaczył Himilsbacha kompletnie pijanego, spytał więc: "Jasiu! A nasza umowa? Miałeś poprzestać na stu gramach!". Na co Himilsbach odparł: "A co ty, k...wa, myślisz, że ja tylko u ciebie się leczę?". Nic więc dziwnego, że pewnego dnia, zmęczony hurtowymi ilościami wypijanego alkoholu i palonych papierosów organizm aktora po prostu nie wytrzymał. Ale ponieważ stało się to podczas kilkudniowej libacji w pijackiej melinie, nie jest znana dokładana data śmierci Jana Himilsbacha. Uznaje się za nią 11 listopada 1988 roku, ponieważ w tym dniu pozostali uczestnicy imprezy zorientowali się, że pan Jan nie śpi, jak myśleli wcześniej, a po prostu umarł. Artysta miał wówczas zaledwie 57 lat. Ale choć pod koniec życia był już schorowany, mawiał: "Życie jest piękne, ale trzeba umieć z niego korzystać".