Kamil Durczok był związany z koleżanką z pracy. "Przez pół roku planowałem to bardzo poważnie"

Kamil Durczok planował związać się na całe życie z koleżanką z pracy. Sam o tym poinformował o tym w najnowszym wywiadzie.

Kamil Durczok stracił pracę w TVN w atmosferze skandalu. Tygodnik "Wprost" poświęcił mu artykuły z których wynikało, że dziennikarz dopuszczał się molestowania w miejscu pracy. Upokorzony dziennikarz zniknął z życia publicznego na pawie półtora roku. Trafił też do szpitala, ponieważ organizm nie wytrzymał tak potężnej dawki stresu.

To rachunek za fantastyczne, kolorowe życie, które wiodłem przed kamerami - mówi teraz w rozmowie z magazynem "Viva!".

Wywiad jest jednym z etapów powrotu Kamila Durczoka do gry. Dziennikarz kilka dni temu uruchomił w Katowicach serwis internetowy Silesion.pl, a teraz zaczyna promocję książki "Przerwa w emisji", która zadebiutuje na rynku wydawniczym w listopadzie. Wspomniany wywiad zdaje się być elementem promocji.

Zapytany o molestowanie odpowiedział zdecydowanie, że nie było żadnego molestowania. Przyznał zarazem, że miał poważne plany do jednej z koleżanek z pracy.

Rozstałem się z moją żoną. Miałem prawo do tego, żeby związać się z kimś innym. Przez pół roku planowałem bardzo poważnie dalszą część swojego życia z kobietą, która pracowała w moim zespole. Ale to żaden dowód na molestowanie. Po prostu spotkali się ludzie. Moja była firma jest pełna takich związków. Z moim szefem na czele - czytamy w wywiadzie.

Sądowa walka z "Wprost" była dla niego niezwykle kosztowna, ale wygrał ją. Choć proces pochłonął kilkaset tysięcy złotych, (głównie były to pieniądze jego żony Marianny), to sąd zobowiązał tygodnik do zapłacenia mu 500 tysięcy oraz przeprosin. Szczególnie przeprosiny odbiera jako ogromną satysfakcję.

To ogromna kwota. Pokryje wpisy, które musieliśmy wpłacić, i pozwoli też zwrócić część kosztów, które przez półtora roku ponosiłem choćby tylko jeżdżąc do Warszawy na procesy. Trochę zostanie. Ale tak naprawdę ani przez moment nie liczyłem na pieniądze, których żądałem w pozwach. Chciałem, żeby te miliony zrobiły dokładnie takie wrażenie, jakie zrobiły. Żeby ktoś wreszcie się zastanowił, że rozwalając komuś kompletnie życie, niszcząc komuś karierę zawodową, musi ponieść za to konsekwencje. Mnie znacznie bardziej cieszy ta część wyroku, która dotyczy przeprosin na okładce i pokazania twarzy tych, którzy to pisali. Jeżeli taki wyrok da się utrzymać, to będę bardzo szczęśliwym człowiekiem - mówił.

Kwota, o której mówił Durczok, to 7 milionów. Tyle dziennikarz pierwotnie żądał od wydawców "Wprost".

Zobacz wideo

JZ