Agnieszka Kotońska i jej mąż Artur Kotoński są znani widzom z programu "Gogglebox. Przed telewizorem". Małżonkowie wypoczywali w Mielnie, z czego relację zdawali na Instagramie. Okazało się jednak, że podczas urlopu nie zawsze było spokojnie.
Pod jednym z postów Agnieszki Kotoński pojawił się komentarz internautki, która opowiedziała o pewnym zdarzeniu mającym miejsce w Mielnie. Zaginęła tam kilkuletnia dziewczynka, a na jej poszukiwania wyruszył Artur Kotoński.
Miłości i nie dajcie się zwariować w obrzydliwych czasach. A dla wszystkich dietetyków i znawców powiem wam, że dziś byłam w Mielnie, gdzie była akcja poszukiwawcza małej Andżeliki i Artur był jednym z nielicznych, który przebiegł kawał drogi w poszukiwaniu małej, a wielu wysportowanych młodzików leżało na kocach, popijali zimnego Lecha i obserwowali czy znaleziono dziecko - wybrzmiało.
W odpowiedzi do kobiety mąż Agnieszki Kotońskiej napisał, że faktycznie cała sytuacja była stresująca. Na szczęście wszystko dobrze się skończyło.
Oj, był stres, nerwy i łzy. Ale wszystko się skończyło szczęśliwie, dzięki Bogu – czytamy.
Ta sama internautka, pod innym postem, podziękowała mężczyźnie za jego heroiczną postawę.
Artur zachował się przecudownie.
O odniesienie się do tej sytuacji poprosił uczestniczkę "Gogglebox. Przed telewizorem" dziennik "Fakt". Zrelacjonowała ona cała przebieg całego zdarzenia. Kotońska miała również swój wkład w całą akcję poszukiwawczą, choć przy okazji pilnowała też swojego wnuka.
Siedzieliśmy sobie na plaży i podeszła do nas młoda mama w ciąży z jednym dzieckiem na ręku i pytaniem: czy nie widzieliśmy dziewczynki w szarych majteczkach. Mąż z Dajanem pobiegli w jedną stronę brzegiem morza, a ja na telefonie łączyłam się z policją, która zawiadamiała wszystkie służby ratownicze i nurków. Panowie przyjechali na quadach, policja na rowerach – mówiła.
Jej aktywny mąż zaproponował również utworzenie żywego łańcucha w wodzie. Cała sytuacja poruszyła ją i inne osoby.
Wszyscy płakaliśmy razem z matką tej dziewczynki. Bardzo to przeżyliśmy. Mąż jest emocjonalny, też płakał. Podobnie syn. A na koniec klaskaliśmy ratownikom, że się udało i dziecko żyje – wspominała celebrytka.
Bez wątpienia Agnieszce Kotońskiej i Arturowi Kotońskiemu należą się brawa za ich zachowanie.